środa, 13 listopada 2013

O Wandziu, który nie chciał Niemca II


   Wandziu zaniósł swojego gościa do przygotowanej dla niego wcześniej komnaty sypialnej. Po drodze dowiedział się, od nieustannie trajkoczącego dowódcy niemieckiej straży, że to jest jego narzeczony hrabia Godfryd. Drobny chłopak, którego właśnie trzymał na rękach nie bardzo mu pasował do obrazu potężnego wojownika, jaki pod wpływem miejscowych plotek pojawił się w jego głowie. W tej chwili patrzył na niego spod długich rzęs, najwyraźniej zmieszany ich bliskością i chyba nawet próbował go powąchać, bo co chwilę pociągał piegowatym nosem. Mężczyzna ostrożnie posadził swój kłopotliwy ciężar na wielkim łożu przed płonącym kominkiem. Mimo tego chłopak nadal drżał.
- Z-zimno… - wyszeptał zbielałymi wargami.
- Jeszcze chwila, zaraz przyniosą balię. Gorąca kąpiel dobrze ci panie zrobi – Wandziu uśmiechnął się łagodnie do małego topielca, chcąc dodać mu otuchy.Wróg czy nie, wyglądał niesamowicie żałośnie z tymi mokrymi włosami, wypaprany w rzecznym mule i glonach.  Chłopakowi zrobiło się go żal. Do pokoju służba wniosła dużą wannę, pachołkowie wlali do niej kilka wiader gorącej wody. – Pomóc ci? – zapytał ochoczo. Właśnie miał możliwość sprawdzić jedną z plotek.
- Mam się przy tobie rozebrać? – pisnął z pod pledu Godfryd. – Chyba żartujesz?! – Wyobraźnia zaczęła mu pod suwać niepokojące obrazki. Przypomniał sobie, co rycerze mówili o temperamencie Polaków. – Sam się umyję! – warknął groźnie na swojego wybawcę.
- Dobrze, już sobie idę. – Mężczyzna z rękami podniesionymi do góry wycofał się tyłem z komnaty. Niemiec dziwnie się mu przyglądał, na policzkach miał ciemne rumieńce i otulał się kocem niczym tarczą. Czyżby się go bał? Wandziu nie miał pojęcia co myśleć o jego zachowaniu.

   Kiedy Wandziu wyszedł Godfryd odetchnął z ulgą, zrzucił mokre ubrania i z radosnym piskiem wskoczył do wody. Zaczął się energicznie szorować lawendowym mydłem, w końcu usiadł, zanurzył po szyję w pachnącej pianie i przymknął oczy. Powoli dochodził do siebie, dreszcze przestały nim wstrząsać, zrobiło się nawet całkiem przyjemnie. Ogień trzaskał  wesoło w kominku, a brzuchu chłopaka zaburczało głośno z głodu.
- Poszedł Franco na borówki, oblazły go w lesie mrówki… - zaczął podśpiewywać, wymachując nogą do taktu. Swoją drogą był ciekawy, skąd u Polaków takie porządne mydło, skoro kapią się tylko dwa razy do roku. Może trzymają je specjalnie dla gości?

   W tym czasie Wandziu, miał zupełnie inny dylemat. Ten diabelski rodowód Niemów nie dawał mu spokoju. Niania zawsze opowiadała, że pochodzą wprost od Belzebuba. Ich dzieci rodzą się z ogonami i kopytami jak wszystkie biesy. Niesamowicie go kusiło, by przekonać się o tym na własne oczy. Jego sypialnia sąsiadowała z komnatą Godfryda. Otworzył okno i wyszedł na szeroki gzyms otaczający cały zamek. Było już zupełnie ciemno, więc raczej nikt nie powinien go zauważyć. Posuwał się powoli i ostrożnie. Po kilku minutach był już na miejscu, zerknął do środka i o mało nie spadł w przepaść. Godfryd właśnie wstał, mógł teraz podziwiać jego sylwetkę w całej okazałości. Proste, ładnie umięśnione plecy, zgrabne, zaróżowione od gorąca pośladki i długie nogi. Diabelskich atrybutów ani śladu, ale za to jakie widoki! Chłopak chętnie by się wgryzł w te kuszące krągłości.
- Cudny tyłek! – Nawet nie zdawał sobie sprawy, że powiedział to dość głośno. Niemiec doskonale usłyszał jego okrzyk, bo gwałtownie się odwrócił i z oburzonym piskiem wyskoczył z balii.
- Zboczeniec!! – Zakrył się szybko pozostawionym przez służki ręcznikiem. Wandziu chciał się wycofać, ale zahaczył nogą o parapet i z wielkim hukiem wpadł do środka, rozpłaszczył się na brzuchu, niczym wielka żaba, przed rozgniewanym Godfrydem.
- P- przepraszam -  wyjąkał zmieszany. Pozbierał z kamiennej posadzki swoje potłuczone szczątki. Nie miał niczego na usprawiedliwienie swojego kretyńskiego postępowania. – Naprawdę nie miałem nic złego na myśli – dodał, widząc, jak chłopak cofa się do tyłu i nabiera powietrza do płuc, by wezwać pomoc. Niewiele myśląc zatkał mu usta ręką, nie chcąc dopuścić do międzynarodowego skandalu.
- Mmm… - mamrotał wściekle Niemiec.
- Daj spokój, taka awantura o odrobinę golizny – szepnął mu na ucho Wandziu, ponieważ z korytarza dobiegł go jakiś podejrzany hałas. - Chciałem tylko sprawdzić twój rodowód.
- Szukasz rodowodu na moich pośladkach?! Chyba kpisz! To zwykłe podglądactwo! Nie wiedziałem, że jesteś aż tak zdesperowany, dziewek ci w zamku brakło?! – burczał, łypiąc groźnie na chłopaka, Godfryd. – A może tak się objawia ten słynny, słowiański temperament?
- Wypatrywałem kopyt i ogona. Skoro pochodzicie, jak niesie wieść gminna, wprost od Belzebuba, to powinno być jakoś widać. Chciałem się przekonać na własne oczy! – bezczelnie pomacał swoją ofiarę po tyłku i natychmiast dostał z liścia od krewkiego Niemca.
- Uważaj, żebym ja nie zaczął sprawdzać tych głupich plotek! – Czerwony jak jego włosy Godfryd otworzył drzwi i wypchnął rechoczącego Wandzia za drzwi. – Rogów jeszcze nie skontrolowałeś idioto! – Prychnął rozjuszony i opuścił skobel. Oparł się czołem o ścianę, aby się nieco ochłodzić. Było mu strasznie gorąco, ta wielka łapa na jego pośladkach i wpatrzone w niego błyszczące oczy przyszłego narzeczonego, spowodowały, że zabrakło mu tchu. Policzki zaczęły go piec, pewnie się przeziębił w tej zimnej rzece, stąd te wszystkie sensacje.

***

   Godfryd po obfitej kolacji nie mógł spać. Okazało się, że nad Wisłą umieją robić równie dobrą kiełbasę co nad Renem. Napchał się bezwstydnie i teraz ponosił tego konsekwencje. Surowego mięsa, jak się tego obawiał nie zauważył, za to przyniesiono mu również przepyszne pierożki i gorący barszczyk do popicia. Przebrany w nocną koszulę miotał się po łóżku, a do głowy przychodziły mu coraz bardziej niemądre historie, jakie usłyszał od swoich rycerzy.
- Może wina? – Do komnaty wszedł jego służący Klaus i nalał mu pachnącego malinami trunku.
- Jak myślisz, jakimi mężami są Wiślanie? – zapytał go zafrasowany chłopak. Miał coraz mniejszą nadzieję, że wywinie się z tego małżeństwa. Jeśli chciał temu zapobiec, musiał mieć jakiś argument nie do obalenia. A na razie jedyne czym mu podpadł Wandziu, to było podglądactwo. I te jego żałosne tłumaczenia, kto normalny uwierzyłby, że pochodzi od szatana. Pewnie miejscowe panny mu się znudziły i szuka czegoś egzotycznego.
- Moja babcia opowiadała, że Wiślanie dlatego są tacy jurni, bo mają po dwa członki. Jak je która dziewka zobaczy, to tak głupieje, że przestaje się opierać. Gapi się jak zaczarowana i nie może się ruszyć z miejsca. Oni to wykorzystują, rzucają się na biedaczkę. Podobno wystarczy jeden raz się z takim przespać, żeby zostać zbrzuchaconym. – Opowiadał podekscytowany Klaus.
- Na wszystkich bogów, czarami się parają! Jak się mój ojciec dowie, na pewno każe mi wracać! – Ucieszył się Godfryd. – Ale przydałoby się sprawdzić, czy to prawda.
-W kuchni jest taki jeden, kawał z niego chłopa. Jak panie chcesz, zrobię to dla niego, poświęcę się dla ojczyzny. – Zaproponował chłopak, a jego oczy podejrzanie zabłysły w świetle świec. – Dobro naszego księstwa jest ważniejsze niż mój tyłek! – Zadeklarował uroczyście, uśmiechnął się do panicza i wyjątkowo ochoczo pognał na parter, gdzie mieściły się pomieszczenia dla służby.
- Ale… - nie zdążył dokończyć Godfryd, ale po niecnocie nie było już ani śladu. Nie miał pojęcia, że Klaus był aż takim patriotą. Będzie musiał go pochwalić przed ojcem po powrocie do domu. Przez chwilę siedział spokojnie, popijając winko i rozmyślając nad poczciwością swojego sługi. Powoli dochodził jednak do wniosku, że to nie w porządku, że inni się tak poświęcają, a on tutaj leży sobie wygodnie i nic nie robi. Z tego co widział przez okno, Wiślanie nosili identyczne nocne koszule jak Niemcy. Właściwie nie byłoby chyba trudno, zobaczyć co nieco, bo Zygfryd może mu potem zarzucić, że jakiś prosty pachołek, to nie to samo co książę krwi. Poza tym będzie miał się okazję odegrać na tym zboczeńcu Wandziu. Wziął świecę i po cichutku wspiął się na ten sam gzyms, którym wędrował wcześniej mężczyzna. Miał szczęście, bo okno od sypialni miał uchylone. Jego ofiara najwyraźniej mocno spała cicho pochrapując. Bez trudu wszedł do środka, w komnacie na szczęście nie było zbyt ciemno. W kominku palił się jeszcze ogień, oświetlając nieco pomieszczenie. Po cichu podszedł do łóżka i odkrył kołdrę. Faktycznie nocny strój się sięgał prawie do kolan, niczego ciekawego więc nie zobaczył. Pochylił się nad mężczyzną, chwycił za brzeg materiału i zaczął go podciągać, odsłaniając muskularne uda. Nagle usłyszał szybkie kroki za drzwiami. Przestraszony, nie mając zbytnio gdzie się ukryć, wpełznął do łóżka i nakrył ich obu kołdrą. Położył się płasko między nogami Wandzia, starając się nawet nie drgnąć.
- Synu nie widziałeś czasem hrabiego? Jego sypialnia jest pusta, a niemiecki dowódca zaczyna siać panikę. – Godfryd usłyszał ku swojemu przerażeniu głos samego Kraka.
- Ojcze daj spokój, pewnie znowu zgłodniał. Widziałeś ile to maleństwo zjadło na kolację, gdzie mu się to mieści? – zachichotał Wandziu.
Poprawił się na łóżku, a jego koszulka podjechała aż do pasa. Miał dziwne wrażenie, że coś go łaskota po wewnętrznej stronie uda. Ugiął nogi w kolanach i nagle poczuł czyjś oddech na swoim podbrzuszu.
- Apisk…! – rozległo się nagle spod kołdry. Mężczyzna podniósł powoli nakrycie i ku swojemu niebotycznemu zdziwieniu zobaczył między swoimi nogami wielkie szare oczy wpatrzone w jego penisa. Mały rudzielec nawet nie mrugał, wyglądał jakby zamienił się w żywy posąg.
- Co się stało? – zapytał zaniepokojony jego przedłużającym się milczeniem ojciec.
- Nic, coś mnie ugryzło. Każę jutro wytrzepać porządnie pościel – stwierdził z niewinną miną Wandziu, ale jego policzki przypominały kolorem dorodne pomidory. Ręką trzepnął chłopaka w głowę, ten się rozpłaszczył i przycisnął twarz do jego łona.
- Śpij już, jutro czeka nas sporo pracy. Ten Niemiec na pewno się odnajdzie. Dobrze się czujesz? – Krak dopiero teraz zauważył rumieńce syna.
- Ach… hm… jakoś tak dziwnie. Powiedz służącej, by przyniosła mi ziółek na niestrawność - jęknął słabym głosem.
- A śmiałeś się z tego biedaka, może Zygfryd każe mu pościć? Słyszałem, że jego matka jest strasznie oszczędna. Nie karmiła go należycie i dlatego wyrósł taki niepozorny  – zastanawiał się głośno władca.
W tym momencie oburzony wywodem mężczyzny Godfryd ukąsił Wandzia w udo, a potem polizał to miejsce, by złagodzić ból. Podciągnął się nieco wyżej i ze złośliwym uśmieszkiem dmuchnął na nabrzmiewającego coraz szybciej członka chłopaka. Doskonale wiedział, że mężczyzna zrobi wszystko, by jego obecność się nie wydała. Dla nich obu zdemaskowanie znaczyłoby natychmiastowe małżeństwo, a młody Wiślanin nie chciał tego, tak samo jak on.
- Pewnie jedzą samą marchewkę, stąd te piegi na nosie i rude włosy – odezwał się z kpiną w głosie chłopak. Na odpowiedź nie musiał długo czekać, paskudny szkodnik ujął w dłoń swój warkocz, rozsunął mu szerzej nogi i zaczął go miziać końcówką po jądrach. Doskonale się przy tym bawił, czując jak drży pod jego dotykiem i widząc pierwsze krople, spływające z pęczniejącego penisa.
Wandziu z wielkim trudem próbował nad sobą zapanować, na jego czole pojawiły się krople potu, a oddech mocno przyspieszył. Ten pomiot Belzebuba chciał go doprowadzić do szaleństwa. Ojciec tylko pokręcił z troską głową i nalał mu kubek wody z miodem.
- Wypij, zaraz poślę po Wrzosową – Krak popatrzył na jedynaka. Dzisiaj był dość chłodny dzień, a on skąpał się w Wiśle, oby tylko się nie rozchorował.
- Nic… mi nie… będzie… – wystękał chłopak. Poprawił kołdrę i posłał zabójcze spojrzenie uśmiechniętemu od ucha do ucha Godfrydowi, który zerknął psotnie na jego penisa i wystawił język. – Nie odważysz się! – Wyrwało się nieszczęsnemu, a może raczej szczęsnemu Wandziowi.
- To było do mnie? – zapytał zaskoczony Krak.
- Skądże, gadam do brzucha, strasznie boli skubaniec – wydyszał.
    Niemcowi z kolei coraz bardziej podobało się dręczenie mężczyzny. Co prawda nie posiadał dwóch penisów, ale to co miał przed swoim nosem, też było nie do pogardzenia. Słowa przyszłego małżonka potraktował jak wyzwanie i wstąpił w niego prawdziwy diabeł. Polizał zaróżowioną końcówkę, a potem lekko ją possał. Pachniała ładnie piżmem i morzem, plotki o myciu się przez Wiślan dwa razy do roku z pewnością były bujdą.
- Na Światowida! – krzyknął udręczony Wandziu i wypuścił obfity strumień spermy prosto na twarz rudego drania. Żałował, że nie widzi zaskoczenia w tych szarych oczach oraz jego głupiej miny. – Skurcz! – Rzucił w stronę ojca, który poruszony jego cierpieniem sam ruszył na poszukiwanie znachorki. – Zatłukę cię! – Warknął na Gotfryda, który ledwie się za władcą zamknęły drzwi, niczym pocisk, wyskoczył z łóżka, ocierając rękawem koszuli upapraną twarz.
- Aleś ty szybkostrzelny! – zachichotał bezczelnie. – Na szczęście było tylko jedno działo!
- Zobaczymy jak będziesz piszczał, kiedy cię dopadnę! – Wandziu ruszył za nim w pogoń, nie był jednak tak zwinny jak rudzielec, a nogi się pod nim nadal uginały po przeżytym przed chwilą orgazmie. Nie miał pojęcia o co chłopakowi chodziło z tym działem.
- Ratunku, on oszalał! – Darł się wniebogłosy Niemiec, wybiegając na korytarz. Wpadł do swojej komnaty i natychmiast zaryglował za sobą drzwi, to samo zrobił z oknem. Serce biło mu jak szalone, to było najbardziej ekscytująca rzecz, jaka mu się do tej pory przytrafiła.  Nadal czuł oszałamiający zapach mężczyzny, a między nogami spory dyskomfort. To niemożliwe, żeby podniecił się takim dzikusem zza Wisły. Co by na to powiedziała jego matka? Zawsze twierdziła, że sprawy sypialniane są tylko po to, by powstało potomstwo. Wszystko inne było grzechem i bogowie krzywo patrzyli na wszelkie inne igraszki, nawet takie niewinne jak trzymanie się za ręce. Godfryd był wychowany dość surowo, niestety jego przekorna natura buntowała się przeciw wszelkiej dyscyplinie. Obawiał się nieco zemsty Wandzia za dzisiejszy wyczyn. Właściwie nie wiedział skąd nabrał takiej odwagi, by zdobyć się na coś podobnego. Możliwe, że to jednak prawda co mówił Klaus. Został zaczarowany i pozbawiony własnej woli jak te biedne dziewki.

