piątek, 17 lutego 2017

Śmierdziuszek IV

Długo tańczyli wtuleni w swoje ramiona. Andrzej, spowity różowym obłokiem pierwszego zauroczenia, kompletnie stracił poczucie czasu. To nic, że duże stopy w szklanych pantoflach co chwilę deptały jego palce, to nic, że piękna panienka ciągle się potykała i od podtrzymywania by nie rozbiła sobie nosa bolało go już całe ramię, to nic, że jej szeroka pierś zasłaniała mu właściwie cały horyzont i już kilka razy dosłownie staranowali inne pary. Szybko wokół nich wytworzyła się pusta przestrzeń, nikt nie chciał zostać poturbowany przez oślepłych na otoczenie zakochanych. Zwłaszcza młody panicz wyglądał jakby zupełnie postradał zmysły. To była ONA, właśnie ONA. Do jej portu pragnął zawijać każdej nocy. Na jej płaskiej, twardej piersi chciał złożyć do snu swoją głowę. Książę czuł całym sobą, że właśnie spełniły się jego marzenia i nareszcie odnalazł prawdziwą miłość. Nie pozwoli jej zniknąć. Zatrzymał się, wspiął na palce i spojrzał prosto w zielone oczy. Włożył w to jedno sokole wejrzenie całą swoją rozpłomienioną duszę i przebił nim na wylot rozedrgane, dziewicze serduszko. A przynajmniej taki miał zamiar. Biedactwo z pewnością było nieco przytłoczonego jego majestatem, bo nie odważyło się nawet drgnąć. Wziął za rękę dziewczynę i pociągną ją w stronę parku. Szła za nim ze spuszczonym wzrokiem, nieśmiała  i płochliwa niczym sarna. Taka delikatność połączona z silnym, dobrze umięśnionym ciałem spowodowała, że zakręciło mu się w głowie od nadmiaru emocji, a lędźwie zapłonęły żywym ogniem. Na szczęście długi kaftan zakrył jego nadmierny entuzjazm. Westchnął z głębi serca tak głośno, że kilka słowików, pragnących im umilić słodkie sam na sam, spadło prosto pod nogi, nie mogącego uwierzyć w swoje szczęście kota Księżnej Pani. Zatrzymali się w najromantyczniejszym zdaniem Andrzeja zakątku, pod krzakiem jaśminu, obok szemrzącej cicho fontanny.
- Waćpanna zechcesz ty mnie? - Uczucia omal nie rozsadziły jego wątłej piersi, nie mówiąc już o spodniach. - Będziesz tutaj panią, powijesz moje dziatki... - Rzucił się na kolana miotany dziką namiętnością. Chciał wtulić twarz w jej łono, ale został stanowczo powstrzymany silną dłonią. Może niepotrzebnie wyrwał się z tymi dziatkami? Pewnie przestraszył niewinną panienkę swoimi męskimi emocjami.
- Yhy... Yhy... - Śmierdziuszek omal nie wyszedł z roli dziewczęcia z dobrego domu. Ten kretyn miał właśnie głowę poniżej jego pasa i chuchał niczym kowalski miech prosto w najwrażliwsze u mężczyzny miejsce. Przez cieniutki jedwab sukni doskonale czuł oddech zdurniałego desperata. Nie mógł uwierzyć, że znalazł się w tak idiotycznej sytuacji. Chciał, aby Andree polubił jego, Zbyszka, a nie jakąś wyśnioną księżniczkę. Miał niemądre wrażenie, że chłopak zdradza go z nim samym. Początkowo, podczas tańca, sam uległ czarowi chwili. Otrzeźwiał jednak jak tylko znaleźli się na chłodnym, jesiennym powietrzu. Ciotka Ludmiła z pewnością zabije go śmiechem, kiedy tylko wróci do domu. Z początku miał nadzieję, że w parku jakoś umknie temu napalonemu, nie wiadomo na co, głuptasowi. Tymczasem znalazł się w pułapce. Jak się gówniarz zaraz nie uspokoi pierdyknie go w ten upudrowany łeb, aż mu wyszczerzone w maślanym uśmiechu zęby zadzwonią niczym kastaniety.
- Przepraszam! Nie chciałem cię wystraszyć moja piękności! - Książę zupełnie błędnie odczytał nagły chłód na twarzy dziewczyny. Bogini, najprawdziwsza bogini. Zawsze lubił takie władcze białogłowy. Rozdął nozdrza niczym rasowy ogier na widok przedniej klaczy. Najwidoczniej krew sławnej Barbary płynęła jednak w jego żyłach bo poderwał się nagle na nogi i przycisnął do grubego pnia klonu nie spodziewającego się ataku Śmierdziuszka. - Moje uczucie może się wydawać zbyt nagłe. Przypieczętujmy naszą miłość pocałunkiem.
- Jak ci przyp... - Chłopak nie zdążył obdarzyć napastnika porządnym epitetem, bo skutecznie zatkał mu usta. W pierwszym odruchu chciał się wyszarpnąć, ale książę jak na takie chuchro okazał sie zadziwiająco silny.
- Cichaj moja miła, cichaj... - wyszeptał namiętnie w czerwone ze złości ucho. - Przy mnie nie musisz być nieśmiała. Dajmy się choć przez chwilę ponieść ku niebiosom...- Włożył udo między nogi Zbyszka, przyparł go całym ciałem do szorstkiej kory i wpił się wargi.
- O kur... Psia jego ma...- Zdążył jedynie pomyśleć. Ale się mały łajdak napalił, a taki się wydawał łagodny i niewinny. Nigdy jeszcze się tak nie pomylił.
- Pozwól, że splądruję twoją świątynię...- Książę niczym tajfun wdarł się między szczelnie zaciśnięte usta. Niedoskonałości techniki nadrabiał niespożytym zapałem, a sprytnie umieszczone kolano siało zamęt w głowie coraz słabiej opierającego się Zbyszka. Niecierpliwe, arystokratyczne dłonie złapały go za tyłek. I już miał go przyciągnąć bliżej i odlecieć z nim do niebios, kiedy...
- Bim.. Bam... Bim ... Bam... - rozszedł się znajomy dźwięk. Zegar na wieży właśnie oznajmił północ. Ot złośliwość rzeczy martwych. Natychmiast otrzeźwiał. Po krzyżu przebiegł mu zimny dreszcz. Andrzej za nic nie mógł się dowiedzieć kim był naprawdę. Wstyd by go zabił. Musiał natychmiast uciekać, od zniknięcia czaru Ludmiły dzieliły go dosłownie sekundy. Odepchnął z całej siły chłopaka, który wylądował całkiem wygodnie na kopczyku usypanym przez kreta.
- Co, kto...?- Książę strącony brutalnie wprost z różowych obłoków  niezupełnie potrafił się odnaleźć w rzeczywistym świecie.
- Muszę wracać. - Śmierdziuszek, nie wyjaśniając niczego, pobiegł w kierunku schodów. Kiedy odwrócił głowę zobaczył ogromnie zaskoczoną minę chłopaka. Zrobiło mu się żal głuptasa. Chyba powinien jakoś osłodzić mu zniknięcie wymarzonej księżniczki. Niestety niezbyt dobrze znał się na tych arystokratycznych wzdychaniach.
- Pochodzimy z innych światów. Nie dla nas miłość po grób. - Zatrzepotał rzęsami i załamał dłonie w dramatycznym geście. - Żegnaj luby. - Zbyszek wzniósł się na wyżyny romantyzmu. Podkasał przeklętą kieckę krępującą mu ruchy, pobiegł w kierunku wyjścia i oczywiście przepadł już na pierwszym stopniu. Szklany pantofelek zsunął mu się ze stopy. Schylił się by go podnieść, ale Andree był tuż za nim. Machną ręką na cudacznego buta, najwyżej zapłaci za niego Ludmile. Jak szalony popędził przed siebie. Wskoczył do bryczki i strzelił z bata. Konie ruszyły galopem. Wkrótce zniknął za zakrętem ścigany rozpaczliwym krzykiem chłopaka.
 - Nie odchodź! Waćpanna wyjaw chociaż imię!
***
   Zbyszek po powrocie do domu ze sławnego balu usiadł na podłodze przed kominkiem i ze złością rzucił szklany pantofelek prosto w płomienie po czym zakopał go pogrzebaczem pod tlącym się leniwie drewnem. Na co niby miałby mu się przydać? Ludmile nie odda przecież jednego buta. Przypominałby mu jedynie jak zrobił z siebie kompletnego idiotę i łamagę. Prawie pozbawił palców u stóp tego delikatnego panicza. No może nie aż tak delikatnego, sądząc po sile z jaką przyciskał go do drzewa. Na samo wspomnienie oblał się rumieńcem. Po jakie licho zgodził się eskortować siostry? Jak on teraz to wszystko odkręci? Nie wyobrażał sobie, żeby już nigdy nie mógł skosztować tych gorących ust i objąć smukłego ciała. Może Ludmiła wpadnie na jakiś pomysł? Pójdzie do niej z samego rana. Coś stuknęło o posadzkę. Spojrzał i ze zdziwieniem stwierdził, że na powrót zupełnie nieświadomie wyciągnął z popiołu cholernego pantofla. Westchnął, wyjął z kieszeni czystą chusteczkę i pieczołowicie go zawiną. Podniósł luźną deskę, schował swój skarb do starej kryjówki, gdzie trzymał swoje najcenniejsze rzeczy. Już niedługo wzejdzie nowy dzień, a z nim nowe możliwości. Zbyszek był urodzonym optymistą. Słońce wstawało, aby zarumienić w sadzie jabłka, deszcz padał, by nie musiał o świcie zamiatać podwórza, a pies złapał pchły od suki proboszcza, by macocha bała się wejść do kuchni i nie suszyła mu głowy o bzdury. Zawsze znajdował jakiś powód do radości. Nie tylko sam nią promieniał, ale i zarażał nią innych.
***
 Tydzień później książęca para, gryząc tosty z sadzonym jajkiem i po raz enty omawiała urodzinowy bal. Pan na Pszczynie, lekko skrzywiony, masował sobie skropioną octem chusteczką skronie. Chcąc sobie poprawić nastrój odrobinę przesadził poprzedniego dnia z półtorakiem i miał paskudną migrenę. Jazgotanie żony bynajmniej nie poprawiało jego stanu.
- Musimy go wysłać za granicę, choćby do Francyi, albo i dalej.
- Dajże chłopakowi spokój. Przejdzie mu.
- Ot męska logika. A on taki nieszczęśliwy. Złamała mu delikatne serduszko ta wielkostopa wiedźma!
- Nie rób z tego dramatu. Ot chłopaczyna nieprzyzwyczajony. Zmacał sobie pierwszy raz dziewuchę, to się zapalił. - Książę jęknął i skinął na lokaja, żeby mu dyskretnie nalał klina. Niestety Pani na Pszczynie miała sokoli wzrok.
- Już od świtu chlasz, zamiast jedynaka ratować? Toż kogut w kurniku więcej uważania ma dla swojego potomstwa niż ty! Skoro nie chcesz mi pomóc, napiszę do matki. Ostatni raz bardzo jej się u nas podobało.  Zostanie miesiąc jaki, a może i dwa. - Zmierzyła wzrokiem męża, który natychmiast spotulniał niczym baranek. Sama wizja przyjazdu teściowej spowodowała, że migrena zniknęła jak ręką odjął. Prawdziwy cud. Już jedna temperamentna Włoszka była trudna do okiełznania, ale dwie oznaczałyby prawdziwy armadgedon, albo i co gorszego.
- Wezwie się znachorkę i po krzyku. - Widział Ludmiłę kilka razy z daleka. Wyglądała na gorącą białogłowę. Ja wieść gminna niosła znała się na choróbskach cielesnej i dusznej materyi. A on chętnie nawiązałby z nią bliższą znajomość, bo mu ta jego italiańska jejmość do cna zbrzydła. Wiecznie tylko narzekania i pretensje.
- A wstydziłbyś się, tu doktora z samego Krakowa potrzeba. W zabobony wierzysz jak jakaś wioskowa baba? - Nie mogła pojąć, że czasy oświecenia nastały, ludziska uniwersytety kończyły, a jej mąż nadal tkwił w mrokach  średniowiecza. Tak to bywa, jak się słaba kobieta da ponieść uczuciom i wyjdzie za prostego szlachetkę z dziury, gdzie psy szczekają zadkami.
Nikt nie zauważył jak do jadalni cicho niczym pokutujący duch wszedł, a raczej przewlókł przez próg swoje doczesne szczątki, Andrzej. Nieogolony od urodzinowego balu, kiedy to zgasła jego nadzieja na szczęście, z podkrążonymi oczami, niechlujnie ubrany stanowił osobliwy widok dla mieszkańców zamku. Młody panicz był od dziecka strasznie pedantyczny i niezmiernie dbały o swój wygląd, więc teraz skutecznie straszył służbę oraz gości. Usiadł na krześle ze wzrokiem wbitym w obrus, który aż się pomarszczył jak zaczął wzdychać nad kubkiem mleka.
- Nawet ten biały nektar ma smak goryczy i łez... Wszystko jest takie ciemne i zamglone...
- Moje kochane biedactwo... Ale cię ta wsiowa Wenus w butach od szklarza urządziła...- chlipnęła księżna. W głowie jej się nie mieściło, że jakaś byle dziewucha mogła odrzucić taki skarb nad skarbami. Chociaż co można wymagać od zaściankowej ciemnoty? Taka choćby i perłę zobaczyła pomyśli, że to zwykły kamyk. A on taki chudzieńki i smutny. Tęskni niczym Romeo za swoją Juliettą. Jak ten angielski wierszokleta bez serca mógł go tak okrutnie zamordować? Szekspir mu chyba było , czy jakoś inaczej...Wytarła oczy rąbkiem chusteczki z monogramem. No cóż mężczyzna to tylko mężczyzna, choćby i poeta. Gdzie mu tam do białogłowskiej wrażliwości.
- Nie waż się obrażać mojej bogini! - Andrzeja aż podniosło z krzesła, acz po sekundzie opamiętał się i opadł na niego smętnie niczym jesienny liść. Należało ostrożnie przygotować familijny grunt. Matka z jej wielkopańskimi ambicjami tak łatwo nie zgodzi się na synową ze wsi. Prawie codziennie żałował, że był jedynakiem. Może jakby miał liczne rodzeństwo ta miłość jejmości jakoś by się rozłożyła na mniejsze części.
- Psia wasza mać! Za chwilę to i ja jakiś waporów dostanę! - Zdenerwował się książę. - Wzywaj tego doktora, znachorkę, czy inszą nację, byleście tylko oboje przestali jęczeć i biadolić. Od tego w żołądku czarna żółć się robi, w głowie powstają fiksacje, a do mnie po obiedzie panowie z całego powiatu na obrady przybywają.
- Ty mi się tutaj znajomością łaciny z chlewu nie popisuj! Dziecko słucha! - Co za bezzecnik i jaki wstyd przed służbą. Ona tutaj kulturę od ćwierćwiecza próbuje wprowadzić, a on nadal na samym dnie.
- Tatko się nie gorączkuje. Już niedługo zniknę jako ta mgła i przestanę go w oczy kłuć moim nieszczęściem...- Andrzej odrzucił dramatycznym gestem długi warkocz na plecy i ugryzł kawałeczek tosta. Nie wypadało się obżerać, będą na dnie rozpaczy. Miłość wymagała poświęceń. Jeszcze trochę, a rodziciele się załamią i sami zaczną szukać jego bogini. Kieskę miał pustą, a w pojedynkę nie było na to szans zwłaszcza, że nie znał nawet imienia dziewczyny. Jej bucik trzymał w srebrnej szkatule niczym najświętszą pamiątkę. Zapaszek z niej dobiegający, za każdym razem jak ją otwierał, kogoś mu przypominał. Nie wiedział jednak kogo.
- Wciórności z wami! - Pan na Pszczynie nie wytrzymał takiej dawki przeraźliwego romantyzmu. Mógł się ożenić z jaką Rosjanką, albo lepiej Litwinką. Nie było jak słowiańska krew, wartka ale i pełna dystynkcji, nie mówiąc już o zwyczajnym zdrowym rozsądku.  Syn przynajmniej odziedziczyłby jakiś normalny pomyślunek. Trzasnął drzwiami aż z futryn posypał się tynk.
***

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Śmierdziuszek III


 Zbyszko wcześniej umówił się z siostrami, że dołączy do nich na balu, oczywiście jeśli wiedźma chrzestna zgodzi się im pomóc. Teraz jednak kłusując w kierunku zamku miał coraz większego stracha i nagle jakoś przestało mu się spieszyć. Powściągną lejce pary gniadoszy, ciągnących energicznie nieco kanciastą, srebrną bryczkę. Nawet jeśli zwlecze jakiś kwadrans to chyba siostrą nie uda się tak szybko narozrabiać. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że w ich przypadku na posag nie mieli co liczyć, a przyszła teściowa stanowiła istną skarbonkę bez dna. Z tego powodu pomimo niewątpliwej urody dziewcząt, kandydaci na mężów nie pchali się drzwiami i oknami. Śmierdziuszek najchętniej by zawrócił, przed stchórzeniem powstrzymywała go jedynie rodzinna lojalność. Poprawił ręką fantazyjną fryzurę, wyprostował zgarbioną sylwetkę i pognał koniki. Słowo się rzekło, więc trzeba było skończyć co zaczął i pojawić się na balu. Miał tylko nadzieję, że piękny Andree nie pozna go w tym nowym wcieleniu. Spaliłby się chyba ze wstydu. Zatrzymał bryczkę u stóp paradnych, marmurowych schodów prowadzących do zamku. Natychmiast podbiegli lokaje, by pomóc mu wysiąść.
- Panienka pozwoli. Kogo zapowiedzieć?
- W środku są moje siostry, Zofia i Krystyna Pustakowskie herbu Szlezong. - Obie dziewczyny nosiły nazwisko swojego prawdziwego ojca, pierwszego męża jejmość Anny.
Dzięki zręczności nabytej w gospodarstwie udało mu się nie zabić na schodach, które dla początkującego akrobaty stanowiły prawdziwy tor przeszkód. Cudaczne, szklane buty na dość wysokich, kwadratowych obcasach okazały się dla niego niezłym wyzwaniem. Z trudem się w nich poruszał, co chwila wymachując rękami dla złapania równowagi. Z początku wyglądało to dość komicznie. Trzeba jednak przyznać, że z każdym krokiem szło mu coraz lepiej. Tutaj przyszedł mu na pomoc wrodzony wdzięk.
Na szczęście obie rozpytlowane siostry stały blisko wejścia na salę balową podpierając, jak przewidział, ścianę. Dla miejscowej szlachty liczył się przede wszystkim zasobny trzos. Nawet jeśli jakiś młodzieniec zerknął na ładne panny, to zaraz był odciągany przez praktyczną matkę.  Macocha oczywiście brylowała gdzieś w towarzystwie i beztrosko pozostawiła córki same. Z tej trójki, jeśli któraś znajdzie męża, to chłopak mógłby się założyć o rączego ogierka, że to  na pewno będzie jejmość Anna, czego jej z całego serca życzył.
Śmierdziuszek po raz pierwszy był na pszczyńskim zamku. Rozglądał się z zaciekawieniem, podziwiając gustowny wystrój pałacu na który z pewnością nie szczędzono talarów. Ściany wyłożone kremowym marmurem lśniły w blasku kryształowych kandelabrów niczym dobrze wypolerowane  lustra. Podłoga z drogiej mozaiki w roślinne wzory także odbijała światło. Czerwony dywan, biegł przez całą salę, dzieląc ją zgrabnie na dwie części: jadalną i taneczną. Rozpościerał się od progu aż do tronu Księcia Pana. Pod ścianą po lewej stronie stały stoły uginające się od wszelakiego jadła. Po prawej ustawiały się już pary, oczekujące na rozpoczęcie przez młodego panicza tańców. Zbyszko stanął obok sióstr, które obdarzyły go krótkimi, obojętnymi spojrzeniami.
- Co tak stoicie, nikt was nie zaprosił do poloneza? Blondynki przestały być modne?
- A panience co do tego?- Krzysia zadarła nosek. Nie będzie jej tu jakaś nieznajoma wytykać braku powodzenia. Sama z tym wzrostem huzara, też prędko kawalera nie znajdzie.
- Lepiej by pilnowała swojej urody! - żachnęła się Zosia. - Wielkie stopy, z przodu plecy i łapy parobka. - Zmierzyła bezczelną dziewuchę wyniosłym wzrokiem. - Powinna od razu zacząć od kuchni, a nie na salony się pchać. Takie dobrze zbudowane podobno chętnie zatrudniają do szorowania garów.
- Radzę grzeczniej, bo was wyproszą zanim zacznie się bal. - Fuknął na nie zniecierpliwiony Śmierdziuszek. - To ja kapuściane głąby! Własnego brata nie poznajecie?!
- Święci anieli na niebie! - Krzysia wytrzeszczyła oczy. - Zbyszko?!
- Nie, Czerwony Kapturek! - Zdenerwował się chłopak.
- No, no. Ale cię Wiedźma Chrzestna wystroiła - rozchichotała się na dobre Zosia. - Uważaj, jeszcze cię dopadnie jaki włoski krewny księżnej pani. Oni lubią takie wyrośnięte blondyny.
                                                                                          ***
   Andre siedział między rozbawionym jego buntowniczą miną ojcem, a panią matką, której nie zamykały się usta. Jej włoski temperament doprowadzał go do szału. Od pół godziny usiłowała mu zareklamować okoliczne panny, oczywiście tylko te, które upatrzyła sobie na synową. Co go obchodziło, że tęga brunetka miała w rodzinie króla, a blada szatynka dwie skrzynie złotych talarów w posagu? Miał sypiać z portretem królewskiego przodka jednej, czy z ze złotem drugiej? Od kiedy przyszedł wypatrywał Zbyszka, nigdzie go jednak nie dostrzegł. Z każdym kwadransem był coraz bardziej rozczarowany. Zapowiadał się wyjątkowo nudny wieczór. Niepotrzebnie od świtu poprawiał swoją urodę.
- Chyba dostaję migreny - jęknął teatralnie, przerywając słowotok matki. - Pójdę się wcześniej położyć.
- Ależ kochaniutki, toż to twoje urodziny. Musisz zostać chociaż do północy. - Kobieta dopiero teraz zrozumiała, że zbytnio się rozochociła, mając nadzieję na rychłe weselisko, po tym jak w wielkiej tajemnicy lokaj Przemko opowiedział jej o zmianie w zachowaniu jedynaka.
- Golnij sobie półtoraka to ci zaraz przejdzie, a nogi same pójdą w tany . - Ojciec wręczył mu niewielki pucharek mocnego miodu. Andrzej wypił go duszkiem, nawet nie mrugnąwszy okiem. Odpowiednie znieczulenie na damskie wdzięki wydało mu się w tej chwili doskonałym pomysłem, bo te powyciągane z najmniejszych zaścianków kwiaty panieństwa napawały go niejakim strachem. Krzywa Franciszka z Omłyńca łypała na niego jednym okiem, mała Ofka brudnymi paznokciami drapała się po solidnym udzie, Jadźka z Pohańca dyskretnie wąchała swoją pachę, a biuściasta Hellenka gapiła mu się od dobrego pacierza prosto między nogi. Bóg raczy wiedzieć co jej się roiło w głowie, ale kiedy kilka razy oblizała pomalowane barwiczką wargi, a jemu zimno przebiegło mu po krzyżu.
- Ty mi dziecka nie rozpijaj! Zobacz jak się biedaczek wzdryga po tym okropnym, barbarzyńskim trunku! Trzeba było podać francuskie wina. - Księżna popatrzyła z dezaprobata na męża. - Ale jak się ma węża w kieszeni i żałuje kilku talarów dla potomka...
- Musiał się biedak napić czegoś mocniejszego niż te francuskie siuśki. Inaczej nie przetrwałby tego zjazdu potworzyc - zarechotał Pan na Pszczynie. - Skądżeś ty wytrzasnęła te brzydactwa? Żeby chociaż były jakieś ogarnięte, ale wyglądają jakby nawet czytać nie umiały. Chcesz żeby nasze wnuki urodziły się półgłówkami?
Oczywiście rodzice zaczęli się sprzeczać, jak to często mieli w zwyczaju. Andrzej nie lubił się wtrącać w ich przegadywanki, zawsze kiepsko na tym wychodził. Dobrze wiedział, że potem z zapałem pogodzą się w sypialni. Wstał z fotela i powiódł wzrokiem po sali.
- To może ja lepiej poszukam partnerki do tańca. - Tradycyjnie zabawa zaczynała się zawsze od poloneza, a on z wybranką miał stanąć w pierwszej parze i poprowadzić korowód pod przewodnictwem wodzireja. Zaczął się rozglądać z miną męczennika. Czego to człowiek nie zrobi dla spokoju domowego ogniska i zadowolenia pani matki. Ruszył wzdłuż sali. Rozmowy milkły jedna po drugiej, wszyscy odwracali głowy w jego stronę. Matrony wypchnęły do przodu swoje córki, a co odważniejsze nawet synów. Powoli dotarł niemal do końca czerwonego dywanu. Już miał podejść do krzywej Franki, ta przynajmniej nie będzie łapać go za tyłek, kiedy zobaczył JĄ...
Słońce, a właściwie księżyc zatrzymał się w swojej drodze po horyzoncie z otwartymi z podziwu ustami, gwiazdy przestały migotać, ptaki umilkły, jedna ruda wiewiórka zadławiła się orzeszkiem. Cała zgromadzona z powodu jego urodzin szlachta zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a widok zawęził się do tej jednej jedynej niepowtarzalnej osoby...
- Jejmościanka pozwoli. - Ujął dużą, ciepłą dłoń dziewczyny, spoglądającej na niego nieśmiało spod długich rzęs. Była naprawdę wysoka, o jakąś głowę wyższa od niego. Miała cudowne włosy barwy miodu rozpuszczone na ramiona, maleńkie perełki połyskiwały w gęstych, miękkich pasmach. Zielone oczy spoglądały niepewnie, jakby speszone jego książęcym majestatem. Suknia z najprzedniejszego jedwabiu wyglądała jakby utkano ją z dymu i srebrzystej mgły, falowała wokół zgrabnych kostek oraz szklanych, fantazyjnych bucików.
- Zatańczysz ze mną? - Nigdy żadna kobieta nie zrobiła na nim takiego wrażenia. Właściwie to białogłowy były mu zazwyczaj całkowicie obojętne. Ta była inna, cudowna, o silnych, szerokich ramionach i krzepkiej sylwetce. Nie mógł się doczekać kiedy ją obejmie. W zwinnych ruchach dziewczyny było coś znajomego, ale tym teraz nie miał zamiaru zaprzątać sobie głowy.
- Bardzo proszę... - odpowiedziała cichuteńko, zaskakująco niskim, melodyjnym głosem. Poprowadził ją na czoło formującego się korowodu. Zabrzmiały dźwięki poloneza. Nigdy ten tradycyjny, polski taniec nie wydawał mu się tak niezwykły i uroczysty. Prawie słyszał już kościelne dzwony. Miał wrażenie, że wpatrzony w szmaragdowe oczy unosi się nad ziemią niczym aniołowie.
                                                                              ***
   Zbyszko, bo oczywiście to na niego padł książęcy wybór, miał zgoła inne odczucia. Najchętniej zapadłby się pod ziemię. Miły byłby mu widok nawet samego Kusego mieszającego w kotle z wrzącą smołą. W tej kiecce i fikuśnych bucikach czuł się jak kompletny idiota. Podał rękę wpatrzonemu w niego maślanym wzrokiem chłopakowi i modlił się gorąco do wszystkich swoich patronów, żeby Anree go nie rozpoznał, inaczej z pewnością szlag by go na miejscu trafił jak nieboszczyka tatusia. Starał się mówić jak najciszej, bo głos miał dość charakterystyczny. Planował, że natychmiast po zakończeniu tańca ulotni się do parku i już jego głowa w tym, by młodzieniec go tam nie odnalazł. A przed północą wyciągnie siostry z zamku choćby siłą i chajda do domu. Ciotula Ludmiła zagroziła, że jej czary mają ograniczoną moc i balowe łaszki zamienią się potem na powrót w połatane spodnie i starą, lnianą koszulę. Niestety łatwiej postanowić niż wykonać. Przeklęty książę, gapił się na niego jakby zobaczył najsmaczniejsze ciastko z najprawdziwszą czekoladą prosto z Wiednia. Zbyszko jadł takie tylko raz i nadal śniło mu się po nocach. Pod wpływem tego roztapiającego serce i zamieniającego nogi w galaretę wzroku, nawet kiedy umilkły dźwięki poloneza, a potem zagrano chodzonego, nie zszedł z parkietu. Zapomniał się do tego stopnia, że zamiast pozwolić się prowadzić jak uprzednio, przejął rolę chłopaka, który z początku nieco zaskoczony już po chwili ufnie wtulił się w jego ramiona. Inne pary z początku obserwowały ich mocno zdziwione.
- Co za dziwny pomysł, żeby białogłowa wiodła prym...
- To ta włoska krew pani matki, ci makaroniarze zawsze byli dziwni. Za dużo słońca szkodzi szarej materyi...
- Pewnie znowu przyszła nowa moda z prosto Francyji... Młody książę pobierał tam ponoć nauki...
Po niecałym kwadransie wszyscy tańczyli już na sposób zapoczątkowany przez Andree. Skoro jaśnie państwo nie mieli nic przeciwko, to taka odmiana była nawet całkiem interesujaca. Pewnie, że parę osób, zwłaszcza spośród tych co podpierały ściany, zaczęło narzekać na zdziczenie obyczajów i okropną, dzisiejszą młodzież, ale kto by ich tam słuchał. Książę na Pszczynie na ten ucieszny widok omal nie dostał ze śmiechu czkawki, musiał więc ratować majestat kolejnym kufelkiem półtoraka, a Pani na Pszczynie tak szybko trzepotała wachlarzem, że połamała jego delikatną konstrukcję na drobne kawałki.
- Powiedz mój panie, który z tych cudaków był kompletnie szurnięty? - Księżna wściekłym wzrokiem potoczyła po rodzinnych portretach wiszących za ich plecami. - Mam nadzieję, że wieść o dzisiejszym balu nie dotrze na Wawel. -Dodała omdlewającym głosem.
- Prawie wszyscy byli stuknięci. Im więcej pałek w herbie tym mocniej. Ale zawsze mówiłaś, że grunt to nazwisko reszta się nie liczy. - Z każdą chwilą bawił się coraz lepiej. Rzadko miał okazję porządnie odgryźć się pyskatej żonie.
- Nawet hrabia  Mućkow, zwycięzca spod Pskowa, teść króla? - Zrobiło się jej jakoś słabo. Jakie geny odziedziczyło jej biedne dziecko? Skąd u niego ten pociąg do folwarcznych dziewuch zalatujących sianem z rękami żołdaka?
- E tam... On był tylko mlekopijem. Do paradnej karety kazał zaprzęgać krowy. Twierdził, że to poręczne, bo w każdej chwili może skorzystać ze świeżego, boskiego nektaru jaki dają jedynie nasze poczciwe łaciate. Całkiem równy z niego był kamrat...
- Dlaczego nikt mi przed zamążpójściem nie powiedział, że twoja familia to banda szaleńców? - warknęła.
- Nie pytałaś. Pierwszą rzeczą, którą zwiedziłaś po ślubie był skarbiec, a potem sypialnia. Poza tym nie przesadzaj moja duszko. - Księcia nie opuszczał dobry humor. Kto by tam wierzył w te bzdury o przodkach. Ludzie zawsze wyolbrzymiali drobne dziwactwa. -  A co powiesz na twoją słynną na pół Europy kuzynkę Barbarę? Zdarła siedmiu mężów. Żaden nie przeżył roku. Podobno wypuszczała ich z sypialni tylko za potrzebą. Nie uważasz, że Andrzej ma jej oczy?
- Chyba się jednak napiję... - Wydarła mężowi z dłoni kufel z półtorakiem i zdrowo pociągnęła. - Zapomniałeś dodać, że nasza komnata była na końcu skrzydła. Wcześniej ,,zwiedziliśmy'' inne pokoje. - Dodała oblewając się rumieńcem.
- Nie mam pojęcia, dlaczego zarzuciliśmy tą miłą tradycję? Może czas znowu ,, pozwiedzać "zamek? Odkurzyć zapomniane komnaty.
- Siedziałbyś już cicho, ludzie patrzą!
.....................................................................................................................
półtorak - miód pitny, około 50 - 65 % alkoholu