 

sobota, 9 listopada 2013

O Wandziu, który nie chciał Niemca I

   Daję wam kompletnie zmienioną legendę o Wandzie, a właściwie Wandziu i Godfrydzie. Dwóch, uwikłanych w tę historię młodych mężczyzn, musi zmierzyć się z uprzedzeniami, które na temat ich narodów narosły u sąsiadów. Dowiecie się, czy Niemcy pochodzą od diabła i czy Wiślanie organizują orgie przy ogniskach w noc Kupały. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. Wiele z tych niemądrych plotek krąży nadal po Internecie.

   Książę Rydygier był przez dwa tygodnie w odwiedzinach u swojej siostry Sofii. Wyszła za mąż za czeskiego wielmożę i dorobili się już trójki dzieci. Na dworze hrabiego opowiadano cuda o grodzie Kraka. Podobno ostatnio niesamowicie się rozrósł i wzbogacił. Rydygier nie bardzo wierzył w te historyjki, ale nie dało mu to spokoju. Czyżby jego sąsiad urósł w siłę, a on nawet tego nie zauważył? Dzicy Wiślanie nigdy go za bardzo nie interesowali, wolał spoglądać na zachód. Miewał czasem z nimi drobne utarczki, ale w sumie nie było to nic poważnego. Postanowił to jednak sprawdzić i w drodze powrotnej, przebrany za zwykłego kmiecia, odwiedził Kraków. Jakież było jego zdumienie, kiedy zamiast ponurej, ubogiej osady pośród lasów, zobaczył zamożne, ludne miasto. A już sam zamek zbudowany z dużych, kamiennych bloków wprawił go w prawdziwy zachwyt. Zazdrość wkradła się mu do serca, bo jego siedziba nie była równie okazała. Zaczął przemyśliwać jakby tu uszczknąć odrobinę tego bogactwa. Kiedy dojechał do domu miał już opracowany gotowy plan. Posiadał dwóch synów, a do przedłużenia rodu potrzebny mu przecież tylko jeden. Postanowił wysłać młodszego do sąsiadów z propozycją małżeńską. Upiekłby w ten sposób dwie pieczenie na jednym ogniu. Wkręciłby się do rodu Kraka i jego wnuki panowały by nad Wiślanami, a poza tym pozbyłby się z domu tego nicponia Godfryda, który przysparzał mu mnóstwo kłopotów.

   Godfryd strasznie się nudził, ojciec rozgniewany na niego za niewinny figiel nie wziął go ze sobą na wyprawę. W dodatku po zamku od tygodnia szwendało się trzech mnichów, stawiając wszystko na głowie. Matka była nimi zachwycona, zwłaszcza podobały się jej surowe zasady jakie wyznawali. Mianowicie nakazywali się codziennie umartwiać oraz pokutować, pili tylko wodę, jedli czerstwy chleb i to w bardzo małej ilości. Dzięki temu kobieta zaoszczędziła mnóstwo jadła i wina, bo nakazała się stosować do tych wymagań wszystkim domownikom, oczywiście w trosce o ich dusze. Chłopak nie był jednak przekonany do uroczystych, pełnych górnolotnych zwrotów kazań mnichów. Wszyscy trzej byli grubi, nie wyglądali na osoby które stosują się do głoszonych przez siebie nakazów. Burczało mu w brzuchu, tydzień bez ulubionej kiełbasy całkowicie popsuł mu humor. Zwołał więc wieczorem kilka osób ze służby i po cichu zakradli się do komnaty mężczyzn. Najwyraźniej nie spali, po w szparze pod drzwiami migotało światło. Otworzyli po cichu…
- Franco, podaj jeszcze to udko. Jestem głodny, bo nadobna Ksenia nie spuszczała mnie dzisiaj z oka – najgrubszy z mnichów wpakował sobie do ust kawał mięsa.
- Wytrzymamy jeszcze, obiecała jeszcze jeden suty datek na klasztor – upomniał ich najstarszy. – Ale wino mają przednie, ukradłem antałek z piwniczki, są naiwni niczym dzieci. – Pociągnął spory łyk z pucharka.
- Leć po matkę – szepnął Godfryd do służącego. – Niech zobaczy jacy to oszuści.
Po chwili przybiegła księżna z dwoma dwórkami. Popatrzyła na syna chłodno i weszła do komnaty dumnym krokiem.
- Myślę, że najwyższy czas, aby panowie wrócili do siebie – oświadczyła wyniośle i zamiatając suknią ruszyła z powrotem. Na zaskoczonego jej zachowaniem Godfryda nie raczyła nawet spojrzeć. Mnisi speszeni zaczęli się pakować i już po chwili widać było jak przekraczają bramy zamku. W sakwach nieśli kilka złotych talarów, więc nie mieli się czym przejmować. Klasztor miał zapewniony byt co najmniej na rok.

   Kiedy Rydygier wrócił do domu, nadobna Ksenia zamknęła się z nim w komnacie i długo opowiadała o głupocie ich syna, który zniszczył jej oszczędnościowe plany. Chytra kobieta szybko się zorientowała, że nowe zasady, głoszone przez mnichów,  przynoszą mnóstwo korzyści. Jedzenie służby i dworzan sporo kosztowało. Mogłaby wprowadzić takie posty przynajmniej ze dwa razy w tygodniu. Na myśl o złocie, które zostałoby w jej szkatule, aż zaświeciły jej się oczy. Porywczy Godfryd wszystko popsuł, zakradając się w nocy do komnaty zakonników.
- Trzeba jakoś nauczyć rozumu naszego syna, nie mam już do niego siły – jęknęła omdlewająco i przyłożyła białą dłoń do czoła.
- Dobrze, już dobrze, tylko mi tu nie słabnij – przestraszony Zygfryd posunął jej krzesło. Niczego na świecie nie bał się tak, jak białogłowskich histerii.
- Może go wysłać na jakiś dwór, aby się uczył na rycerza?
- Kobieto, a wygląda ci on na osiłka? Mam inne zamiary – uśmiechnął się do niej pojednawczo, po czym podał jej zakupiony w Krakowie, piękny sznur bursztynu. – Najpierw wyślemy długi list do naszych sąsiadów.
- Do Wiślan?! Chyba przesadzasz, to dzikusy, zmarnują nam dziecko! – Ksenia może nie była idealną matką, ale kochała swoich synów.
- Nie bądź niemądra, z Godfrydem nikt długo nie wytrzyma. Odeślą go, a ja będę miał pretekst do wojny. – Pocałował żonę w gładki policzek. – Podobno Krak ma kufry pełne złota, a z tego co widziałem, to może być prawda.
   
   Skutek tego był taki, że Godfryd, dwa tygodnie później, wędrował leśnym traktem, otoczony niewielkim oddziałem straży. Za nimi jechał wóz wyładowany głównie ubraniami młodego panicza oraz prezentami dla przyszłego małżonka i teścia. Chłopak był bardzo markotny, miał wrażenie, że jego życie właśnie się skończyło. Rodzice wydali go na pastwę dzikiego plemienia z puszczy, które podobno jada surowe mięso i myje się tylko dwa razy do roku w największe święta.
- Nie martw się panie, podobno mają tam świetny miód, który tak lubisz - pocieszał go leciwy dowódca.
- A w noc Kupały polewają nim swoje nagie ciała, tańczą przy ognisku, a potem go z siebie zlizują – dodał drugi, wyraźnie zafascynowany tym obrazkiem, bo oczy aż mu zalśniły.
- Fuj, razem z tym brudem – skrzywił się chłopak, rozwiewając w ten sposób rozkoszne wizje swoich rycerzy. – Mogliśmy wziąć więcej koni, wleczemy się jak ślimaki.
- Po co? – zadziwił się jadący obok giermek. – W moich stronach mówią, ,, jedź nad Wisłę, bo twój koń już tam jest.”
- To prawda. Mój kuzyn pojechał do Biskupina na jarmark. Miał ze sobą sporo towaru. Stanął pod karczmą, odwrócił się tyłem do wozu i pochylił by zawiązać ciżmę. Jak się odwrócił to ani konia ani wozu. Zniknęły jak zaczarowane, widać są w zmowie z wiedźmami. – Opowiadał z poważną miną jeden z wojów.
- Ty głąbie lepiej powiedz, ile ten twój ziomal, wypił wcześniej w karczmie. Mają podobno okrutnie mocna gorzałkę – zachichotał inny, klepiąc go po plecach. – Pewnie przepił jedno i drugie, a naiwnej babie bzdur naopowiadał.
- Uciszcie się wreszcie! – fuknął na nich Godfryd. Te osły zamiast go podtrzymać na duchu tylko się z niego nabijały. Z każdą nową plotką znad Wisły czuł się coraz gorzej, tak naprawdę nie miał bladego pojęcia czego naprawdę może oczekiwać. Jeśli choć część z tych wymysłów była prawdą, to czekało go ciężkie życie u boku Wandzia.
- Szkoda, że nas nie posłuchałeś panie i nie ćwiczyłeś jak ci mówiliśmy. – Odezwał się inny dowcipniś. - Ci Słowianie to podobno strasznie w łożu temperamentni. Czy to chłop czy baba, jak cię dopadnie, do rano ino duch się ostaje.
- Może lepiej zatrzymajmy się na popas - odezwał się słabym głosem czerwony na twarzy Godfryd. Miał nadzieję, że ta opowieść jest całkowicie zmyślona. Musiał czymś zająć tych idiotów, bo znowu przez całą noc będzie miał koszmary.  No może niezupełnie, ale oni nie muszą o tym wiedzieć.

***
   Tymczasem w Krakowie, w sali obrad zebrali się wszyscy ministrowie. Na tronie zasiadł król, a syn zajął miejsce po jego prawej stronie. Mieli do omówienia bardzo ważną sprawę. Książę Rydygier przysłał list z propozycją małżeństwa, pełen zawoalowanych gróźb w razie odmowy. Musieli dojść do porozumienia jak na niego odpowiedzieć.
- Przeczytaj go powoli i wyraźnie, by wszyscy zapoznali się dokładnie z jego treścią – odezwał się Krak. Był zmartwiony tą całą sprawą, nie miał ochoty żenić jedynaka z Niemcem. Miał o sąsiadach nie najlepszą opinię, która wynikała z jego osobistych doświadczeń.

Do księcia Kraka
 Ja książę Zygfryd, proszę w imieniu swojego syna Godfryda o rękę księcia Wandysława. Mam nadzieję, że chętnie udzielicie zgody na to doniosłe wydarzenie, które na zawsze połączy nasze rody. Moje wojska będą na wszelki wypadek stacjonowały blisko granicy, żeby nic nie zakłóciło ceremonii zaślubin.
                                                                                                             Z poważaniem Zygfryd I

- Czy on nam grozi wojną, w razie gdybym się nie zgodził? – zapytał Wandziu. W ten sposób zdrobniano jego imię i wszyscy się tak do tego przyzwyczaili, że nikt już nie używał jego pełnego brzmienia.
- Niestety tak, niemiecki drań gotów jest rozpętać Armagedon. Musimy się strzec, ten cały ślub może być jakąś pułapką – odezwał się dowódca wojsk księcia.
- Czyli jak się nie ożenię to wojna, a jak się ożenię będziemy mieć spiskowca i szpiega w domu? Właściwie mamy sytuację bez wyjścia – westchnął smutno mężczyzna.
   Narada trwała jeszcze wiele godzin, ale tak naprawdę nie ustalili niczego konkretnego. Jedyny wniosek był taki, że posłów należy przyjąć, a co dalej nie wiedzieli. Z Niemcami mieli szereg zatargów, w których zginęło wielu ich bliskich. Potwornymi, zakutymi w blachy rycerzami z zachodu straszono tutaj dzieci. Pod żelastwem mieli podobno rogi i ogony, bo pochodzili wprost od diabła.
   Wandziu wrócił do swojej komnaty dopiero wieczorem. Od dworzan usłyszał dzisiaj tyle, sprzecznych niekiedy, opowieści o Niemcach, że nie wiedział już co myśleć. Ponoć ich wojownicy byli ogromni, cali w tatuażach i bliznach. Jedli tylko tłuste kiełbasy na srebrnych półmiskach, ich żony niczym niewolnice szorowały od rana do wieczora domy, a z rąk kapała im krew i wsiąkała w kamienne posadzki. Byli niesamowicie porządniccy, wszystko robili według ustalonego regulaminu. W książeczkach do modlitwy na ostatniej stronie mieli dokładnie spisane, co jest dozwolone w małżeńskiej łożnicy. Po tych wszystkich rewelacjach miał ochotę uciec i więcej nie wracać. Co on będzie robić z Niemcem, który w nocy zamiast się z nim kochać, będzie myślał o tym ile złota ma w szkatule i w którą stronę poukłada jutro ścierki?
***

  Jakiś czas później Wandziu, wystrojony w odświętne szaty stał na wzgórzu nad brzegiem Wisły, oczekując na przybycie gości. Jasne niczym len, długie do ramion włosy rozwiewał mu wiatr. Niebieskie oczy patrzyły z niechęcią w stronę horyzontu, gdzie wyraźnie było widać zbliżający się niewielki orszak. Słońce odbijało się w wypolerowanych na wysoki połysk zbrojach, a zakuci w nie mężczyźni wydawali się niesamowicie potężnie zbudowani, niczym olbrzymy z bajek dla dzieci. Wandziu był wysokim, smukłym, ładnie zbudowanym mężczyzną, ale przy nich wyglądałby niczym zapałka. Z domu wyszedł z mocnym postanowieniem, że nie da się zastraszyć, przyjmie ich godnie i ustali uczciwe warunki dla obu stron. Teraz jednak nie był już taki pewny swojej decyzji. Nie chciał jednak wyjść na tchórza, nie mówiąc już o innych konsekwencjach jego ucieczki. Prom czekał po drugiej stronie, przez rzekę nie było żadnego mostu. W tym miejscu była dość głęboka, a jej nurt bardzo mocny i rwący. Patrząc w spienione wody doszedł do wniosku, że najlepszym wyjściem byłoby, gdyby się utopił. Niemcy odeszliby z niczym, nie mogliby tez oskarżyć Wiślan, że ich źle potraktowali.
W tym momencie chyba bożek Światowid miał zły humor i z radością skłonił się ku pomysłowi Wandzia. Brzeg nagle osunął się pod jego stopami i z impetem wpadł do wody. Zahaczył nogą o jakąś gałąź i nie mógł wypłynąć na powierzchnię. Po stronie Wiślan zapanowała panika.
    Godfryd, który w tej chwili wsiadał właśnie na prom, zobaczył tonącego mężczyznę. Doskonale pływał, więc bez namysłu skoczył mu na pomoc, zapominając o tym, że ma na sobie zbroję. Zachłysnął się wodą i poszedł na dno jak młyński kamień. Woda natychmiast zaczęła zalewać mu płuca, wkrótce stracił świadomość i przestał walczyć z przeznaczeniem.
    Wandziwi udało się w końcu wyswobodzić, zaczął płynąć do brzegu, kiedy zauważył pogrążającego się w nurcie niemieckiego rycerza. Złapał go za ramiona i zaczął ciągnąć, ale było to niezmiernie trudne zadanie. Przeklęte żelastwo było niesamowicie ciężkie. Mężczyzna był już nieprzytomny i w niczym nie mógł mu pomóc. Na szczęście jego dworzanie odzyskali wreszcie rozsądek i rzucili kilka lin. Wandziu obwiązał nimi topielca, a ostatniej sam się uchwycił. Po wyczerpującym kwadransie, kiedy to kilkakrotnie pogrążyli się w wodzie zostali wyciągnięci. Ułożono rycerza na wznak i mężczyzna drżącymi dłońmi zaczął rozpinać na nim zbroję. Na szczęście Niemiec jeszcze oddychał.
- Przynieście jakiś pled i niech ktoś zawiadomi medyka. Niech służba napali w kominku, żeby ogrzać komnatę - wydawał sprawnie rozkazy.
- Mój biedny panicz – jęczał mu za uchem siwowłosy rycerz, który właśnie zdążył się przeprawić przez rzekę. – On nie umrze prawda?
- Cicho, pomóż mi go rozebrać z tego cholerstwa. Nie mam pojęcia jak on mógł się w tym poruszać! – warknął do niego Wandziu. Gdy wreszcie udało się odpiąć blachy, ze zbroi wyłonił się drobny, rudowłosy chłopak z kilkoma złotymi piegami na zadartym nosie. Zgrabny, delikatnej budowy, nie wyglądał bynajmniej na olbrzyma. Miał śliczne, lekko sine usta i duże piwne oczy, które teraz spoglądały na swojego wybawcę z lekkim szokiem. – Na Światowida, przecież to niemal dziecko! Jak mogliście go zakuć w coś takiego?! – wrzasnął na zdenerwowanych, pobladłych Niemców. – Biedactwo o mało nie zginęło przez was!
- Anioł? – wyszeptał niespodziewanie chłopiec, patrząc z zachwytem na jasnowłosą istotę, która pochylała się nad nim z taką troską. Słońce oświetlało ją z tyłu, tworząc wokół głowy świetlista aureolę, a błękitne oczy wyglądały zupełnie jak klejnoty, w najpiękniejszym naszyjniku jego matki. Został natychmiast otulony ciepłym pledem i wzięty na ręce. Niebo wydało mu się niesamowicie piękne, chciał tu zostać na zawsze. Westchnął i wtulił się w pachnący ziołami kaftan. 