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Śmierdziuszek II

   Śmierdziuszek gotował właśnie obiad, niestety był we dworze parobkiem od wszystkiego. Zagoniony do pracy jako młode pacholę inne życie znał jedynie z książek. Sprzątał, prał, gotował i zajmował się zwierzętami oczywiście tymi, których jeszcze macosze nie udało się sprzedać. Nie zostało ich już zbyt wiele: małe stadko leciwych kur, gniada klacz Offka, bez niej panny nie mogłyby paradować w bryczce po okolicy i wielkooka krasula Łaciatka. Kulawa Kaśka trochę mu w pomagała w obowiązkach, ale z powodu pociągu do miejscowej okowity i hożych parobków, różnie bywało z jej zapałem do pracy. Czasami zwyczajnie zmęczona życiem zasypiała gdzieś w kącie. Chłopak lepił pierogi, a wyżej wspomniana niecnota mieszała w garnku z zupą pomidorową.
- Wiesz, że robisz już trzeciego bez nadzienia? - zapytała ziewając szeroko dziewucha i podmuchała na oparzony parą palec. - Czym się znowu martwisz paniczu? - Lubiła tego cichego chłopaka, który większość swojego wolnego czasu przesiadywał w bibliotece starego dziedzica. Zawsze był wobec niej grzeczny nawet, kiedy chwiejąc się na nogach wracała do domu nad ranem. Uważała za skandal, że to nie on tylko jejmość Anna o chciwych rękach zarządzała majątkiem i doprowadzała kwitnącą jeszcze niedawno posiadłość do ruiny. Kaśka nie słuchała nikogo oprócz Zbyszka nawet, kiedy pani wyprowadzona z równowagi jej powolnością miotała w nią swoimi pantoflami. Nawet jeśli ona była leniwa, to te trzy przybłędy, jak w myślach nazywała jaśnie panią i panienki, biły ją w nieróbstwie na głowę.
- Szkoda gadać, muszę iść na bal, coby panny siostry wianków nie pogubiły, ale zaproszenie obejmuje jedynie dziewki na wydaniu. - Po odwiezieniu młodego księcia do zamku Śmierdziuszek całkiem stracił humor. Zdał sobie sprawę, że nie miał przed sobą przyszłości. Za cztery lata, kiedy osiągnie pełnoletność ze schedy po tatusiu nieboszczyku z pewnością nic nie zostanie, a on pójdzie na żebry. Ten śliczny chłopak, nieważne że nieco nadęty, jakiego przez trzy pacierze miał przed sobą na koniu, nigdy nie zwróciłby na niego uwagi. Niczego nie mógłby mu ofiarować. - Widziałaś kiedyś naszego młodego księcia?
- Coś mi się zdaje, że nie tylko panny cię martwią. - Uśmiechnęła się domyślnie Kaśka, doskonale znająca słabość Zbyszka do delikatnych chłopców. - Chodzi ci o Andrrreee...? - przeciągnęła z francuska, naśladując komicznie księżną na Pszczynie. - Wysoko mierzysz.
- Głupstwa gadasz, gdzie mi tam do niego. - Zarumienił się niespodziewanie nawet dla samego siebie Śmierdziuszek. - Może i on kruchy, ale zmyślny i trudno w go pokonać w dyspucie.
- Tak ci się spodobał? - zachichotała niepoprawna dziewucha. - Trzeba było go  zmacać porządnie na koniu. Miałeś okazję sprawdzić, czy mu stoi, znaczy leży... Ech... Czy chętny do igraszek. - Widząc naciągniętą mokrą ścierkę w rękach panicza natychmiast się poprawiła z szelmowskim błyskiem w oczach. - To jest czy jaśnie książę raczył spojrzeć na ciebie przychylnym wzrokiem, bo coś mi się zdaje, że on nie bez powodu wzbrania się tak długo przed ożenkiem.
- Choćby i potop ta tylko o jednym! - warknął zmieszany jej domyślnością Śmierdziuszek. Piękny Andrzej wpasował się w jego ramiona wprost idealnie, jakby był dla nich stworzony. Trzymanie go przed sobą w siodle stanowiło iście diabelską torturę. Do przodu do tyłu, w górę i dół. Ocieranie się o to delikatne ciało było bardzo przyjemne. Chłopak pewnością się zorientował co wbijało się mu w smukłe plecy, miał przecież na sobie jedynie cienkie francuskie pludry i letni żupanik. Nie protestował jakoś jednak, jedynie kiedy postawił go na ziemi pod bramą zamku zobaczył, że jego twarz niczym nie różniła się od jego własnej ognistoczerwonym kolorem.
- Nie bądź taki paniczu. Próbowaliście tam czego? - Kaśkę zżerała niezdrowa ciekawość. Syn Pana na Pszczynie kształcony po francusku, może umiał coś o innego niż miejscowi parobkowie. Wiadomo przecież, że żabojady okrutnie w tej materii zawzięte.
- Idź ty lepiej krowę wydój. Nie będę nakręcał twojej i tak już chorej głowiny. Jakbym śmiał pchać się z łapami do takiego panicza?! - Rzucił w Kaśkę rozpaćkanym ze zdenerwowania pierogiem. - Zmykaj stąd niecnoto, ale już! - Pewnie, że coś tam sobie podotykał niby przypadkiem, ale nie miał zamiaru o tym mówić tej zepsutej dziewce.
- No co. - Pokazała mu język bezpieczna za progiem spryciula. - Może chcę zostać pokojową na zamku. Liczę, że weźmiesz mnie ze sobą.
- A mowy nie ma, jeszcze ciebie brakowało w zamku! Kto by tam pracował, jak wszyscy lokaje walaliby się z tobą na sianie? Sama księżna pani musiałaby pewnie zakasać rękawy.
***
   Tymczasem Andree, pruł niczym okręt przez szafy i szuflady swojej garderoby, a lokaj Przemko załamywał ręce. Żeby posprzątać ten bajzel, będzie musiał wieczorem zamiast poszukać w karczmie tej zuchwałej dziewuchy, co mu zrobiła w stodole tak dobrze że prawie zobaczył niebo, zostać w zamku.
- Może pani matka wyrzuciła te jedwabne koszule? - Za nic się nie przyzna, ze jedną z nich roztargała wczoraj zbyt rozemocjonowana kochanka, a drugą nie miał siły wyprać, tak był skonany po przygodach na sianie.
- Szukaj, a nie przebieraj nogami jak młody źrebiec! - ofuknął go chłopak. - Muszę dobrze wyglądać na dzisiejszym balu.
- Od kiedy jaśnie panu tak śpieszno do ożenku? - Przemko był autentycznie zaskoczony. Chłopak zawsze unikał bab niczym ognia, nawet jeśli były całkiem ładne i chętne wprowadzić go w tajniki alkowy. Widać nie odziedziczył temperamentu po włoskiej matce. Za to językiem umiał mielić jak nikt na zamku, nawet ksiądz proboszcz czuł przed nim respekt. Nie wchodził z nim dysputy, od kiedy rok temu został zapytany - ile owieczek musiał ostrzyc na tego nowego konika wprost z dalekiej Turcyji, którym tak się przechwalał. A dach na kościele nadal jak przeciekał  to przecieka.
- Dobrze wiesz, że matka nie może się doczekać na synową. Może w tym roku chcę jej sprawić niespodziankę? - Uśmiechnął się pod nosem Andrzej. Nie wiedział, czy Zbyszko dotrzyma słowa i przyjdzie na bal, ale warto było się wystroić. Nie miał pojęcia do kogo należy parobek, nie przyznał się mu skąd pochodził. Spędził z nim na koniku całkiem miłe chwile. Może uda się mu go odkupić od jakiegoś szlachetki, który z pewnością przybędzie na jego urodziny. Omal nie skompromitował się podczas jazdy, kiedy duże, ciepłe dłonie błądziły wzdłuż jego ud, tak blisko płonącego już niemałym płomieniem miejsca. Parę razy nawet wyrwało mu się ciche sapnięcie, ale wytłumaczył zaniepokojonemu parobkowi, że letnie słoneczko nie służy jego delikatnej naturze. Było mu strasznie wstyd, ze tak gwałtownie reaguje na jakiegoś kocmołucha rodem ze stajni. Pewnie to ta francuska krew babki się w nim odezwała. A przecież wszyscy wiedzą, że ta nacja z dziwnych nawyków w całym świecie znana. Do dzisiaj nie mógł zapomnieć śmiałych obrazków z jej śpiewnika. Skoro podniecał go brudny, spocony, pachnący sianem prostak, to widać był mu przeznaczony, a jak mawiali mądrzy starzykowie z przeznaczeniem nie należało dyskutować.