wtorek, 5 listopada 2013

Król Drozdobrody V

   Następnego dnia Przemko wstał bardzo wcześnie, ponieważ miał do załatwienia wiele zaległych spraw. Chciał udać się do pałacu i jakoś ogarnąć te najważniejsze. Ostatnio ministrowie ciągle narzekali, że poświęca im zbyt mało czasu. Niestety Kacper obudził się chwilę po nim i już zaczął kręcić się w kuchni, przygotowując śniadanie. Udało mu się nawet złapać go kilka razy i wyłudzić parę słodkich pocałunków.
- Kochanie, muszę iść do pracy. Powinniśmy odłożyć trochę talarów na zimę –odezwał się z uśmiechem do męża. Zaczął się pakować, zabrał lutnię i kilka kanapek na drogę. Nie lubił okłamywać chłopaka, ale jakoś nie mógł zebrać się na odwagę i wyznać mu prawdy. Bał się, że może zostać odtrącony, dobrze znał jego upór i dumę.
- Dobrze, ja popracuje w gospodarstwie. Słyszę jak Mućka zaczyna porykiwać w obórce – musnął ustami jego policzek. Coś w twarzy Przemka go zaniepokoiło. Nie patrzył mu w oczy kiedy mówił, jakby się czegoś obawiał. Poczekał aż wyjdzie, wypuścił zwierzaki do ogródka i skradając się ruszył za mężczyzną. Najwyraźniej ten drań miał coś na sumieniu, bo co chwilę oglądał się za siebie.
   Przemko zauważył śledzącego go Kacpra, musiał więc zrezygnować ze swoich planów. Zamiast do zamku pomaszerował do gospody. Był dzień targowy, w miasteczku aż roiło się od kupców i wieśniaków próbujących zarobić kilka talarów. Usiadł w kącie, wyciągnął lutnię, a potem zaczął grać skoczne melodie, przytupując nogą do rytmu. Wszyscy go tu znali i chętnie słuchali jego piosenek. Zawsze miał dla nich jakąś nową opowieść czy balladę. Zaraz postawiono przed nim dzban wina i półmisek z pachnącą czosnkiem kiełbasą. Posługaczki oraz atrakcyjna karczmarka nie spuszczały z niego wzroku. Jedna z kobiet usiadła mu na kolanach, a dwie inne szczerzyły zęby, prężąc dumnie piersi, doskonale widoczne w kusych gorsecikach. Po kwadransie mężczyzna zapomniał o gnębiących go problemach, bawił się razem z gośćmi i obejmował w talii piszczącą z radości dziewkę, oczywiście tylko po to, aby nie spadła na podłogę. Taki właśnie obrazek zobaczył przez okno Kacper i krew zaszumiała mu w uszach. Świat poczerwieniał, a mgła zazdrości i gniewu przysłoniła mu oczy, nie mówiąc już o rozsądku. Wpadł do środka niczym małe tornado, roztrącając biesiadników.
- Złaź stąd, ty złodziejko z wielkim zadem! – złapał za dzbanek z winem, po czym wylał go siedzącej na kolanach męża dziewczynie na głowę. Przerażona furią w jego oczach padła na kolana i wczołgała się pod stół.
- Spokojnie kochanie, ja tu tylko pracuję. – Podniósł w obronnym geście ręce Przemko. Kacper, taki wściekły z roziskrzonymi oczami i rozwianymi włosami wyglądał niesłychanie pociągająco. A te rozchylone, różowe usta…
- Pracujesz?! – wysyczał chłopak i wziął się pod boki. – Chyba kpisz draniu?! Obmacywanie dziewek nazywasz pracą?! – Porwał ze stołu mokrą ścierkę i strzelił nią barda w głowę.
- Ale twój mąż ma charakterek – zachichotał ktoś z tłumu. – Czy w łóżku też jest taki ognisty?
- Milcz baranie! – warknął do żartownisia Kacper, nie zaprzestając celnych ciosów mokrą szmatą.
- Skarbie, czy to nie ty mi zrobiłeś wczoraj wykład na temat mojej przesadnej zazdrości i prostactwa? – Przemko usiłował złapać narzędzie tortur, ale nie bardzo mu to wychodziło. Chłopak był bardzo zwinny i miał niezłego cela.
- Śmiesz mi robić wymówki?! – skoczył z rozpędu na niespodziewającego się takiego ataku męża, który zatoczył się do tyłu. Na szczęście złapał go w ramiona zanim zdążyli obaj upaść, podniósł do góry, zarzucił na ramię niczym worek mąki i przy gorących wiwatach podchmielonych gości wyniósł z karczmy. – Aa..! Śmieciu, karczemny podrywaczu! – darł się na całą okolicę książę. Kopał przy tym nogami oraz bębnił pięściami o plecy barda aż dudniło.
- Czy to o takim poziomie kultury wczoraj mówiłeś? – Dolewał przysłowiowej oliwy do ognia Przemko i dzielnie maszerował z rozwrzeszczanym mężem przez miasteczko.
- Nienawidzę cię, zabierz ode mnie te łapy! Nie wiadomo ile wszy miała ta dziewka! – Próbował ugryźć mężczyznę, ale niezbyt mu to wychodziło. Nawet nie zauważył kiedy znaleźli się na polnej drodze prowadzącej do ich domu. W końcu udało mu się złapać za pasek od spodni i wbić ostre ząbki w plecy barda.
- Ożesz ty! – Mężczyzna nie spodziewał się takiego ataku, poskoczył, poślizgnął się na trawie i padł jak długi, pociągając za sobą chłopaka. Zaraz potem obaj zaczęli turlać się z górki w dół. Bard nie puścił jednak prychającego gryzonia, kiedy się zatrzymali przygniótł go swoim ciężarem do ziemi. – Przeproś! - Zażądał, unieruchamiając mu ręce nad głową.
- Prędzej zacznę śpiewać! – warknął nieprzyjaźnie Kacper i w tym momencie został tak namiętnie pocałowany, że zaparło mu dech w piersiach.
- Trzymam cię za słowo kochanie – mężczyzna otarł się o niego lubieżnie. Właściwie, dlaczego by sobie nie mieli trochę pofiglować w wysokiej trawie. Ścieżka prowadziła przez rozległą, mało uczęszczaną łąkę i niewielki, brzozowy zagajnik. Mało kto tędy chodził, ich chata stała nieco na uboczu.
- Świntuch – pisnął zawstydzony chłopak, kiedy ciepły język zaczął błądzić po jego szyi. – Jest środek dnia! – Próbował się uwolnić od paskudnego natręta, którego duże dłonie zakradały się właśnie pod jego koszulę. Guziki rozpięły się jak zaczarowane, ukazując gładką skórę.
- Tym lepiej, dokładnie cię sobie pooglądam. Ostatnio było dość ciemno – zachichotał bard. – Mniam… - wziął do ust sterczący sutek, a biedny Kacper wciągnął głośno powietrze. – Chętnie posłucham jak śpiewasz skarbie. – Zręczne palce zabrały się za ściąganie spodni,  a usta wyznaczały gorące ścieżki na ciele wijącego się chłopaka.
- W życiu się nie doczekasz! – fuknął mały uparciuch. Nie docenił swojego przeciwnika, natychmiast został obrócony na brzuch, a pantalony odrzucone daleko pod krzak jałowca. – Co ty wyprawiasz?! – zaczerwienił się gwałtownie. Ta pozycja wydała mu się niesamowicie wyzywająca, klęczał z wypiętym tyłkiem z twarzą wtuloną w polne rumianki. Na pośladkach poczuł najpierw dłonie męża, a potem dołączył do nich język.
- Już obmyślasz piosenkę? - Zapytał uprzejmie Przemko, po czym włożył ruchliwy organ w drgającą w oczekiwaniu dziurkę i zaczął namiętne harce.
- Zapomnij! – sapnął zadziornie Kacper, choć uda zaczęły mu się trząść i same, bez udziału jego woli rozsunęły się szeroko, ułatwiając bardowi zadanie.
- Podpowiem ci słowa – wymruczał gorąco mężczyzna. – Zaczynają się od… ,,przepraszam…” , a refren brzmi ,,przeleć mnie…” – Jedna z jego rąk powędrowała do przodu i zaczęła pieścić nabrzmiałego penisa Kacpra.
- Cholera… to nieuczciwe… - pisnął żałośnie chłopak i mocniej wypiął tyłek. Czuł, że cały płonie, a rozkosz obmywa go odbierającymi rozum, ognistymi falami. Już po chwili cały był pożądaniem, topił się jak świeże masło w rękach tego łobuza. – P… przepraszam – wyjąkał z trudem. – Weź mnie, p… proszę!
- Już dobrze. – Mężczyzna wbił się w to chętne, piękne ciało jednym ruchem. Nie potrafiłby odmówić temu błagalnemu skomleniu. – A teraz zaśpiewasz! – Celnie zaczął uderzać w prostatę, która posłała chłopaka wprost do nieba. Rozkosz jaką odczuwał, była wprost powalająca. Poddał się ulegle odwiecznemu rytmowi, zupełnie już nad sobą nie panując.
- Aa… aaa…! - zakwilił, a jego świat rozpadł się na milion kawałków. Po chwili dołączył do niego Przemko, mrucząc z przyjemności swoim niskim głosem. Jeszcze kilka spazmatycznych ruchów i padli na aksamitną trawę. Mężczyzna przytulił, nadal drżącego chłopaka i nakrył ich obu jego koszulą.
- To była bardzo piękna pieśń, kochanie – szepnął do ucha  Kacpra, który natychmiast spłonął ciemnym rumieńcem. – Mam nadzieję, że będę jej słuchał każdej nocy.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. – Chłopak wtulił się w silne ciało męża. Schował twarz na jego ramieniu, by ukryć swoje zawstydzenie. Nie miał pojęcia, dlaczego zawsze ulegał temu grajkowi, jakby silna wola i rozsądek kompletnie go przy nim opuszczały. Czyżby naprawdę kochał tego mężczyznę? Czyżby to dziwne, drżące uczucie w jego sercu było miłością?
***
   Gdy późnym rankiem wstał  z łóżka Przemka już nie było w domu. Tym razem nie miał zamiaru go śledzić, poprzedniego dnia nauczył się kilku rzeczy. Między innymi tego, że wierności nie da się wymusić. Powinien po prostu zaufać mężowi w tej sprawie. W gospodarstwie nawarstwiło się wiele robót do wykonania. Na codziennych czynnościach zastało go południe. Kiedy mył się w strumieniu, mając zamiar zabrać się potem za gotowanie posiłku, podeszła do niego zanana mu z widzenia wieśniaczka. Mieszkała niedaleko, w pobliżu rzeki.
- Panie Kacprze, nie chciałby pan zarobić? Moja córka jest pokojową w zamku i złamała nogę. Potrzebuje kogoś, kto ją zastąpi na jakiś czas. Praca nie jest zbyt ciężka i dobrze płatna. – Od razu przystąpiła do rzeczy. – Pomyślałam o panu, bo wiem, że potrafi pan czytać i pisać. Niewiele osób w miasteczku spełnia ten warunek.
- To miło z pani strony, pójdę tam i zapytam. Zimą przydadzą się odłożone pieniądze. – podziękował serdecznie kobiecie. W sumie, to chętnie zobaczy zamek sławnego króla Drozdobrodego. Nie sądził by ktokolwiek poznał w nim dumnego, humorzastego księcia. Ubrał się skromnie w prostą, białą koszulę i dopasowane, lniane spodnie, zaczesał długie włosy z jednej strony na twarz, po czym ruszył w drogę. Nie miał zamiaru pytać męża o pozwolenie, bo ten zazdrośnik jeszcze zabroniłby mu pracować, a przecież potrzebowali talarów. Kiedy dotarł do zamku, w bramie został zatrzymany przez straże, ale wytłumaczył po co przyszedł i bez problemów wpuścili go do środka. Ruszył na poszukiwanie ochmistrzyni do której miał się zgłosić. Gdy przechodził przez dziedziniec, z ogrodu obok, usłyszał znajomy głos. Wspiął się na niezbyt wysoki mur i zerknął ciekawie. Bokiem do niego w pobliżu eleganckiej, marmurowej fontanny stał nie kto inny, ale jego mąż, którego z trudem rozpoznał w bogato odzianym mężczyźnie. Usiadł i nastawił uszu.
- Wasza wysokość, musisz skończyć z tą maskaradą, potrzebujemy cię tutaj – tłumaczył mu siwowłosy dworzanin. – Twój małżonek też powinien wreszcie się pokazać, krążą o was coraz dziwniejsze plotki.
- Wiem, ale to nie takie proste. Niepotrzebnie go okłamałem i teraz boję się jak zareaguje na prawdę. Jest strasznie porywczy i uparty – westchnął Przemko alias Drozdobrody.
- Obaj zachowujecie się dziecinnie, a państwo na tym cierpi – odezwał się surowo staruszek. – Zawsze myślałem Wasza Wysokość, że wychowałem mężczyznę nie mięczaka!
- Dobrze już dobrze, idę mu powiedzieć. – Król nie bardzo miał ochotę na konfrontację z mężem. Dopiero co się pogodzili, a tu szykowała się nowa awantura. – Przygotuj lepiej ziołowe okłady na siniaki, mogą się przydać.
- Ty tchórzu, żadne okłady ci nie pomogą jak cię dopadnę! – warknął z muru Kacper i zeskoczył na ziemię, tuż przed nosem pobladłego Przemysława.
- Skarbie – jęknął przestraszony nie na żarty mężczyzna i padł przed chłopakiem na kolana. – Wybacz, wiem, że to było głupie, ale inaczej nigdy byś się nie zgodził za mnie wyjść. Skorzystałem tylko z nadarzającej się okazji. – Nie musiał przecież wiedzieć, że planował małą zemstę za złe traktowanie oraz kpiny. Kochał go z całej duszy i nie wyobrażał sobie, co by było, gdyby go opuścił. – Poza tym tu będzie nam wygodniej, niż w chacie.
- W tamtym małym domku, spędziłem najpiękniejsze chwile swojego życia głuptasie. – Uśmiechnął się promiennie książę. – Nie sądzę by jakikolwiek pałac, miał coś więcej do zaoferowania. A za te kłamstwa znajdzie się na pewno jakaś kara – mrugnął do niego z psotnym błyskiem w oku.
...............................................................................................................

                                                  KONIEC

środa, 23 października 2013

Brzydkie Kaczątko

      Kiedyś obiecywałam, że wstawię tu także krótkie opowiadania czytelników. Oto pierwsze z nich autorstwa Kaeru. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Nie oceniajcie jej zbyt surowo, bardzo się starała i poprawiała opowiadanie wiele razy. To współczesna wersja bajki o Brzydkim kaczątku. Miłego czytania.