- Masz już panie na oku jakąś pszczyńską ślicznotkę? A może to jakaś piękność z samego Krakowa? - Lokaj był wyraźnie zafascynowany perspektywą niedalekiego weseliska. Zapomniał nawet o czekającej go niewdzięcznej pracy i z zapałem zaczął pomagać księciu przy garderobie.
- Yhy...- wymamrotał Andrzej przez kłęby materii, które skutecznie zatkały mu usta. Czyżby przytył? Nowa koszula była lekko za ciasna. - Wysoka, krzepka, włosy chyba dość jasne, duże, silne ręce. - Zakreślił w powietrzu ręką konkretne kształty.
- Duża jakaś. - Lokaj nie wiedział co powiedzieć. Może jego pan lubił takie dorodne, wiejskie pannice o dobrą głowę wyższe od niego?
- Ale wtedy nasze dzieci będą w sam raz prawda? Trochę odziedziczą po mnie, a trochę po matce. - Całkiem skołował sługę gapiącego sie na niego z otwartymi ustami. Doskonale wiedział, że miał do czynienia z donosicielem, co często było bardzo użyteczne.
- Niby tak by wyszło. Ja tam nieuczony jestem. - Przytaknął mu entuzjastycznie lokaj. Koniecznie musiał zdać jak najszybciej relację z tej rozmowy księżnej, jak nic dostanie za to talara, albo i dwa.
***
   Śmierdziuszek dopiero późnym popołudniem skończył swoje domowe obowiązki. Nic nie wymyślił w sprawie balu. Zamiast co najmniej kilku pomysłów na przygotowanej na stole kartce, ciągle miał w głowie czerwone lica Andree, a w uszach jego ciche posapywanie, kiedy to razem kłusowali przez okoliczne pola. Tymczasem czas nieubłaganie uciekał. Wypadało poradzić się Wiedźmy Chrzestnej. Lubił ciotulę Ludmiłę, kuzynkę matki, ale też trochę jej się obawiał jak zresztą wszyscy w okolicy. Miewała naprawdę dziwne poczucie humoru. A niekoniecznie trafione rezultaty jej zaklęć czasami strasznie trudno było potem odkręcić. Na dodatek kumoszki spod kościoła powiadały, że łapie dzieciaki, piecze je w ogromnym piecu i potem zjada na chrupko. Co oczywiście było kompletną bzdurą. Pan Na Pszczynie nigdy nie pozwoliłby mieszkać w swoim majątku morderczyni. Dla pewności wziął ze sobą Kaśkę, która jak wieść niosła, nie bała się nawet samego diabła Kusego. Dom wiedźmy był niedaleko, na niewielkiej polanie, pośród gęstego lasu. Wiodła do niego wygodna, piaszczysta ścieżka.
- Ładna chata i pięknie pachnie. Ciotula ciastka piecze? - zapytała węsząc zadartym nosem Kaśka. - Ten płot to faktycznie z piernika? - Musiała oczywiście spróbować i ze zdumieniem stwierdziła, że dzieciska ze wsi mówiły prawdę.
- A chcesz skończyć w sławnym piecu jako kolacja? - Śmierdziuszek oderwał jej rękę od sztachety na którą łakomie spozierała.
- No przeca idę. - Obraziła się dziewucha. Nie dość, że ją panicz ciąga po lesie, a już zmierzcha, to jeszcze żałuje odrobiny słodyczy.
Zapukali i usłyszeli burkliwe proszę. Weszli i stanęli jak wryci w progu. Pod ścianą stał wielgachny kaflowy piec. W piekarniku z pewnością można było sprawić na obiad całą krowę. Wiedźma chrzestna z zaciętą miną wkładała do niego na łopacie dwójkę bliźniaków wójta Macieja.
- Łolaboga...! - zdążyła jedynie wrzasnąć przerażona Kaśka. Zgrzytnęło, drzwiczki się zatrzasnęły, dzieciary podniosły wrzask pod niebiosa, potem już tylko coś jakby chlupot i nastała cisza. - No co stoisz jak kołek, trzeba je ratować!!
- A ty byś chciała, żeby cię z czekoladowego nieba za nogi wyciągać? - wzruszył ramionami chłopak. - Nigdy nie byłaś w piwniczce Ludmiły?
- A ta co tak drze pysk? Ja tu kompocik na bal u księcia pana warzę! Jeszcze mi się szumowiny jakiesik zrobią.- Wiedźma wzięła się pod boki i czarnymi oczyskami patrzyła groźnie na speszoną Kaśkę, która stanęła na wszelki wypadek za Śmierdziuszkiem.
- Ja tylko tak sobie gadam. I spróbowałam tylko okruszek - dodała cichutko. Rzadko zdarzało jej się zaniemówić. Ludmiła wyglądała bardzo srogo z czarnym warkoczem po pas i w ciemnej sukni bez  żadnych ozdób. Zmierzyły się wzrokiem, wypięły biusty i żadna nie spuściła wzroku.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale mam sprawę - wtrącił się Zbyszko. Jak te dwie przypadną sobie do gustu to cała okolica zadrży w posadach. - Po jakie licho ci taka wielka kadź? Przecież tyle nie wychleją. - Na środku kuchni stał na kamiennym palenisku ogromny, żelazny gar. Jego treść pachniała ziołami, jakby makiem i miała lekko lawendową barwę. Po wierzchu pływały polne kwiaty.
- Wiem, wiem, pewnie tańce ci w głowie. - Machnęła chochlą wiedźma. - A kompocikiem się nie martw, panowie będą zadowoleni. Zaraz się tobą zajmę. Ale mógłbyś się chociaż umyć, obok studni jest koryto, woda w nim przez słoneczko nagrzana.
- Niby po co, wystarczy jak twarz przetrę i ręce opłukam. - Wzruszył ramionami chłopak.
- Chcesz iść między pany, więc nie możesz cuchnąć! - Ludmiła postąpiła krok do przodu i nieco speszony Śmierdziuszek trochę się cofnął. Poczuł za plecami metalową obręcz.
- To mnie skrop perfumami, na pewno jakieś masz. Widziałem jak robisz je dla panienek z okolicy. - Nie widział powodu, żeby się umyć tylko dla tego, że idzie na bal.
- Drogi chrześniaku, muszę ci się z bliska przyjrzeć, to istotne dla czarów, - Mrugnęła do Kaśki i ta stanęła z drugiej strony chłopaka, zastawiając mu drogę ucieczki. - Podejdź no pod ten lufcik, bo tam jaśniej. - Na dany znak, obie kobiet zręcznie wepchnęły nie spodziewającego się ataku Zbyszka do kadzi z kompotem, czymkolwiek on był. Poszedł na dno jak kamień, by po chwili wypłynąć prychając i otrzepując się niczym kocur, który wpadł do sadzawki.
- Podłe morderczynie, chciałyście mnie utopić?! - Próbował się wygramolić, ale dwie pary nawykłych do ciężkiej pracy rąk wepchnęły go z powrotem i zaczęły energicznie szorować. - O żmijowe plemię... Polatuchy...Puszczajcie...- Nic nie pomogły prośby ani groźby broniącego się zacięcie Śmierdziuszka. Został dokładnie umyty, a długie włosy rozczesane zgrzebłem nabrały ładnego miodowego koloru, przy okazji wyprał się też odzienek.  - I zmarnowałaś polewkę. - Rzucił złośliwie gramoląc się w końcu z gara.
- Dyć panowie i tak się nie zorientują, że ma trochę dodatków. I tak za każdym razem wychodzi inaczej. Nie bądź taki delikates. Nie musisz tego pić.
- Ale zapomniałaś chyba o małym szczególe. Jestem mężczyzną i na zamek mnie nie wpuszczą.
- Spokojna głowa dzieciaku, już ja cię tak wyszykuję, że nawet sam młody książę zatańczy z tobą walca - zachichotała wiedźma i wyciągnęła z dekoltu dębową różdżkę. - Nie wierć się tak, bo ci rogi doprawię.
- Może mi ktoś powiedzieć co z tą piwnicą? - dopytywała się niecierpliwe Kaśka, już któryś raz usiłująca otworzyć piekarnik, który zamiast mięsem zalatywał czekoladą z orzechową nutką.
- Pokażę ci duszko osobiście, tylko wyszykujemy tego kawalera. - Mrugnęła do niej szelmowsko Ludmiła. Machnęła ręką, zadymiło zaiskrzyło, łupnęło coś na dachu i chata się wypełniła gęstą mgłą. Z oparów wyłonił się Zbyszko i nie Zbyszko zarazem.
- Ło matko i córko ratujta - zakwiczała z uciechy dziewucha, wtórując równie zadowolonej wiedźmie.
 - I czego tak rżycie? - burknął o wiele mniej zadowolony chłopak. - Niby jak mam w tych butach iść na piechotę do zamku.
- Jeszcze zostało mi trochę pary. - Kobieta wyszła przed dom i stojący pod płotem wózek, którym zwoziła zielsko z lasu już po chwili zamienił się w całkiem udatną bryczkę. Dwa rude koty, które z dzikim miauczeniem usiłowały jej umknąć zostały zamienione w dziarskie gniadosze. - Powozić to ty chyba umiesz?

- Umieć umiem, ale w tym stroju chyba nie powinienem. - Zadarł nos Śmierdziuszek, usiłując uratować resztki męskiego honoru. Został sromotnie pokonany przez dwie wiejskie baby.

niedziela, 1 stycznia 2017

Śmierdziuszek I


   Chciałam zrobić czytelnikom prezent z okazji Nowego Roku, wzięłam więc na warsztat tradycyjną bajkę o Kopciuszku. Jak to z dobrymi chęciami często bywa, wszystko wzięło w łeb. Być może w tej katastrofie ma swój niewielki udział piwo bananowe... W każdym razie to historia o tym, że nie ma się czym martwić na zapas i marnować życia na kompleksy, bo przecież każda potwora prędzej czy później znajdzie swego amatora. Nie kontemplujcie więc swoich paszczy w lustrze, tylko ruszajcie w tany bo zaczyna się karnawał.

  Miałam szczery zamiar napisać porządną wersję znanej wszystkim  baśni, ale no cóż...
Dawno, dawno temu, w dalekim kraju gdzie ponoć do pługa zaprzęga się białe niedźwiedzie, blisko miasta Pszczyny, w małym, rozpadającym się  dworku, szczodrze obsadzonym krzakami róż, mieszkał sobie Zbyszko zwany przez życzliwych Śmierdziuszkiem albo Kopciuchem. Tą drugą wersją przezwiska posługiwała się oczywiście macocha i zaprzyjaźnione z nią bogobojne niewiasty. Z czego można się domyślić, że kobieta nie była ona zbyt przyjaźnie nastawiona do chłopca, którego topniejącym majątkiem zarządzała po śmierci męża jako, że miał dopiero siedemnaście lat. Zaradna niewiasta szybko poradziła sobie z problemem, degradując zaledwie dzień po pogrzebie zasmarkanego i zapłakanego dwunastolatka  z pozycji dziedzica do pozycji parobka. Nikt się za nim oczywiście nie ujął. Miejscowi plotkarze chętnie mielili ozorami na ławeczce przed kościołem, ale wtrącać się w sprawy rodzinne nie mieli zamiaru. Nie było to dobrze widziane. Poza tym nic nie można było zyskać na pomocy sierocie. Minęło kilka lat. Teraz jejmość Anna musiała szybko wydać za mąż swoje nadobne córuchny, zanim młodzik dojdzie do lat dojrzałych i upomni się o swoją schedę. Oczywiście jak coś z niej jeszcze zostanie. Wdowa nie kontrolowana przez nikogo nie znała umiaru w wydawaniu powierzonych jej talarów. Na szczęście właśnie trafiła się wspaniała okazja pozyskać na zięcia nie byle kogo, bo samego pszczyńskiego księcia. Wczesnym rankiem posłaniec z zamku dostarczył zaproszenia na bal urodzinowy znanego z wyjątkowej urody, mizernej postury, ale o tym sza i zadzierania arystokratycznego nosa panicza. Podobno był tak wybredny, że nawet codzienne pludry przywożono mu z dalekiego Paryża. Dla jejmość Anny te wady nie miały żadnego znaczenia. Niby kto bogatemu zabroni. Najważniejszy był ciężki trzos i porządne, herbowe nazwisko. Zarzuciła więc na koszulę nocną wytworny peniuar, którego zazdrościły jej wszystkie kumoszki i pobiegła na parter, gdzie w małej przybudówce obok kuchni spał Kopciuch. Obecnie jedyna obok kulawej Kaśki służba jaką dysponowała. Niestety nowomodne łaszki sporo kosztowały, a pensja nieboszczyka męża okazała się dość mizerna, zwłaszcza w porównaniu z jej wielkopańskimi wymaganiami. Musiała więc już ze dwa lata temu zwolnić wszystkich parobków, a nawet ulubioną kucharkę.
Jak zwykle w komórce śmierdziało potem i śledziami, aż musiała sobie przytknąć do nosa perfumowaną chusteczkę. Kopciuch jak to kopciuch, wodę i mydło widział jedynie dwa razy do roku, na Boże Narodzenie i Wielkanoc, kiedy to razem z córkami, by nie robił wstydu w kościele, zapędzały go do wielkiej balii i szorowały aż poróżowiał. Darł się przy tym jakby go opętał sam Pan na Łęczycy. Z roku na rok był z tym coraz większy problem, bo chłopak całkiem porządnie wyrósł i nabrał krzepy. Praca na gospodarstwie wyraźnie mu służyła.
- Wstawaj niecnoto! Słońce już dawno wzeszło! Panienki trzeba nakarmić, przygotować suknie na tańce ! - Wyszarpnęła mu spod głowy poduszkę.
- Na balu się najedzą! Licho tam z nimi! - Chłopak nakrył się workiem po ziemniakach. Nieznośna kobieta codziennie wstawała o szóstej rano i wyciągała go z ciepłego łóżka, jeśli tak można nazwać rzucony na podłogę stary siennik. Poprzedniego dnia do późnej nocy zajmował się rodzącą klaczą. Śliczny źrebiec wynagrodził mu trud. Niestety rzucił się na posłanie dopiero o czwartej, a ta nieznośna baba skoro świt skrzeczała mu nad uchem. - Prawdziwe damy nie wstają przed południem. - Dodał złośliwie.
- Powinieneś mieć wzgląd na siostry. Dzisiaj odbędzie się bal, a im czas iść za mąż . - Macocha starała się nie tracić cierpliwości. Obrażona służba była gorsza od najazdu tatarów. Rozprawi się z leniwym niecnotą następnego dnia. Dzięki niebiosom nareszcie usiadł i poczochrał się po niewiadomego kolory kołtunie związanym sznurkiem. Skrzywiła z odrazą usta. Wody w studni nigdy nie brakowało. Wstyd i skaranie boskie na cała okolicę.
- Jak trzeba wysupłać złocisza na nowe buty to Kopciuch, a kiedy jaśnie panny idą w tany to braciszek - wymamrotał pod nosem. Złapał spodnie dosłownie w ostatniej chwili. Guzik, który je podtrzymywał potoczył się z brzękiem po kamiennej posadzce.
- Dobrze już dobrze, niech pani matka się nie gorączkuje. Zaraz będzie jajecznica. - Poczłapał, tłukąc się niemiłosiernie chodakami do kuchni. Włożył do miski z wodą końce palców, coby delikatne niewiasty znowu nie narzekały, że im kanapki zalatują stajnią. Nie ma co ukrywać, Śmierdziuszek zawdzięczał swoje przezwisko wrodzonej odrazie do wody i mydła. Podobno jako dziecko wpadł do balii z praniem i doznał takiego szoku, że już nigdy dobrowolnie się nie dokonał ablucji. Jedynie nieboszczka matka potrafiła go zagonić do kąpieli. Macocha się tym specjalnie nie przejmowała, gdyby uznano go za niespełna rozumu majątek pozostałby w jej chciwych rękach. Wyjątek stanowiły dwa dni w roku, kiedy to obowiązkowo należało pokazać się w kościele.
***
   Zosia i Krzysia siedziały na wspólnym łóżku podskakując z radości niczym podlotki, którymi dawno już przestały być. Siały staropanieńską rutkę od trzech lat. Wyrywały sobie z upierścienionych rączek niedawno wytworny, teraz już mocno sfatygowany kartonik. Z trudem sylabizując odczytały fikuśne, ozdobne litery. Nauka nigdy nie była ich mocną stroną. Jak głosiła pani matka nadobna panna nie musiała kłopotać sobie główki nikomu niepotrzebnym kształceniem, od tego cera szarzała i dostawało się waporów. Wystarczyło, że grała na klawikordzie, śpiewała modne pieśni oraz miała słodkie lica. Na widok wchodzącego z tacą brata zapiszczały i rzuciły się w jego kierunku, paplając jak nakręcone.
- Już niedługo będziemy jeść na zamku tureckie bakalijki i pić słodkie wino. Podzielimy się z tobą jak nam przygotujesz kąpiel i porządnie odświeżysz suknie. - Wyższa z sióstr próbowała wprawić w dobry humor skrzywionego pod ciężarem ogromnej tacy chłopaka . Miał bardzo zręczne ręce i jeśli chodzi o zajęcia domowe ufała mu o wiele bardziej, niż pobłażającej im we wszystkim rodzicielce, która nie umiała nawet zaparzyć herbaty.
- Będziesz do nas mówił Jaśnie Pani Księżno. - Wydęła pulchne usteczka druga. - Już niedługo przewieziemy cię prawdziwą karocą.
- Drogie przyszłe jaśnie panie. Czy przyszło wam do tych pustych główek, że my nie tatary i w naszym pięknym kraju nie obowiązuje wielożeństwo? - Śmierdziuszek nieraz się zastanawiał, co tam pulta się im między uszami. Biedactwa były nawet ładne, ale całkiem pozbawione krzty zdrowego rozsądku. Niestety miał w tym swój udział. Codziennie gnębiły go o czytanie im do snu kolejnego romansu. Jakoś nie umiał odmówić składającym rączki i robiącym sarnie oczęta pannicom. Skutek tego był taki, że ich nieszczęsne głowiny cały czas przebywały w bajkowej krainie pośród książąt na białych koniach, jednorożców i pałacowych sal. Aż strach pomyśleć co się będzie działo, kiedy wyfruną z rodzinnego gniazda.
- Że niby jak? - Zaniepokoiła się Krzysia. Matka zawsze twierdziła, że są jej najwspanialszymi królewnami i na pewno nie potrzebują tego wielo.. wielo coś tam...
- To znaczy, że nasz niezdecydowany od lat książę może poślubić tylko jedną z was, a druga pozostanie nadal coraz starszą panną.
- Ale Śmierdziuszku... - chlipnęła nagle młodsza. - Co my teraz zrobimy? Książę jest tylko jeden!! - Podniosła załzawione ślepka na brata. Zawsze wiedział jak wyjść z opresji. Był najmądrzejszą osobą jaką znała. Nawet ksiądz proboszcz nie przeczytał tylu książek. Nieboszczyk ojciec miał bibliotekę, której ponoć zazdrościł mu nawet Pan na Pszczynie. Chłopak nie lubił popisywać się umiejętnościami, zwłaszcza przed matką, ale ona swoje wiedziała.
- Poza tym powinieneś iść z nami, nigdy nie byłyśmy na zamku. Podobno zjadą się panowie z całej okolicy. Nawet zza granicy. - Aż otworzyła usta z podziwu, widać jej było migdałki i lekko krzywe zęby. - Co zrobię jak mnie jakiś barbarus zechce porwać?! Musisz nas pilnować! - Tupnęła małą nóżka dla podkreślenia swoich racji. - Na pewno zemdleję... Wiesz, że jestem słabowita... - Przewróciła melodramatycznie oczami. - A jakby jeszcze miał taaakie muskuły...- Tu jęknęła z podziwu. Zrobiło się jej jakoś drżąco na serduszku. Poczerwieniała i spuściła oczy.