   Ernest był najmłodszym synem państwa Kaczewskich. Miał jeszcze dwóch starszych braci i siostrę. Krystian był światowej sławy fotografem, Kuba był modelem, a Hania aktorką. Państwa Kaczewskich duma rozpierała z owej trójki. A co z siedemnastoletnim Ernestem? Ponieważ nie posiadał żadnych wybitnych zdolności rodzina odstawiła go na boczny tor. Chodził do zapyziałego liceum, był ogromnie zakompleksiony, wyśmiewany w szkole i poza nią..Przezywano go Brzydkim Kaczątkiem.Jak jego prześladowcy wpadli na taki pomysł? Ich miasteczko było znane w całym kraju, iż w nim urodziło się najwięcej bajkopisarzy. Z tego powodu każdy mieszkaniec od najmłodszych lat miał wpajaną wiedzę na temat bajek. Brzydkie Kaczątko wzięło się od nazwiska Ernesta oraz jego wyglądu. Na tle atrakcyjnego rodzeństwa niepozorny chłopak wypadał bardzo mizernie.
Wstał po siódmej co oznaczało, że się spóźni do szkoły. Po wstaniu z łóżka założył szary sweter, przetarte jeansy, a na nos okrągłe jak denka od musztardy okulary zakrywające błękit jego oczu. Przejrzał się w lusterku wyszczerzając swoje odziane w aparat z różowymi gumeczkami zęby. Niesforne brąz kosmyki, jak każdego ranka wędrowały w najróżniejsze strony. Nawet nie próbował ich ogarnąć, doskonale wiedział, że i tak by nic to nie dało. Założył tenisówki, wziął czarny plecak i wybiegł z domu.
Było siedem minut po dzwonku jak dotarł pod salę biologiczną. Wszedł do środka, przeprosił za spóźnienie i usiadł na swoim miejscu. Już po chwili rzucano w niego papierkami i pluto zwiniętymi karteczkami. Przyzwyczajony do takiego traktowania zignorował prześladowców. Zaczął pisać co dyktował nauczyciel.
Na długiej przerwie nie zdążył schować się w toalecie. Na bocznym korytarzu dorwał go blond przystojniak z jego klasy ze swoją bandą.
-I co Brzydkie Kaczątko nie zdążyło zwinąć swych kaczych nóżek przed nami?
Paweł Lendecki i jego banda od dłuższego czasu lubowali w dokuczaniu brunetowi. Był dość niezdarny i strachliwy co zapewniało im rozrywkę. Tak łatwo jest się znęcać nad słabszymi od siebie.
-Z-zostaw.- szarpał się mimo oczywistej porażki.
- Nie, nie odpowiedziałeś na moje pytanie! - Przycisnął go mocniej do ściany.
-I nie zamierzam.
Nieposłuszeństwo nie opłaciło się, został dotkliwie pobity i nikt nie udzielił mu pomocy. Nauczyciele tej speluny do której chodził nigdy nie reagowali na przejawy przemocy.
   Ernest mimo złego traktowani i wielu upokorzeń, nie potrafił znienawidzić Pawła. Dlaczego? Cenił sobie ludzi z pasją, a blondyn takową posiadał. Był w tym co robił naprawdę dobry. Jako kapitan drużyny siatkarskiej miał w szkolę wiele przywilejów i przez palce patrzono na jego wybryki. Na lekcji wychowania fizycznego Ernest wiele razy z fascynacją obserwował jego grę.
Wieczorem po ciężkim treningu Paweł wziął prysznic w łazience obok sali gimnastycznej. Szybko ubrał się i wysuszył. Nie miał na ten dzień już więcej planów, mógł spokojnie wskoczyć do marketu na zakupy i bez pośpiechu wrócić do domu. Do sklepu dotarł dość szybko.
Wziął wózek, bo zamierzał zrobić trochę zapasów. Zawitał na stoisko z warzywami i owocami, skąd do jego koszyka trafiły jabłka, pomarańcze, banany, pomidory, sałata i kilka marchwi. Dalej zaopatrzył się w pieczywo. Przy nabiale zauważył Brzydkie Kaczątko, który również robił większe zakupy, bo miał już ładnie wypchany wózek. Paweł tak naprawdę nie chciał, aż tak bardzo dokuczać chłopakowi. Ulegał jednak wpływowi kolegów, z którymi się zadawał, nie umiał się przeciwstawić ich presji. Słyszał, że rodzina Kaczewskich wiele osiągnęła, ale Ernest był w niej czarną owcą. Na pewno nie było mu łatwo, ale przecież każdy ma jakieś swoje problemy i musi dawać sobie z nimi radę. Przeszedł obok niego zerkając ledwo kątem oka, w tym momencie za szkaradnymi okularami zobaczył błękitne jak niebo w słoneczny dzień tęczówki i przez chwilę odtwarzał ten widok w pamięci. Nie jedna ślicznotka pozazdrościła by chłopakowi takich oczu.
Kapitan drużyny siatkarskiej nie zwracał na dziewczyny przez całe liceum większej uwagi, choć chętnych do zawarcia z nim bliższej znajomości nie brakowało. Nie potrafił jednak zapomnieć tych błękitnych kawałków nieba, prześladowały go aż do ukończenia szkoły.

    Przyszedł czas na studia w kierunku weterynarii. Na rozpoczęciu roku akademickiego nikt go nie poznał chociaż wiele osób z jego liceum tu zawitało. Ale nie ma się co dziwić, gdyż przeżył całkowitą transformację.
   Miesiąc przed rozpoczęciem studiów zdjęto mu aparat i jego zęby były idealnie proste. Jego rodzeństwo zauważając tu pewien potencjał postanowiło działać. Wcześniej nawet nie kiwnęliby na to palcem, ale fakt, że ich braciszek przez tyle lat swojego życia nigdy się nawet nie całował to trzeba było się ulitować i coś zdziałać. Jego okropne okulary zamienili na soczewki, włosy zostały skrócone i wycieniowane, sposób ubierania chłopaka również został drastycznie zmieniony. Rodzeństwo Kaczewskich wraz z rodzicami patrzyli szeroko otwartymi oczami na przemienionego Ernesta. Czy zasługiwał na miano Brzydkiego Kaczątka? Zdecydowanie wyewoluował w Łabędzia.
   Uśmiech wypłynął na jego usta po ujrzeniu w sali wykładowczej swojej miłości z czasów licealnych. Nadal posiadał ciało atlety, zabójczy uśmiech i prawie w ogóle się nie zmienił. Paweł Lendecki chyba jeszcze nie wymazał się jeszcze z jego serca całkowicie. Jego widok nadal przyprawiał go o dzikie palpitacje serca, a od zielonych oczu mógł się uzależnić.

   Dopiero na pewnym egzaminie ustnym sprawdzającym podstawową wiedzę z zakresu naskórka zwierzęcego, gdy wyczytano nazwisko Kaczewskiego, blondyn z ciekawości rozejrzał po sali w poszukiwaniu Brzydkiego Kaczątka. Jakie było jego zdziwienie, gdy na podest wkroczył przystojny brunet w dobrze dopasowanej koszuli w kratę i wąskich jeansach, podkreślających wyraźnie jego tyły. Trzeba przyznać, iż Paweł zadławił się na moment powietrzem. Nie możliwością było, by Brzydkie Kaczątko przeszło tak drastyczną zmianę. Jeszcze do tej pory wspominał jego workowate ciuchy, paskudne okulary, druciany aparat i rozmierzwione włosy. Chłopcy podczas wykładów zerkali na siebie raz za razem. Blondyn wciąż był zafascynowany tym co się stało z Ernestem.
   Mijały dni, a nawet tygodnie, gdzie odwaga pozwalała tylko na spojrzenia i nic więcej. Paweł zebrał się w końcu w sobie i pewnego dnia po wykładach dogonił Ernesta i zagadał:
-Em.. Hej, kojarzysz mnie? Byliśmy w jednej klasie w liceum…
-Nie da się zapomnieć.- sarknął pod nosem, ale zaraz uśmiechnął się pogodnie- Ale było, minęło.
-To nie miałbyś nic przeciwko, aby wyskoczyć dziś wieczorem na jakieś piwko?
-No ok.. Iii gdzie dokładnie?
-W Ralphicio, o 20?
-Uhm. To do zobaczenia.
-Tak, pa.
Ta rozmowa była niepewna. Zaledwie kilka słów, gdyż nic więcej nie zdołali z siebie wydusić.
Klub Ralphicio był dla ludzi w wieku studenckim. Wieczorna okazja by się wyszaleć i pobyć wśród swoich. Pierwszy na miejsce przyszedł Ernest.. Zajął stolik w kącie, gdzie można było spokojnie pogadać, bez obawy plotkarzy. Chwilę później zjawił się Paweł, nienagannie ubrany i wypachniony przysiadł się do chłopaka. Przerwał niezręczną ciszę, proponując piwo, po czym powędrował po nie do baru. Gdy wrócił, nie mógł się powstrzymać i zapytał:
-Cóż się takiego stało, że się nagle tak..-zakręcił dłonią w powietrzu- zmieniłeś?
-Wpływ rodzeństwa i takie tam.- zarumienił się lekko.
-To miło z ich strony, bo bez obrazy, ale teraz wyglądasz o niebo lepiej.
-Taki był zamiar… Takiej zmiany w…- przerwał nagle.
-W..?
-Łabędzia.- zachichotał nerwowo czując, że zabrzmiało to bardzo głupio.
-Oj taaak.
-No weź, nie rób sobie żartów.
-Nie robię, ale chyba wolisz to niż miano Brzydkiego Kaczątka, które by teraz zupełnie nie pasowało hm?
-Też racja… A pamiętasz jak…?
I tak zaczęli gawędzić i poznawać się od prywatnej strony, otwierali się przed sobą z każdym spotkaniem. Blondyn powoli przekonywał Ernesta, że ma wobec niego jak najlepsze zamiary.        

   Spotykali się najpierw w każdy piątek, były to wypady na piwo, na pizze, do kina, na kręgle itp. Jednak wciąż im było mało, zaczęli widywać się dwa razy w tygodniu, trzy, aż doszło do tego, że spędzali ze sobą czas prawie każdego dnia . Ich znajomość wspaniale się rozwijała. Jednak obawa przed odrzuceniem przez stronę przeciwną, trzymała ich w niepewności i ciszy.
   Pewnego dnia umówili się kiedyś na basen. W szatni speszeni zerkali na swoje półnagie ciała, jednak nie zamienili ze sobą ani słowa. Później już w wodzie czuli się bardziej wyluzowani i pływali gawędząc o mało znaczących rzeczach.
-Ej Paweł..- zagadnął brunet.
-Hm?
-A tak właściwie to ty masz dziewczynę?- zapytał z napięciem w głosie.
-Nie, a ty?
-Nie zrozum mnie źle tylko.. Uh.. Pomyśl co chcesz, ale wolę chłopców.- zacisnął oczy w obawie przed uderzeniem, ale nic się nie stało, a jedynie usłyszał:
-Ja w sumie też.. Ej, zobacz jaka ogromna zjeżdżalnia! Założę się, że będę tam pierwszy! – Uśmiechnął się i popędził w stronę spiralnych schodków.
Błękitnooki zaraz podążył za nim niesamowicie szczęśliwy z szaleńczo bijącym sercem. Podziwiał Pawła za takie wyluzowanie, a fakt, że jest gejem dodawał mu siły i nadziei na przyszłość.

Aż pewnego dnia…
   Siedzieli u blondyna i oglądali maraton komedii. Ogromnie się ze sobą zżyli. Nie było więc nic dziwnego w tym, że obydwaj leżeli właśnie pod kocem na rozłożonej kanapie. Ernest zapatrzył się w napisy końcowe, gdy na udzie poczuł ciepłą dłoń, głaszczącą je delikatnie. Natychmiast spłonął rumieńcem i speszony spojrzał na Pawła.
-Um co robisz?
-To co pragnę od dłuższego czasu.
Nim Ernest zdołał powiedzieć coś więcej, jego usta nakryły ciepłe wargi. Całowali się namiętnie z początku powoli, potem coraz śmielej. Całowali się namiętnie przeplatając języki z ust do ust. Blondyn zaczął muskać wargami jego szyję, podszczypując obojczyki, a błękitnooki potrafił tylko leżeć i wzdychać rozmarzony. Sprawca tych zabiegów chcąc dowiedzieć się jak to wpłynęło na bruneta zawędrował dłonią na jego krocze i ścisnął je lekko.
-Hmm… Widzę, że ten Łabędź ma całkiem długą ‘szyję’..
Tej nocy całkowicie oddali się rozkoszy. Z zapałem poznawali swoje ciała, aż zastał ich poranek. Na wyka lady dotarli niezbyt przytomni i kompletnie nieprzygotowani. Ernest powili, niczym staruszek, siadał na boku krzesła, z czego nawet profesor pośmiał się cicho pod nosem. Już dawno widział, że między chłopcami była jakaś chemia i tylko czekał na jej wybuch.