- Wielkolud z niebieskimi oczami, ogromną szablą u boku, w jedwabnym żupanie...- zagruchała druga z dziewcząt, równie podekscytowana. - Uprowadzi nas na swoim rączym rumaku, rzuci na łoże ze skór białych niedźwiedzi i ...
- I powie dobranoc mości panny, czas spać! - Pociągnął ją za warkocz rozeźlony chłopak. Aż mu się zrobiło zimno, kiedy wyobraził sobie te dwie głuptule na balu pośród tłumu doświadczonych, dworskich podrywaczy. Jak nic skończą w pałacowym parku z zadartymi spódnicami. Nie mógł tak tego zostawić, co prawda były przyszywanymi siostrami, ale zawszeć to jakaś rodzina.
- Niby mógłbym iść, problem w tym, że zaproszone są tylko niezamężne panny.- Podrapał się po skołtunionych włosach.
- Przecież ty nie jesteś zamężny - wtrąciła Krzysia. Ona też ufała swojemu bratu. Matka nigdy nie miała dla nich czasu zajęta strojeniem się i brylowaniem w towarzystwie. Śmierdziuszek zawsze był obok i nieraz ocierał dziewczęce łzy, uczył je jeździć konno, opatrywał pozdzierane kolana.
- A wyglądam ci na pannę na wydaniu? - Wyprostował swoją smukłą, mocno uwalaną popiołem sylwetkę. Piec w kuchni był złośliwym paskudztwem i pamiętał jeszcze chyba czasy króla Mieszka.
- Olaboga... Już po nas... - zajęczała Zosia.
- Czuję, że mój wianek dzisiaj zwiędnie - załkała Krzysia.
- Przestańcie już wyć! Balię wam przyniosę, szorować się i włosy upinać! - Wziął się groźnie pod boki. - Wypłukać z łebków tych barbarusów, stracone wianki i inne durnoty! Coś wymyślimy, najwyżej pójdę po radę do Wiedźmy Chrzestnej.
- Dziewczęta na takie oświadczenie rzuciły mu się na szyję, nie bacząc, że teraz i one były upaćkane i śmierdziały stajnią. Skoro Śmierdziuszek dał im słowo, znowu zaczęły piszczeć z radości. Miały przed sobą niezapomniany wieczór w czarodziejskiej krainie.
Chłopak nie miał wyjścia, skoro obiecał, musiał teraz nałamać sobie głowy, co z tym całym balowym problemem począć. Naszykował rozdokazywanym gąskom kąpiel, wytrzepał i rozwiesił w oknie najlepsze suknie, przetarł trzewiki ze srebrnymi klamerkami. Niestety nie mógł się skupić. Hałaśliwe smarkule czyniły rwetes na całą okolicę. Potrzebował spokoju. Cichaczem wymknął się z dworu i pobiegł nad strumień. Usiadł na płocie należącym do sąsiada i zerwał z stojącego obok drzewa kilka dorodnych gruszek. Schował je za koszulę. Słoneczko przygrzewało, ptaszki ćwierkały i trochę mu się zdrzemnęło.
***
   Andrzej albo jak z francuska mawiała matka Anree, miał serdecznie dość całego zamieszania związanego z jego urodzinami. Znowu jak co roku będzie musiał się uśmiechać do jakiś pannic przybyłych z zapyziałych zaścianków, które umiały jedynie piszczeć niczym przydeptana mysz, nie wspominając już o maltretowaniu w tańcu jego książęcych stóp. Prędzej zje swoje wytworne, zamszowe buty z czerwonej skóry niż ożeni się z którąś z nich. Poprawił przed lustrem jasny lok, który nieustannie wpadał mu do błękitnych niczym chabry oczu. Obciągnął dopasowany do wąskiej talii żupan. Uśmiechnął się do siebie. Próżno by szukać w okolicy przystojniejszego kawalera gdyby nie... Tu stanął na palcach. Co tu dużo gadać, mizerny wzrost książęcego syna był niezaprzeczalnym faktem. Odziedziczył delikatną posturę po włoskiej rodzicielce. Ojciec określał jego sylwetkę bardziej dosadnie.
- Takiego kurdupla jeszcze nie było w naszej rodzinie. Wszystko przez te francuskie fanaberie pani matki. Trzeba było jeść baraninę z rusztu jak na babę z brzuchem przystało, a nie skubać gołąbki w cieście z zieleniną niczym królik.
Oczywiście Andree, obrażał się za każdym razem, kiedy to słyszał i przez kilka dni nie odzywał do księcia pana. W księgach wyczytał o wielu sławnych ludziach, którzy byli niscy, za to wielcy duchem. Postanowił wytknąć to przy śniadaniu.
- Kleopatra była niższa ode mnie, zobacz na ryciny, a wszyscy nadal sławią jej imię! - Położył tryumfalnie na stole grube tomiszcze.
- Niby tak, ale zważ synu, że to niewiasta, którą ty nie jesteś chyba, że o czymś nie wiem - zarechotał niepoprawny pan na Pszczynie. Lubił drażnić się ze swoim potomkiem, którego matka od urodzenia wbijała w pychę i chowała niczym zamorskiego królewicza. Uważał, że w ten sposób utrzymuje równowagę i pomaga chłopakowi dorosnąć. Nie potrzebował paniczyka w koronkach i jedwabnych pludrach, które ostatnio były takie modne, tylko solidnego dziedzica, który umiałby zadbać o schedę. A co do niechęci Andrzeja do ożenku, miał swoją teorię, ale za nic nie podzieliłby się nią ze swoją nadobną połówką. Toż to dopiero byłby dramat i komedyja.
***
   Młody książę, wyprowadzony z równowagi przez ojca i dręczony o wybór na balu narzeczonej przez matkę, zwyczajnie uciekł z zamku. Nie był jakimiś salonowym niezgułą, świetnie władał bronią i jeździł konno. Przypasał szablę do boku i zwinnie wyskoczył przez balkon. Pogalopował przez pola i lasy prosto przed siebie. Trwało to dobre pół godziny. Kiedy złość mu przeszła zatrzymał się w zupełnie nieznajomej okolicy. Jak nic potrzebował miejscowego przewodnika. Ojciec dopiero by miał używanie gdyby się okazało, że zgubił drogę we własnych włościach. Zsiadł Z konia i napił wody z przepływającego przez łąkę strumienia, po czym podniósł głowę i bacznie rozejrzał dookoła. Nieopodal biegł drewniany płot, za nim widać było duży sad. Na żerdzi siedział najbrudniejszy parobek, jakiego kiedykolwiek widział. Włosy przewiązane miał konopnym sznurkiem, a spodnie wisiały nisko podtrzymywane postrzępioną szarfą. Chrupał wyciągnięta z zanadrza złocistą gruszkę. Co chwilę coś zgrzytało mu w zdrowych, białych zębach. Wtedy wycierał owoc o koszulę i z przymrużonymi z przyjemności zielonymi oczami jadł dalej. Miały rzadko spotykaną barwę pierwszej, wiosennej trawy. Nawet nie drgnął na widok jego prześwietnej osoby mimo, że wyprostował jak mógł swoją sylwetkę i przybrał najlepszą pozę.
- Dobry człowieku, wskażcie mi drogę na zamek - zażądał wyniośle. - Zapłacę. - Chciał przećwiczyć na chłopaku książęcy majestat, ale raczej średnio mu wyszło. Zdrajca żołądek zaburczał radośnie na widok soczystych owoców. Obrażony na rodziców niewiele zjadł na śniadanie.
- Może najpierw gruszeczkę? - Chłopaczysko wyciągnęło do niego rękę z owocem. Widząc jak się krzywi, na widok brudnego owocu otarł go o spodnie. - Trochę kurzu z drogi ci nie zaszkodzi mizeroto, smak się przez to nie zmieni.  Lepiej się posil bo bladyś jakiś, jeszcze mi z konia spadniesz. Nie martw się do zamku niedaleko. Przyjechałeś w gości?
Andrzej, który był naprawdę bardzo głodny usiadł dość daleko od pyskatego parobka. Nie chciał sobie pobrudzić eleganckiej kurteczki. Obracał w rękach owoc, zastanawiając się czy mu aby nie zaszkodzi. W końcu krzywiąc się wbił zęby w miąższ, poczuł w ustach piasek i omal nie zwymiotował.
- Jak możesz to jeść? - Odetchnął głęboko, aby odzyskać równowagę.
- Skoro jej smakuje, to mnie też. - Ku przerażeniu księcia wbił palec w gruszkę i wydłubał z niej, wielką tłustą gąsienicę. Oczy chłopaka zrobiły się okrągłe, a twarz pozieleniała. - Spójrz jaka dorodna sztuka. - Poczochrał stworzonko po brązowych włoskach na grzbiecie i wypuścił na trawę.
- Ooch...- Zdołał jedynie wyjąkać.
- Spokojnie mały, chyba nie myślałeś że zjem ta ślicznotkę?  - roześmiał się Śmierdziuszek serdecznie ubawiony strachem w oczach paniczyka. Był kruchy niczym porcelanowa laleczka z pozytywki macochy. Lubił podnosić jej misternie rzeźbioną pokrywkę, maciupeńki, uroczy elf na dnie pudełeczka wykonywał wtedy wdzięczne ruchy w takt muzyki.
- Nie jestem mały tylko delikatny - warknął Andrzej, który na punkcie swojego wzrostu miał poważny kompleks. - Poza tym jeszcze rosnę.
- Nie chciałem cię urazić. - Bez trudu podniósł chłopaka i wsadził na konia, który zwabiony walającymi się w trawie rumianymi jabłkami podszedł do samego płotu. - Moje siostry są chyba w twoim wieku i też jeszcze rosną. - Ulokował się z tyłu po czym ujął lejce. Panicz ostentacyjnie zatkał nos.
- Cuchniesz.. Ile mają lat?- Kwestia wzrostu zawsze go żywo interesowała.
- Może i tak, ale za to znam okolicę. Skoro ci jednak to przeszkadza to już znikam. - Zaczął się zsuwać na ziemię.
- Zostań - odezwał się łaskawie. Prawdę mówiąc, parobek może i zalatywał potem, ale także sianem, wiatrem i łąką. A silne ramiona, które go otoczyły, sprawiły mu dziwną przyjemność. - Siostry urosły coś  w tym roku?
- Bardzo dziękuję jaśnie panu za wyrozumiałość. A dziewuchy owszem rosną niczym pączki tyle, że wszerz - zarechotał i popędził konia, nie przejmując się zbytnio arystokratycznym fochem swojego współpasażera.