   Może zastanawiacie się czy Ernest również czymś zabłysnął i upodobnił się do swojego rodzeństwa? Oczywiście, kiedy tylko zyskał pewność siebie, wszystko zaczęło mu się układać. Rodzice byli nim zachwyceni! Po studiach wraz z Pawłem postanowili otworzyć przychodnię weterynaryjną. W mgnieniu oka zaczęli odnosić sukcesy, pisali o nich nawet w gazetach. Jednym słowem – I ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE jak to we wszystkich bajkach bywa.

AUTORKA : KAERU

..........................................................................................................................
Niestety nie umiem pod spodem wyłączyć swojego podpisu. :(( strega bianca

piątek, 18 października 2013

Król Drozdobrody IV

   Kiedy Kacper otworzył zaspane oczy. Ze zdumieniem stwierdził, że znajduje się w małżeńskim łożu, a nogami i rękami niczym bluszcz, oplata Przemka. Na myśl o tym, co się wydarzyło poprzedniej nocy oblał się ciemnym rumieńcem. Teraz już nie było odwrotu, ślub się uprawomocnił i zostaną ze sobą już na zawsze. Ta myśl wcale nie wydała mu się taka zła. Przytulił policzek do ciepłego torsu swojego mężczyzny. Musiał coś wykombinować, żeby żyło im się nieco dostatniej. Doskonale wiedział, że tylko najlepsi bardowie dobrze zarabiali. Taki przeciętny muzyk zazwyczaj ledwo wiązał koniec z końcem. Jego wzrok padł na kosz, pełen butelek z olejem. A gdyby tak…
- Co ty się tak wiercisz? Śpij, jeszcze wcześnie. – Silne ramię objęło go w talii, został odwrócony niczym kukiełka i uśmiechnięty szeroko Przemko wpił mu się w usta.
- Mhm… - zdołał jedynie wymruczeć chłopak, kiedy duże dłonie zacisnęły się na jego nagim tyłku. Nie miał pojęcia jak to się działo, ale wystarczało jedno spojrzenie, czy delikatne muśnięcie palców tego mężczyzny, a on już topił się niczym rozgrzane masło.
- Byłeś wczoraj taki słodki, tuliłeś się do mnie niczym kociak – szeptał mu do ucha bard, pieszcząc ustami jego tors. – Musiałem cię zanieść do domu, bo objąłeś mnie za szyję i nie chciałeś puścić – zachichotał. – Zasnąłeś jak tylko położyłeś mi głowę na ramieniu. Musimy się częściej kochać, jesteś potem niesamowicie uroczy i zgodny. – Przygryzł ostrożnie ucho wiercącego się Kacpra i włożył mu język do środka.
- Masz wyjątkowo barwne sny! – Chłopak wyplątał się stanowczo z ciepłych ramion. – Niczego takiego sobie nie przypominam! – Sięgnął po spodnie i koszulę. Ten drań robił się niesamowicie pewny siebie. Ubrał się, wstał, a potem z cichym sykiem opadł z powrotem na łóżko. – Nie mogłeś być delikatniejszy?! – Skrzywił się i pomasował pośladki. W środku piekło go niemiłosiernie.
- Wiesz skarbie, jak ktoś tak namiętnie jęczy i kręci kusząco kuperkiem, to naprawdę trudno o opanowanie. – Roześmiał się Przemko, po czym bez skrępowania, całkowicie nagi wstał z łóżka. Stanął naprzeciwko męża, który natychmiast zarumienił się i zawstydzony ukrył twarz w dłoniach.
- Ubierz się!  Jak można tak paradować, z tym czymś na wierzchu! -  Członek barda prężył się dumnie tuż przed jego nosem.
- Wczoraj ci się podobał, nawet krzyczałeś jeszcze, a potem mocniej – popatrzył rozbawiony na zmieszanego Kacpra.
- Nie będę z tobą gadać! – Chłopak zerwał się i uciekł z pokoju. Uważał, że wstrętny Przemko robił to specjalnie. Najwyraźniej miał niezłą zabawę, kiedy on palił buraka. Poszedł do oborki oporządzić zwierzaki. Po powrocie miał już obmyślony plan działania. Zaczekał, aż mąż pójdzie swoim zwyczajem do karczmy, a następnie założył uprząż Gryzakowi. Załadował na niego dwa kosze z butelkami wypełnionymi olejem. Sam ubrał się w swoją najlepszą koszulę i dopasowane, lniane spodnie. Związał wstążką pod kolor oczu, włosy i ruszył do miasteczka. Postanowił spróbować szczęścia w handlu.
***
   Przybył wystarczająco wcześnie, by zająć dobre miejsce. Kupcy oraz wieśniacy dopiero zaczęli się zjeżdżać i rozkładać swoje towary. Zapłacił placowe, z pieniędzy, które na czarną godzinę wcisnęła mu służka, po czym ustawił koszyki z olejem. Z każdą minutą ruch wzmagał się coraz bardziej. Bardzo szybko się okazało, że Gryzak stanowi nieocenioną pomoc w handlu. Ludzie zaciekawieni nieznajomym, przystojnym kupcem podchodzili i witali się, zasypywali dziesiątkami pytań. Zagadywali, flirtowali z nim, czasem ktoś kupił jedną lub dwie butelki oleju. Kacper miał w takich lekkich, pełnych podtekstów rozmowach niezłą wprawę. Żartował i przekomarzał się z kupującymi, wciskając im przy okazji swój towar. Cały czas otaczał go wianuszek zauroczonych adoratorów. Jeśli jednak któryś zbliżył się zanadto, Gryzak wydawał z siebie ostrzegawczy ryk i szczerzył zęby, a temu bardziej natrętnemu dał nawet kopniaka w łydkę. Jednym słowem był z sierściucha ochroniarz co się zowie, a zadowolony chłopak nie szczędził mu pochwał i marchewki. Tak upłynął księciu prawie cały poranek. W myślach liczył zarobione pieniądze i humor mu się poprawiał z minuty na minutę.
    Tymczasem Przemko wracał właśnie na pożyczonej kobyle z karczmy do domu. Postanowił wstąpić na targ i zrobić zakupy. Już widział skrzywioną minę Kacpra na widok królika, którego przyniosł na obiad. Pewnie nie będzie wiedział co z nim zrobić. Sprytny bard wypytał wcześniej znajomą gospodynię jak go przyrządzić. Miał zamiar sprzedać mężowi przepis za parę namiętnych całusów. Spojrzał w lewo, gdzie kłębił się niewielki tłumek. Z zaskoczeniem zobaczył pośród niego księcia, handlującego olejem. Uśmiechnięty, rozgadany wydawał się w swoim żywiole. Bard podjechał bliżej i krew się w nim zagotowała. Jakiś bezczelny szlachetka próbował umówić się z chłopakiem na randkę, a on zamiast go ostro odprawić śmiał się i mówił coś do niego po cichu. Spiął zbyt mocno ostrogami konia, nie wyhamował i roztrącił kupujących, rozbijając kilka butelek.
- Co ty wyprawiasz niezdaro?! – krzyknął rozgniewany Kacper, ale zaraz umilkł widząc rozgniewane spojrzenie męża.
- Dopiero zaczynam! – Przemko złapał bezczelnego flirciarza za spodnie, podniósł do góry i przełożył przez siodło tyłkiem do góry. – Nauczę cię, jak powinien się zachowywać porządny mąż!
- Puszczaj draniu! Ratunku! – Darł się na cały targ chłopak. Zyskał tyle, że zrobiło się niezłe zbiegowisko. Ludzie, łasi na takie awantury obserwowali ich zmagania z bezpiecznej odległości. Darmowa rozrywka w monotonnym życiu zawsze była mile widziana.
- Ja ci dam drania! – Na wypiętą pupę spadł pierwszy, solidny klaps. – To za powłóczyste spojrzenia! – Rozległo się donośne pacnięcie. – A to za każdy uśmiech jaki posłałeś!
- Nie daj się mały! – Rozległy się z tłumu rozbawione okrzyki. – Przygarniemy cię!
- Ała…! Ty chamie jeden, będziesz spał na podłodze! – Piszczał niezbyt męsko Kacper. – Ja tu zarabiałem na chleb!
- Ja bym to nazwał inaczej! – Wymierzył następny, ale już nieco lżejszy raz.
- Możesz zapomnieć o całuskach, o innych rzeczach też! – Zagroził książę. – I to na bardzo, bardzo długi czas!
- Masz chłopie przerąbane – zarechotał tubalnie jakiś wieśniak. – W domu masz takie cudeńko, a teraz będziesz mógł się jedynie pogapić!
- No spokojnie kochanie, to był żart! – próbował załagodzić sytuację Przemko, któremu właśnie opadły emocje i zdał sobie sprawę, że zrobili z siebie widowisko. Podniósł i posadził przed sobą rozgniewanego męża. Ruszył przed siebie mając nadzieję, że chłopak po drodze nieco ochłonie.
- Zupełnie nie śmieszny! A ty jesteś ohydnym zazdrośnikiem, który robi z igły widły! – Kacper odsunął się od barda na ile pozwalało mu siodło. – Zachowałeś się jak zwykły prostak! Człowiek na poziomie powinien nad sobą panować, a nie wydzierać się na całe  miasteczko!
- Jeśli ja zrobiłem z siebie chama i prostaka, to ty łatwego chłopczyka bez zasad! – Warknął bezmyślnie dotknięty oskarżeniami Przemko. Każdy by się przecież zdenerwował jakby zobaczył swojego ukochanego podrywanego przez całe zastępy flirciarzy. Właśnie wyjechali za bramę, za nimi w niewielkiej odległości truchtał Gryzak.
- Jestem łatwy bo ci się wczoraj oddałem prawda? – Kacper spojrzał na męża i przygryzł wydatne wargi. – Jesteś taki sam jak ci wszyscy rycerze, których podsuwał mi ojciec. Nigdy więcej mnie nie dotykaj! – Usta chłopaka wygięły się w podkówkę. Zeskoczył z konia i pognał w las.
 - Wracaj! Jeszcze się zgubisz! – Wołał za nim przestraszony obrotem sprawy bard. Niczego takiego przecież nie powiedział, nawet nie przemknęło mu przez myśl. Mały głuptas, najwyraźniej uprzedzony do mężczyzn, całkowicie źle go zrozumiał. Kiedy zobaczył smutek w oczach chłopaka coś zakuło go w sercu, zrobiło mu się przykro, że tak na niego naskoczył. Musiał go odszukać jak najszybciej i przeprosić. Miał naprawdę niewyparzoną gębę, a w obecności Kacpra dziwnym trafem, kompletnie tracił opanowanie i rozsądek. Kiedy dotarł do domu, sypialnia była na głucho zamknięta, a na ławie leżała poduszka i koc. Całe popołudnie spędził na błaganiach i prośbach, ale niewiele wskórał. Książę obraził się na niego i nie miał zamiaru tak łatwo mu odpuścić. Zmartwiony Przemko zasnął dopiero nad ranem. Spał tylko godzinę i kiedy wzeszło słońce udał się na pobliską łąkę.
***

   Kacper nie czuł się wcale lepiej niż jego mąż. Przewracał się z boku na bok, a przykre słowa nadal dźwięczały mu w uszach. Jednak po kilku godzinach rozmyślań doszedł do wniosku, że może jednak zareagował zbyt gwałtownie. Nie był tak zupełnie bez winy, bo faktycznie odrobinę flirtował, ale doskonale potrafił trzymać na dystans tych zbyt nachalnych. Wiele lat użerania się z zakochanymi rycerzami na dworze ojca spowodowało, że był mistrzem tego rodzaju manipulacji. Poza tym sam też rzucił parę paskudnych uwag, a prosty człowiek jakim był bard, mógł je naprawdę źle odebrać. Zasnął twardym snem i obudził się jak słoneczko było już wysoko na niebie. Szybko się ubrał i ruszył do kuchni. Żołądek głośno upominał się o swoje prawa, w końcu wczoraj poszedł spać bez kolacji. Otworzył drzwi i zatrzymał się w progu nie wierząc własnym oczom. Całe pomieszczenie tonęło w kwiatach. Nie tylko stały poukładane w bukiety na stole i szafkach, ale również pokrywały pachnącym , barwnym kobiercem cała podłogę. W koszyku na haftowanym, biały obrusie stał koszyczek pełen gorących bułeczek i ciasta oraz dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą. Bard nieźle się napracował, musiał wstać zaraz o świcie. Kacprowi zrobiło się ciepło na sercu, mimowolnie się uśmiechnął na widok zatroskanej twarzy męża.
- Przepraszam, trochę mnie poniosło – Przemko podszedł do chłopaka, a potem ujął jego dłonie i gorąco ucałował. – Byłem z tobą ponieważ cię kocham, ciągle o tobie myślę i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. I masz rację, wczoraj zazdrość odebrała mi rozsadek. Wybacz, postaram się lepiej nad sobą panować – mówił cicho, patrząc mu czule w oczy.
- Ja też cię przepraszam, wiem że jesteś wrażliwym i ciepłym człowiekiem, inaczej nigdy nie pozwoliłbym ci się do siebie zbliżyć. - Przytulił się do mężczyzny, który natychmiast objął go mocno ramionami. – Zaufaj mi, doskonale znam granice, poza które nie mogę się posunąć – szepnął mu do ucha.
   Ten dzień spędzili razem, nie rozstając się nawet na chwilę. Bard nie poszedł do pracy tylko pomagał Kacprowi w gospodarstwie. Śmiali się, żartowali, jedli jabłka wprost z drzewa. Wykąpali się w strumieniu za domem, a potem długo i namiętnie kochali się na miękkiej trawie w sadzie. Co chwilę przytulali się i całowali, mówiąc sobie tysiące słodkich głupstw, jak to zazwyczaj robią wszyscy zakochani na całym świecie. Żaden z nich nawet nie pomyślał o wygodnym życiu w pałacu. Najchętniej zostali by tutaj z dala od dworskiego życia, walki o władzę bogactwo i prestiż. Kiedyś będą się musieli obudzić z tego beztroskiego snu, ale na razie byli ze sobą bardzo szczęśliwi.

wtorek, 15 października 2013

Król Drozdobrody III

Następnego dnia Kacper zszedł do piwniczki i okazało się, że skończyło się mleko za którym przepadał. Wrócił do domu i bezceremonialnie ściągnął z łóżka ziewającego barda, który nadal chrapał w najlepsze. Przemko z poziomu podłogi łypnął na niego nieprzyjaźnie. Prawie całą noc nie spał, bo ciągle widział wynurzające się z balii zaróżowione od gorąca  smukłe ciało męża. Dopiero nad ranem udało mu się zmrużyć oczy.
- Czego chcesz?- Pomasował potłuczony tyłek. – Może by tak dzień dobry kochanie i jakiś buziak? – Zerknął zaczepnie do góry na rumieniącego się chłopaka.
- Mleka – mruknął cicho, zmieszany intensywnym spojrzeniem ciemnych oczu.
- No bierzemy wiadro i do roboty. Myćka czeka na dojenie. – Uśmiechnął się szeroko do męża.
- Bierzemy? Dlaczego my? Dojenie? A co to u licha takiego? – mamrotał pod nosem Kacper, ale zaciekawiony nową, tajemniczą czynnością szedł posłusznie za Przemkiem. Weszli do obory, gdzie stała przywiązana krowa. Bard ustawił obok niej mały stołeczek i wskazał go chłopakowi. – Ale… ale ja nie wiem jak się to robi…- Usiadł i spojrzał przestraszony na solidne kopyta zwierzęcia.
- Nauczę cię, a Myćka jest bardzo łagodna. – Usiadł za nim i objął go ściśle udami i ramionami. Psotny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Miał zamiar odrobinę odbić sobie trochę nocne męczarnie. Pomiział go nosem po pachnącym lawendą karku.
- Miałeś mnie uczyć doić, a nie wąchać – prychnął oburzony Kaceper, a jego policzki stały się malinowe. Gorące ciało za nim wzbudziło w jego własnym jakiś dziwny niepokój, którego nie umiał nazwać.
- Proszę bardzo. – Przemko położył mu dłonie na ramionach, a potem pieszczotliwym ruchem przesunął je w dół, aż ujął jego drobne dłonie, potem zacisnął je na wymionach krowy i zaczęli je wspólnie rytmicznie uciskać. Chłopak oparł się o tors mężczyzny i zaczął coraz szybciej oddychać. Czuł się jak we śnie, otoczył go piżmowy, oszałamiający zapach. Biały strumień uderzył o dno metalowego wiadra i czar prysnął.
- Udało się! – pisnął podekscytowany Kacper, a bard jęknął zawiedziony. Miał nadzieję, że uda mu się zdobyć całusa lub dwa. Tymczasem został po raz drugi tego dnia zepchnięty na podłogę, a chłopak doił zwierzaka z zachwyconą miną, zupełnie nie zdając sobie sprawy z jego podniecenia. Jak tak dalej pójdzie, to wygra konkurs na najbardziej sfrustrowanego męża w swoim królestwie.
- Skoro tak dobrze ci idzie, to ja lepiej do karczmy skoczę, może cos zarobię. W kuchennej szafce jest mięso na obiad. Liczę na coś wyjątkowego. – Uśmiechnął się złośiwie. – Sam powiedziałeś, że zjem z twojej ręki wszystko , więc lepiej się postaraj. Nie tak łatwo mnie zadowolić.
-Nie sądzę żebyś aż tak bardzo różnił się od rycerzy, przebywających na naszym dworze. Mężczyzna pozostanie mężczyzną, nawet jeśli to tylko wędrowny bard. – Kacper beztrosko pomachał mu na pożegnanie. W duszy nie czuł się tak pewnie, ale przecież nie da temu grajkowi o gorących dłoniach, satysfakcji i nie zacznie się trząść.
***
    Późnym popołudniem książę po raz drugi doił krowę i doszedł do wniosku, że Myćka strasznie śmierdzi. W związku z tym mleko przestało mu się wydawać takie atrakcyjne. Zwierzaka należało umyć, ale jak to zrobić? Zaprowadził go do ogrodu, gdzie płynął strumień i przywiązał do jabłonki. Zaciekawiony Gryzak, wylazł z obórki i nie odstępował ich na krok. Książę przytaszczył jeszcze z domu wiadro cieplej wody, wrzucił do niego kostkę mydła i wziął do ręki szczotkę na kiju.
- Robimy kąpiel, nawet jeśli mleczko będzie potem trochę pachnieć fiolkami to nie szkodzi. Innego mydła nie było. – Uśmiechnął się do krowy i zaczął ją energicznie szorować, co najwyraźniej bardzo spodobało się Myćce, bo zaczęła sama nadstawić mu boki. Zazdrosny osiołek przytruchtał bliżej i …
- Ii-ooo… - zaryczał żałośnie. Tym sposobem Kacper zamiast jednego, miał dwa sierściuchy do szorowania. Po trzech godzinach ciężkiej pracy i wesołego pluskania w strumieniu zwierzaki lśniły niczym lustro. Nie można tego było niestety powiedzieć o Kacprze, który jak poprzedniego dnia przypominał bardziej Kopciuszka niż księcia z bajki. Mokry, brudny i rozczochrany, stał po kostki w błocie i tak zastał go wracający z karczmy Przemko.
- A gdzie obiadek? – zapytał z uśmiechem, już się ciesząc z wygranego zakładu.
- Daj mi godzinkę. Zaprowadź je do obory. – Chłopak zmieszał się na jego widok, wręczył mu sznury na których uwiązane były zwierzaki, a potem umknął do domu. Tam szybko wyszorował się i przebrał. Rozpalił ogień pod kominkiem i nadział na rożen barani udziec. Posolił go, przyprawił wszystkim co znalazł w szufladzie słusznie mniemając, że trochę ziółek powinno poprawić jego smak. Potem założył śnieżnobiałą koszulę, którą zapiął tylko na jeden guziczek, dopasowane spodnie, rozpuścił jasne włosy na ramiona i nakrył stół haftowanym obrusem. Postawił na nim świece i świeże kwiaty w glinianym wazonie. Udało mu się nawet znaleźć duży, ozdobny półmisek, który mógłby pomieścić  małego dzika. Umieścił go pośrodku blatu, jeszcze tylko sztućce i był właściwie gotowy. Pokroił mięsko, ułożył je elegancko na talerzu, a następnie ozdobił liśćmi sałaty. Sam usiadł wygodnie w półmisku, przybrał pozę o której wiedział, że wygląda w niej ponętnie i skrzyżował bose stopy.
- Obiad gotowy, możesz wejść – zawołał męża.
- M… może zjemy go w sypialni…? – wyjąkał zaskoczony Przemko, który nie mógł oderwać od niego wzroku. Włosy chłopaka lśniły w blasku ognia jak najprawdziwsze złoto, a różowe usta wprost zapraszały do skorzystania z zaproszenia.
- Usiądź grzecznie i otwórz buzię. – Temu uwodzicielskiemu, aksamitnemu głosowi nie można było się oprzeć. Jak zahipnotyzowany zajął miejsce za stołem, nie spuszczając z męża błyszczących oczu.
- Mięsko raz. – Włożył bardowi do ust mały kawałek. – Pięknie, a teraz drugi…- Tym sposobem Przemko nawet nie wiedział, kiedy zjadł cały udziec. Na koniec dostał szklaneczkę wina. – Zadowolony?- zapytał książę z psotnym uśmieszkiem.
- Niezupełnie. A coś na słodko?- zwinie wstał i pochylił się nad niespodziewającym się ataku chłopakiem. Ujął go za kark, a potem wpił się w ponętne wargi. Smakował je powoli i czule, niczym najlepszy deser na świecie, palcami gładząc uspokajająco smukłą szyję. Językiem obrysował ich kształt, po czym sprytnie wślizgnął się do środka, kiedy mąż chciał nabrać powietrza. Kacper poczuł, że tonie, zatraca się zupełnie w słodkich doznaniach. Utalentowane usta odbierały mu wolna wolę i powodowały zamęt w głowie. Ostatkiem zdrowego rozsądku  szarpnął się do tyłu i uciekł z tych zaborczych ramion do sypialni. Tam wskoczył do łóżka, po czym owinął się kołdrą jak kokonem. Dopiero teraz poczuł się nieco bezpieczniej. Ogromnie się bał, że ten mężczyzna nim zawładnie. Nie chciał być tak jak jego matka uległą żoną, która więdnie w samotności pustej sypialni, a potem nocami roni łzy do poduszki. Zgodnie z pragnieniem ojca miał być ozdobą swojego męża, a on nie zniósłby roli pokornej małżonki.
***
   Tymczasem Przemko siedział w kuchni, dojadał resztki pieczeni i smętnie rozmyślał nad swoja głupotą. Musiał przyznać, że zadanie jakie sobie wyznaczył zaczęło go przerastać. Miał coraz mniejszą ochotę szkolić Kacpra na dobrą żonę, a coraz większą wziąć go w ramiona i po prostu w nich zamknąć. O nauczce już prawie całkiem zapomniał. No właśnie! Czy nie z tego powodu zawarł to małżeństwo? Prawdę mówiąc zdawał sobie sprawę, że nie zupełnie z tego, a raczej nie tylko z tego. Zapatrzył się na glinianą misę i uśmiechnął się pod nosem. Był strasznie ciekaw jak ten mały spryciarz poradzi sobie w roli, jaka właśnie przyszła mu do głowy. Wszedł do sypialni i westchnął głęboko. Chłopak spał na boku, zawinięty w kołdrę niczym w kokon, a dla niego nie zostało już nic. W dodatku wypiął w jego stronę ponętny tyłeczek i co chwilę nim kręcił w poszukiwaniu dogodnej pozycji. Przemko gapił się na niego przez chwilę, całkowicie zauroczony, w końcu się jednak ocknął i puknął w głowę. Zabrał swoją poduszkę oraz koc, po czym ułożył się na ławie w kuchni. Doszedł do wniosku, że nie wytrzyma następnej, pełnej słodkich tortur nocy.
   Następnego ranka wstał bardzo wcześnie, ubrał się, a potem zrobił dla nich obu śniadanie. Starczyło mu wyobraźni jedynie na wyciągnięcie masła, pokrojenie chleba i kiełbasy. Nie ma się co czarować, Przemko nie był lepszą gospodynią od Kacpra. Jako władca od takich przyziemnych spraw jak posiłek miał zastępy ludzi. Przytargał z piwnicy wielką beczkę oleju, którą kupił poprzedniego dnia oraz kosz z butelkami.
- Co to takiego? – Zaspany Kacper wszedł boso do kuchni. Miał na sobie jedynie biała koszulę, która ledwie zakrywała mu tyłek. Bard oczywiście zagapił się na zgrabne nogi, które dzięki skąpemu ubiorowi można było do woli podziwiać. – Hej, ziemia do Przemka! – Pomachał mężowi ręka przed nosem.
- Jaka ziemia? To jak szybowanie w powietrzu! – Mężczyzna dopadł go jednym skokiem. Jedna dłoń powędrowała pod kusą koszulę i zacisnęła się na nagich pośladkach, druga złapała chłopaka za kark, a wygłodniałe wargi przywarły do jego delikatnych ust. Księciu od gorącego spojrzenia ciemnych oczu, aż zakręciło się w głowie. Dreszcz przebieg przez całe ciało i wymalował na jego policzkach ciemne rumieńce. Coraz trudniej mu przychodziło trzymanie dystansu. Ostatkiem sił odepchnął napastnika, a potem wymierzył mu solidny policzek. Umknął do sypialni, zaryglował drzwi i rzucił się na łóżko. Przyłożył twarz do chłodnej poduszki, chcąc nieco ostudzić płonące lica. Kiedy tylko przymknął oczy, natychmiast przypomniał sobie długie palce, gładzące delikatnie jego pośladki. Penis natychmiast zareagował na tą podniecającą wizję.
- Co się ze mną dzieje? – pisnął zażenowany i zacisnął uda.
***