To zamek w Pszczynie. Prawda, że piękny? Otoczony jest wspaniałym parkiem.


niedziela, 1 marca 2015

Ważna Informacja!

Blogger od 23. 03. 2015 wprowadza zakaz zamieszczania materiałów o treści erotycznej. Dlatego przenoszę swoje opowiadania na wordpress, ponieważ tutaj nie będę już mogła niedługo swobodnie publikować.

Mój nowy adres to - https://stregabiancabl.wordpress.com/

poniedziałek, 2 lutego 2015

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach VII

     Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach VII
      Uczta weselna była naprawdę wspaniała. Sułtan stanął na wysokości zadania i nie poskąpił złota. Uginające się pod jadłem i napitkiem stoły rozstawiono nie tylko w pałacu, ale i wzdłuż ulic i placów. Każdy mieszkaniec Bagdadu mógł się posilić i napić za zdrowie młodej pa.. znaczy triady.
W przestronnej sali biesiadnej, przystrojonej girlandami z kwiatów, doskonale się bawiono. Dżin z szerokim uśmiechem na twarzy siedział po prawej stronie władcy. Po obu bokach miał swoich, już na zawsze, chłopców. Wezyr oczywiście usadowił się po lewej i nie przestawał usługiwać z kwaśną miną swojemu panu, który nie szczędził mu dwuznacznych pochwał i aluzji. Biedak wielokrotnie to czerwieniał, to bladł na twarzy, mając ochotę wpełznąć pod stół.
- Dżafar chyba wyjątkowo dobrze się sprawował – Jasmin wodził wzrokiem od ojca do zmieszanego coraz bardziej mężczyzny, którego nie było przecież łatwo zbić z tropu. – Nie odrywasz od niego oczu. – Po tej uwadze zarumienił się również i Hassan, który palnął zaraz bez zastanowienia.
- Zrobił mi niesamowitego loda, nigdy nie zapomnę jego smaku. – Jego mina wyrażała czysty błogostan.
- Nie miałem pojęcia, ze nasz wezyr jest takim dobrym cukiernikiem. – Niewinny Jasmin nie miał pojęcia, dlaczego obaj mężczyźni tak nagle się speszyli i ukryli twarze za kielichami z winem.
- Taa… - Sułtan był już lekko podchmielony i nie bardzo panował nad swoim językiem. Nie zwracał też specjalnie uwagi na otoczenie. – Prawie cały czas jęcz… e… mlaskałem z zachwytu.
- Może ciasteczko?- powiedział słabym głosem Dżafar i podał wszystkim tacę z łakociami, mając nadzieję, że w końcu się zamkną, a przynajmniej zmienią temat. Na samo wspomnienie, co wyprawiał poprzedniego dnia, robiło mu się jakoś dziwnie miękko i gorąco.
   Tymczasem nasi chłopcy zachowywali się jeszcze dziwniej niż Hassan i wezyr. Niby jedli spokojnie spóźniony obiad, postukując srebrnymi sztućcami i prowadząc kulturalną rozmowę, ale co chwilę podskakiwali z cichym piskiem, którego najwyraźniej nie mogli opanować. Rzucali przy tym na siebie i wszystkich wokół podejrzliwe spojrzenia. Dworzanie mieli niezłą zabawę obserwując i komentując, co się dzieje. Jeśli Hassana rozumieli doskonale, bo, w przeciwieństwie do młodego księcia, wiedzieli, o jakiego loda mu chodziło, to zachowania trójki nowożeńców nie mogli rozgryźć. Wiercili się, zmieniali kolorki, zagryzali wargi, zupełnie jakby coś kąsało ich w zgrabne tyłeczki. Nic jednak nie działo się takiego, czym można by było wytłumaczyć ich niepokój. A może po prostu nie mogli się doczekać nocy poślubnej?
   Aladyn był naprawdę głodny - oficjalne uroczystości trwały od rana i ostatnio miał w ustach śniadanie. Nie czuł się zbyt komfortowo w obecności tylu ludzi, obserwujących każdy jego gest. Mimo że stół był obficie zastawiony, on włożył do ust dopiero kilka kęsów. Co prawda Eblis wiele go nauczył o właściwym zachowaniu, ale gdzieś w środku był nadal tym samym Alem – złodziejem i sierotą z Bagdadu. W dodatku, kiedy sięgał po pieczeń, poczuł jak czyjeś zwinne palce zaciskają się na jego pośladku. Odwrócił się, ale nikogo nie zauważył. Napotkał jedynie równie speszone spojrzenie Jasmina. A więc to ten mały drań zabawiał się jego kosztem.
- Ejże, poczekaj z tym do nocy poślubnej! – Pociągnął go za warkocz.
- To ty się uspokój i przestań mnie macać po udzie! – prychnął w odpowiedzi książę.
- Nie dotknąłem cię…
- Akurat ci uwierzę… Trzymaj łapy przy sobie i nie zwalaj winy na mnie!
- Chyba, że…
Obaj chłopcy jak na komendę popatrzyli oskarżycielsko na dżina, który z najniewinniejszą miną ogryzał udko z kurczaka. Zamrugał długimi rzęsami, jakby nie miał najmniejszego pojęcia, o co chodzi. Zdradziły go oczy, nadmiernie błyszczące i pełne złotych iskierek.
- Jesteśmy na uczcie, świntuchu! – wrzasnęli na niego z dwóch stron.
- Niby jak? Przecież jem. – Rzeczywiście obie ręce miał zajęte. Chłopcy nie mogli się do niczego przyczepić i wzruszyli tylko ramionami, przysięgając sobie w duchu, że złapią go na gorącym uczynku. Byli przekonani o jego winie, ale nie mogli mu niczego udowodnić. Zapomnieli o jednym, drobnym szczególe…
Na chwilę zapanował względny spokój i mogli się w spokoju najeść. Po jakimś jednak czasie zabawa zaczęła się od nowa. Jeszcze kilka razy poczuli, jak utalentowane palce spacerują po ich ciele, wyznaczając ogniste, drżące szlaki. Wkradały się pod koszulki, drażniąc wrażliwe sutki, głaszcząc napięte brzuchy, na szczęście omijając z daleka spodnie i miejsce, które najbardziej domagało się dotyku. Nie udało im się dostrzec winowajcy, za to obaj dorobili się erekcji i ukradkiem zaciskali uda pod stołem.
***
   Pierwsza z uczty zniknęła para Hassan–Wezyr. Najpierw Dżafar został wysłany do garderoby po nowy kaftan, ponieważ jego pan poplamił się sosem. Długo jednak nie wracał i zniecierpliwiony mężczyzna udał się jego śladem. Po korytarzach plątało się mnóstwo gości, wszyscy mocno podchmieleni i w doskonałych humorach gratulowali mu zięciów. Droga ciągnęła się więc w nieskończoność.
Powoli zapadała noc. Zarówno sypialnia jak i garderoba mieściły się na parterze, a ich okna wychodziły na zatłoczony dziedziniec. Trwały właśnie pokazy wynajętych, kuso odzianych tancerek, skąd słychać było skoczną, pełną namiętnych rytmów muzykę. Sułtan wszedł do komnaty i zobaczył coś, co spowodowało, że krew uderzyła mu do głowy, a z ust wydobyło się ciche warczenie. Dżafar stał pod ścianą w rozpiętej koszuli, jego kaftan leżał już na dywanie. Przyciskany do muru przez dwóch młodych dworzan pojękiwał, obmacywany przez cztery rozochocone dłonie.
- Co wy tu wyprawiacie?! – wrzasnął władca, a czerwona mgła stanęła mu przed oczami. To on tyle lat trzymał ręce przy sobie, traktował wezyra z najwyższym szacunkiem, a ten bladolicy zdrajca oddawał się właśnie pierwszym podpitym drabom, którzy go dopadli.
- Wynocha! – furia w jego głosie spowodowała, że mężczyźni zniknęli w ciągu sekundy. Dżafar usiłował przemknąć się za nimi, ale został przetrzymany za ramię i rzucony z powrotem na ścianę. – Ty zostajesz i pokażesz mi, jaką jesteś chętną dziwką!
- Ale, Wasza Wysokość… - Nigdy nie był zbyt odważny. Zazwyczaj podnosił rękę jedynie na słabszych od siebie. Teraz stał, drżąc na całym ciele. Jeszcze nigdy nie widział tego łagodnego mężczyzny w takim stanie. Oczy ciskały na niego błyskawice, a zęby były obnażone niczym u zwierzęcia.
 - Na co czekasz?! – padło szydercze pytanie. – Ściągaj spodnie i wypnij tyłek! - Do Hassana nic nie docierało. Podły zdrajca zasługiwał na nauczkę. Nie był wart lepszego traktowania. Skoro obłapiał się po kątach z byle kim, to weźmie go jak sukę  w rui. Na myśl o tym, że sam tak długo zastanawiał się, żeby chociaż go pocałować, o mało nie trafił go szlag.
- Ja nigdy… - Wezyr pierwszy raz naprawdę bał się swojego pana. Widział, że zupełnie stracił nad sobą panowanie. Zawsze to on dyktował w związku warunki i był stroną dominującą. Ogromnie dumny, nigdy nie pozwolił nikomu dobrać się do swojego tyłka. Podszedł do dużego fotela, złapał się trzęsącymi rękami za jego poręcze i pochylił do przodu. Rozpięte spodnie same opadły mu do kostek.