   Kacper odważył się wyjść z pokoju dopiero po godzinie, kiedy przez okno sypialni zobaczył, jak mąż wychodzi przez bramkę, a potem udaje się w stronę miasta. Zjadł naprędce śniadanie, a następnie zajął się zwykłymi, codziennymi czynnościami, jak sprzątanie czy oporządzanie zwierząt. Z każdym mijającym dniem szło mu coraz lepiej i wcale nie tęsknił do wystawnego życia w pałacu. Dopiero po południu zabrał się za przelewanie oleju. Wcale nie było to łatwe, bo otwór w butelkach był mały, a kranik w beczce nie dawał zbyt wielkiej możliwości manewru. Do wieczora, chyba już tradycyjnie, udało mu się wypaprać jak nieboskie stworzenie. Całe szczęście, że wcześniej upiął wysoko włosy i chociaż one ocalały z pogromu. Ubranie dosłownie się do niego przykleiło, cały lśnił od złocistej cieczy niczym wypolerowany. Na widok siebie samego w lustrze załamał ręce. Przemko znowu będzie miał się z czego nabijać. Jakby przywołany jego myślami do kuchni wszedł mąż, który zareagował nieco inaczej, niż przewidywał zawstydzony swoim niechlujnym wyglądem, Kacper.
   Mężczyzna stanął na środku pomieszczenia, a nogi przyrosły mu do podłogi. Z szeroko otwartymi szeroko oczami i rozchylonymi ustami nie wyglądał zbyt mądrze. Na pewno nie jak władca tej krainy. On widział przed sobą coś zupełnie innego niż książę. Koszula oraz spodnie chłopaka ściśle przylgnęły do jego zgrabnej sylwetki, uwypuklając każdy mięsień oraz inne, bardziej interesujące części ciała. W tym momencie jego wzrok przesunął się z sutków, wyraźnie zaznaczających się pod na wpół przeźroczystą koszulą, na skarb ukryty między udami męża. Głośno przełknął ślinę.
- Co w ciebie znowu wstąpiło?! Sparaliżowało cię, czy coś?! – zapytał Kacper i zaczął przezornie wycofywać się do sypialni.
- Czy coś – wyszeptał z trudem ochrypłym głosem Przemko, nadal nie mogący się poruszyć.
- To może ja lepiej pójdę się umyć. Nie wiedziałem, że odrobina oleju zrobi na ciebie takie piorunujące wrażenie. – Czerwony jak dorodny burak chłopak wyciągnął z szuflady ręcznik, mydło i czyste ubranie na zmianę. – Idę się umyć, by cię już nie razić swoim wyglądem. – Zwinnie wyminął mężczyznę, po czym umknął w stronę strumienia. Na dworze było już zupełnie ciemno, jednak księżyc w pełni i gwiazdy całkiem nieźle oświetlały drogę. Kiedy dotarł do brzegu, a potem włożył do wody nogę, okazała się strasznie zimna. Postanowił udać się do pobliskiego jeziorka, gdzie jak się niedawno przekonał było całkiem niezłe miejsce do kąpieli. Uwielbiał pływać nago, więc jak tylko się zatrzymał, zrzucił szybko ubranie. Z dziecięcą radością i cichym piskiem wskoczył do przyjemnej, nagrzanej letnim słoneczkiem wody. Właściwie wszystko już zrobił, więc nie miał się do czego spieszyć. Tym bardziej, że ogłupiała mina i pełne pożądania spojrzenie Przemka bardzo go speszyły i wprawiły w dziwny nastrój. Książę nie był głupcem, doskonale wiedział, że jeśli ulegnie kiełkującemu w nim uczuciu barda i da się ponieść namiętności, to ich małżeństwo w pełni się zalegalizuje. Nadal miał, co prawda niewielką już nadzieję, że mężczyzna w końcu da za wygraną, a on będzie wolny. Wypłynął na środek jeziorka. Nie było tu zbyt głęboko. Dryfował w świetle księżyca pogrążony w myślach.
***
   Natomiast Przemko nie mógł znaleźć sobie miejsca. Chodził z kąta w kąt, wypatrując męża. Miał już dość całej tej maskarady, chciał wziąć w ramiona upartego głuptasa, a potem tulić go do białego rana. Pal licho wszystkie idiotyczne pomysły oraz urażoną dumę. Pragnął pokazać mu swój rodzinny zamek, kraj którym przyjdzie im razem rządzić. Doszedł do wniosku, że następnego dnia wszystko mu wyjaśni. Upłynęło pół godziny, a Kacper nadal nie wracał. Dla zniecierpliwionego, atakowanego przez rozkoszne wizje mężczyzny, minuty wlokły się jak godziny. Wreszcie nie wytrzymał i wziął do ręki pochodnię.
- Może coś mu się stało, ktoś go napadł! – Przekonywał sam siebie. Tak naprawdę w głowie miał jedynie obraz nagiego, zaróżowionego ciała chłopaka, wynurzającego się z kąpieli. Odnalezienie zbiega zabrało mu trochę czasu. W pobliżu jeziorka usłyszał plusk. Ostrożnie wychylił się zza drzewa i zobaczył prawdziwie baśniowe zjawisko.
   Kacper, nieświadomy obecności podglądacza mył się powoli lawendowym mydełkiem. Podśpiewywał sobie pod nosem jak to miał w zwyczaju, jakąś miejscową balladę. Woda sięgała mu zaledwie za kolana, więc doskonale było widać jego zgrabną sylwetkę na tle nocnego nieba. Nadal lśniła w świetle księżyca, nie tak łatwo było usunąć grubą warstwę oleju. Z długich włosów wysunęły się spinki i jasne pasma opadły mu aż do pasa. Przemko doszedł do wniosku, że tak musiały wyglądać rusałki, o których w dzieciństwie czytała mu babcia. Nic dziwnego, że jednym spojrzeniem uwodziły zbłąkanych wędrowców. Prawdę mówiąc, nie miałby nic przeciwko takiej chwili słodkiego zapomnienia. Wbił pochodnię w piasek i zaczął się rozbierać. Zupełnie nagi obszedł stawek, tak by zajść swojego małego elfa od tyłu. Powoli, skradając się na palcach, ruszył w jego kierunku.
- Jesteś taki piękny – szepnął namiętnie Kacprowi do ucha, objął go mocno w wąskiej talii i przytulił się spragnionym ciałem do smukłych pleców. Chłopak z zażenowaniem poczuł na swoich pośladkach nabrzmiałego, sporego członka męża. Od pierwszego momentu wiedział, że to on, natychmiast rozpoznał niepowtarzalny zapach jego skóry.
- Przemko, nie możemy – głos mu dziwnie drżał. – Jeśli będziemy się kochać, nigdy się już ode mnie nie uwolnisz. Będę ci tylko zawadą, wiesz jaka nieudolna ze mnie żona.
- Głuptasie – zaczął błądzić ustami po pachnącym karku – nauczysz się wszystkiego. Będziesz miał na to wiele lat – ukąsił go za uchem, a potem polizał to miejsce, by złagodzić ból. Jedna ręka powędrowała do sterczących sutków chłopaka, a druga delikatnie objęła twardniejącego penisa.
- Och… mhm… - wyrwało się z ust Kacpra. W myślach miał straszny zamęt. Rozkoszny wir wciągał go coraz głębiej, wcale nie miał ochoty się z niego uwalniać. Przeciwnie, chciał się w nim zatracić i zatonąć. Pragnął tego mężczyzny tak jak on jego. Pierwszy raz w życiu ktoś tak bardzo mu się spodobał.
   Przemko podniecał się każdym słodkim westchnieniem, każdym ochrypłym jękiem czy piskiem. To była pieśń miłości, ich miłości. Czuł, że nie jest obojętny chłopakowi, że podziela jego fascynację i namiętność. Odwrócił go do siebie przodem, spojrzał w na zawstydzoną, zarumienioną buzię i w tym momencie zrozumiał, że to nie tylko zachwyt pięknym ciałem, które właśnie trzymał w ramionach, ale coś znacznie głębszego. W swojej głupocie miał niesamowite szczęście. Jego mąż był nie tylko śliczny, ale także mądry, czuły i szlachetny. Potrafił się cieszyć z drobnych rzeczy i uśmiechać promienniej niż słońce. Inny na jego miejscu, nigdy nie zostałby z prostym bardem, tylko umknąłby przy pierwszej okazji w poszukiwaniu dobrobytu. Z takim wyglądem bez trudu znalazłby sobie zamożnego męża.
- Od dzisiaj będziesz na zawsze mój – odezwał się ochryple i wziął go na ręce. Zaniósł tulącego się do niego księcia na brzeg, położył na ręczniku i nakrył swoim wygłodniałym ciałem.
- Przemko? – Kacper trochę się bał tego, co miało nastąpić. Rozsunął jednak powoli uda i pozwolił mężczyźnie się miedzy nimi ułożyć. – Och… - pisnął bezradnie, kiedy niespodziewanie poczuł gorące wargi na swoim członku. Biodra same wyskoczyły do przodu, chcąc się zanurzyć głębiej w to wilgotne ciepło, które powodowało rozkoszne drżenie w całym, napiętym niczym struna  ciele.
- Pozwól mi się poprowadzić – pełen drapieżnych nutek, uwodzicielski głos barda spowodował, że zupełnie się mu poddał. Już po chwili kochali się namiętnie, a ich pełne rozkoszy jęki słychać było w całej okolicy. Srebrny wędrowiec oświetlał spocone ciała pogrążone w namiętnym tańcu. Kacper krzyczał coraz głośniej, kiedy penis męża uderzał we wrażliwy punkt w jego wnętrzu, doprowadzając go na szczyt. – Daj się ponieść fali kochanie – wyszeptał mężczyzna wprost do ucha swojego młodziutkiego męża, który wił się pod nim z przyjemności. Jego nieprzytomne spojrzenie wyraźnie mówiło, że już był na skraju wytrzymałości.
- Aaa….! – Rozległ się w nocnej ciszy, pełen wyzwolenia okrzyk. Chłopak wytrysnął na brzuch mężczyzny gorącym strumieniem spermy. Z głuchym jękiem Przemko dołączył do niego, całkowicie zatracając się w krainie rozkoszy. Przez chwilę leżeli nieruchomo, tuląc się do siebie z całych sił. Nadal drżeli, pogrążeni w słodkim rozleniwieniu, jedyne na co się zdobyli, to nakrycie się leżącymi w pobliżu ubraniami. To była jedna z tych wspaniałych, szczęśliwych chwil, która miała pozostać w ich sercach na całe życie.