- Wypieprzę cię tak, że już nigdy nawet nie pomyślisz o kimś innym! – Sułtanowi widok zgrabnych pośladków, o których tak długo marzył, odebrał resztki zdrowego rozsądku. Zbliżył się do mężczyzny i złapał za biodra tak mocno, że natychmiast pojawiły się na nich ślady. Natarł swojego sterczącego bojowo członka oliwą ze stojącej obok lampy, po czym pchnął brutalnie w pomarszczony otworek bez żadnego uprzedzenia.
- Aaa… yy… - wrzasnął Dżafar, niespodziewający się takiego ataku. Hassan zawsze był dla niego wyrozumiały i delikatny. Teraz jednakże zmienił się w bezrozumne zwierzę, kierujące się jedynie chucią. Jedną ręką trzymał go za biodro, nadając ostre tempo, drugą zaś wędrował po drżącym ciele, drapiąc miękką skórę, szczypiąc sutki, ugniatając boleśnie jądra i penisa.
- Kręć żwawo tyłkiem! Przecież to lubisz! – Za każdym razem wdzierał się do końca, zupełnie oszołomiony doznaniami, wyrywając z ust partnera żałosne piski, które powoli jednak zaczynały się zamieniać w coś zgoła innego.
- Och… Hmm… - Wezyr czuł dotkliwy ból i, co dziwne, potęgującą się z każdą chwilą obezwładniającą go rozkosz. Jego ciało zareagowało na sprzeczne bodźce ze zwiększoną wrażliwością. Rozsunął szerzej uda i zaczął ochoczo ruszać pośladkami. Ta upokarzająca sytuacja zaczęła mu się, wbrew wszelkiej logice, coraz bardziej podobać. Słyszał za swoimi plecami pomruki przyjemności i powarkiwania swojego pana.
- Skomlij głośniej! Błagaj o jeszcze! Chcę słyszeć, jak ci się podoba! – Hassan zupełnie się zatracił. To było złe, dobre, wstrętne, najlepsze! Doskonałe! Dosłownie spalał się w dzikim ogniu namiętności. Przed oczami widział szkarłatne błyski, spiął się, wygiął w łuk i pchnął po raz ostatni, zalewając wnętrze kochanka strumieniem spermy.
- O tak, mój panie! – wyjęczał chrapliwie wezyr, spuszczając się na perski dywan. Jeszcze nikt mu tak nie dogodził, zupełnie bez sił opadł na kolana. Jak przez mgłę usłyszał oddalające się kroki. Nadal cały drżał od poorgazmowych dreszczy, a wstyd i upokorzenie wyciskały z jego oczu palące łzy. Pierwszy raz ktoś go tak potraktował. Tylko dlaczego, na Boga, był to z pewnością najlepszy seks w jego życiu? Kiedy jakoś doszedł do siebie, wziął szybką kąpiel i udał się na poszukiwanie swojego pana. Teraz wiedział, do kogo należał i nie miał już zamiaru temu zaprzeczać. Odnalazł Hassana w gościnnej sypialni, chrapał przez sen i mamrotał coś niespokojnie. Nagi wsunął się pod kołdrę i przytulił do ciepłego boku. Zasnął po chwili, czując, jak silne ramię obejmuje go w pasie i przysuwa bliżej. Pokręcił pośladkami i przycisnął je do brzucha mężczyzny.
***
  Kiedy trójka nowożeńców zauważyła brak Hassana, także postanowiła opuścić przyjęcie. Goście w większości byli już w takim stanie, że nie potrzebowali ich towarzystwa. Demon wziął chłopców za ręce i poprowadził na taras. Zapadła już noc, którą rozświetlały liczne na pogodnym niebie gwiazdy oraz porozstawiane wszędzie płonące pochodnie.
- Co teraz? – Jasmin nie miał pojęcia, co planuje dżin. Chciał jak najszybciej znaleźć się w zaciszu sypialni.
- Cierpliwości, książę, zawołam tylko nasz pojazd. - Eblis zagwizdał przeciągle i wszyscy mogli zobaczyć lecący w ich stronę wzorzysty dywan. Był sporych rozmiarów, mógł z pewnością pomieścić kilka osób.
- Ee…? – Aladyn wytrzeszczył oczy. – Nie wsiądę na to za żadne skarby! – taras wznosił się wysoko nad pustynią, pod nim ziała bezdenna przepaść.
- Nawet jeśli powiem, że czeka na nas baśniowa sypialnia z ogromnym łożem? – Demon podniósł znacząco do góry jedną brew. Na takie oświadczenie jego młodzi małżonkowie w ciągu ułamka sekundy znaleźli się na kobiercu. Od kilku tygodni nieznośny sułtan trzymał ich na diecie, niby to dla dobra poddanych. Nie mogli się więc doczekać chwili, kiedy będą mogli rzucić się w swoje ramiona. Dżin usiadł za ich plecami, obejmując ich mocno ramionami. Dywan powoli wzbił się powietrze, przez chwilę lecieli nad rozświetlonym, pełnym bawiących się ludzi Bagdadem. Pili zdrowie nowożeńców i tańczyli do upadłego. Nikt nie spał, z wyjątkiem starców i dzieci. Kobierzec wznosił się coraz wyżej i wnet wszystko przysłoniły obłoki. W końcu ujrzeli przed sobą cel podróży. Pośród chmur, na tle rozgwieżdżonego nieba, unosił się biały pałac o stu wieżach. Kiedy wylądowali na rozległym dziedzińcu, zalśniły srebrno-błękitne wzory na marmurowej posadzce. Chłopcy westchnęli z podziwem, nigdy nie widzieli czegoś równie pięknego.
- Wspaniały! – Aladyn stał z otwartymi ustami.
- Idealny! – zawtórował mu Jasmin.
- Nasz nowy dom. – Uśmiechnął się do nich dżin i poprowadził ich prosto do sypialni. – Bardzo się napracowałem, więc liczę na odrobinę wdzięczności. Rzucił się na łoże, które zajmowało lwią część komnaty i rozparł się na nim niczym udzielny władca. Spoglądał na nieco zmieszanych chłopców spod długich rzęs, wyglądali niesamowicie słodko z tymi rumieńcami i spuszczonymi głowami. Wokół płonęły dziesiątki świec, porozmieszczane na każdym dostępnym miejscu. Roztaczały dookoła ciepły blask. Jedwabna, ciemnoczerwona pościel wyglądała zachęcająco, a leżący na niej uśmiechnięty mężczyzna właśnie pozbywał się koszuli i butów.
- Jest zbyt jasno – odezwał się nieśmiało Aladyn i położył obok demona.
- Prawie jak w dzień. – Jasmin zajął miejsce z drugiej strony.
- Chcę was móc podziwiać. – Obdarzył ich płomiennym wzrokiem. – Pragnę widzieć dokładnie każdziuteńki kawałeczek waszych pięknych ciał, który będę całował. – Po tych słowach wszystkie ubrania zniknęły. Chłopcy pisnęli i zgodnie wpełzli pod kołdrę. – Małe tchórze! – Eblis zrobił to samo, łapiąc uciekinierów za tyłeczki i przytulił do swoich boków. Przewrócił ich na wznak, pocałował namiętnie najpierw Ala, a potem Jasmina. Reszta utonęła w dziwnym, złocistym obłoku. Chłopcy nie mieli pojęcia, jak to się dzieje, ale obaj czuli gorące dłonie na swoich ciałach. Spragnione wargi wytyczały drogę na południe, a zęby kąsały wygięte szyje, by za chwilę zacisnąć się na stwardniałych sutkach. Mieli wrażenie, ze Eblis ma co najmniej cztery ręce i dwoje wygłodniałych ust. Leżeli tak, jak im kazał, z zamkniętymi oczami, wijąc się i jęcząc, co i raz zaciskając kurczowo dłonie na pościeli.
- Zrób coś, zanim się rozpłynę! - Aladyn był już na granicy wytrzymałości, jego napęczniały do bólu penis sączył obfite krople.
- Drażnisz się z nami specjalnie! –pisnął książę i rozsunął smukłe uda, ugniatane właśnie przez pożądliwe dłonie.
- Jak zwykle niecierpliwy! – Dżin był w siódmym , może nawet ósmym niebie. Odczuwał zwielokrotnioną przyjemność. Dzięki zaklęciom wyczarował podwójną ilość rąk, warg i penisów. Uznał, że w ten sposób nikt nie będzie poszkodowany i zaspokoi jednocześnie obu swoich słodkich małżonków. Twarde jak skała członki o aksamitnych główkach ocierały się właśnie o zaróżowione, drgające wejścia.
– Przekręćcie się na brzuchy… - zabrzmiał kolejny rozkaz, wypowiadany niskim, hipnotyzującym głosem. Jasmin i Al uklękli i wcisnęli rozpalone buzie w poduszki. Mieli wrażenie, że zaraz się rozpadną na tysiące kawałeczków. Każda najmniejsza cząstka ich ciał dygotała pod wpływem namiętnych pieszczot demona. – Postarajcie się rozluźnić… - Eblis zanurzył jednocześnie dwa penisy w wąskich tunelach. Rozkosz była niesamowita, oszałamiająca. Miał nadzieję, że jego młodzi małżonkowie czują to samo. Obaj ochoczo poddali się do tyłu, nabijając do samego końca. Zatrzymał się na chwilę, by ich ciała mogły się przystosować, potem wpadli w stary jak świat rytm.
Zabawa zajęła im całą noc Nienasyceni, spragnieni swojej bliskości, powtarzali ją wciąż od nowa, aż nastał świt. Chłopcy doszli do zgodnego wniosku,  że magia w łożu jest prawdziwym darem i obsypali dumnego z siebie demona setką komplementów. W przyszłości stworzyli naprawdę zgodne małżeństwo i doczekali się wielu niesfornych dzieci.
…………………………………………………………………………
KONIEC
 betowała Kiyami