wtorek, 15 października 2013

Smok Wawelski IV

 Wyrwek dla Wacława był gotów na wszystko, a nawet jeszcze więcej. Ziółka okazały się jednak o wiele silniejsze niż myślał. Prawdę mówiąc nie spodziewał się, aż takiej rewolucji w swoim brzuchu. Ledwie Dratewka wyszedł, jego żołądek zaczął się skręcać z bólu, a flaki wygrywać dziwną melodię. Burczało w nich i bulgotało niczym w diabelskim kotle. Położył się na piasku i jęczał cicho, pocieszając się myślami o pięknym księciu i wyobrażając sobie życie u jego boku. I tylko ta wizja, powstrzymała go od pobiegnięcia do zamku i spuszczenia łomotu przyszłemu teściowi. Nagle coś go dźgnęło w boku, zakręciło, w oczach pociemniało i puścił solidnego bąka, którego można było usłyszeć w promieniu mili. Zerwał się na cztery łapy i pośpiesznie ruszył do ukochanego ogrodu Grzmisława. Tam z mściwą satysfakcją, zrobił wielką, prawdziwie smoczą kupę w jego ulubionej altance, oplecionej krzakami chińskich róż, gdzie władca zwykł odpoczywać i czytać rycerskie romanse. Biegał tak kilkanaście razy, aż paskudny smród zupełnie zagłuszył woń kwiatów. Oczywiście wszystkie okoliczne zwierzątka i owady, natychmiast się stamtąd ewakuowały. Służba zamkowa zaczęła pociągać nosami, nie mogąc zrozumieć, co zaczęło tak nagle cuchnąć. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania, tym bardziej, że król, przyjmujący właśnie zagranicznych kupców strasznie się zdenerwował. Nie chciał, by goście pomyśleli, że mają do czynienia z bandą niedomytych brudasów.
- Wasza Wysokość, chyba odkryliśmy przyczynę – lokaj skłonił się przed siedzącym za stołem Grzmisławem, na twarzy miał zawiązaną kraciastą chustkę, tak, że widać mu było tylko oczy.
- Co to za idiotyczna maskarada? – władca jadł właśnie obiad i bardzo nie lubił kiedy mu się przeszkadza podczas posiłku. Od tego można dostać przecież niestrawności. – Prowadź! – rzucił zirytowany.
- Lepiej będzie jak… - mężczyzna wyciągnął do niego rękę z uperfumowaną chusteczką.
- Zabierz to ode mnie, chcesz bym się udusił… - król ominął go szerokim łukiem, miał wrażliwy węch i nie lubił mocnych zapachów. Poszedł za lokajem prosto do ogrodu i już po przekroczeniu furtki uderzył go paskudny odór. Ale jeszcze bardziej zaskoczył go kolor, jego wypieszczonych przez lata pielęgnacji, róż. Zamiast pięknego szkarłatu powitał go mocny fiolet w dziwne, wściekłozielone cętki. – Kto to zrobił?! Zakuję go w dyby na tysiąc lat! – wrzasnął naprawdę wściekły. Przestraszeni służący cofnęli się do tyłu, wskazując na altankę. Podszedł bliżej i pozieleniał na twarzy, wejście blokowała wielka góra łajna. Latające nad nią muchy miały identyczny kolor jak kwiaty. – Skąd to się tu wzie… - w tym momencie królewski żołądek nie wytrzymał i całkowicie się zbuntował. Grzmisław zwymiotował całe śniadanie, posyłając go szerokim łukiem na elegancko przystrzyżony trawnik.
- To pewnie sprawka smoka Wasza Wysokość – odważył się odezwać lokaj, ale trzymał przezornie w bezpiecznej odległości – podobno jest konający. Tak opowiadał w karczmie Dratewka i pewnie wkrótce zjawi się po nagrodę. Wszyscy mówią, że otruł jaszczura, więc mu się należy według tradycji.
Król popatrzył na niego mocno zaskoczony nowinami, z wrażenia zapomniał o targających go mdłościach, zrobił tył zwrot i szybkim krokiem udał się z powrotem do zamku. Ten Dratewka był o wiele sprytniejszy niż na to wyglądał. Miał zamiar mu zapłacić za pomoc w zgładzeniu jaszczura i po cichu odprawić, bo przecież ręki Wacława nie mógł mu oddać, skoro chłopak był zakochany w kimś innym. Tymczasem ten drań zrobił z siebie narodowego bohatera i pogromcę bestii. Będzie musiał porozmawiać z synem i ustalić plan działania. Najlepiej natychmiast. Usiadł na swoim ulubionym fotelu przed płonącym kominkiem, jako że dzień był dość chłodny i gestem przywołał pazia.
- Idź Zbyszko i odszukaj księcia. Przyprowadź go do mnie jak najprędzej.
- Ale Wasza Wysokość, co będzie z tym, że tak powiem gównem? Cuchnie, że strach boski!
- Powiedz służbie, że mają go wywieźć za miasto i głęboko zakopać. Może być trujące, czy coś. Moim różom zaszkodziło – machnął na niego ręką Grzmisław i chłopak natychmiast wyruszył wykonać jego polecenia. Wrócił po godzinie z niewyraźną miną i stanął przed zaczytanym w dokumentach władcą.
- Co znowu? Gdzie Wacław? – król podniósł na pazia niezadowolony wzrok.
- Sprawa z łajnem załatwiona, ale z synem Waszej Wysokości to dziwna sprawa. Jak mu powiedziałem, że ojciec go wzywa, na pewno z powodu tej choroby smoka, który ponoć kona w okrutnych mękach. Zrobił się najpierw blady, potem się zachwiał i pognał  gdzieś, jakby go biesy po piętach gryzły. Strasznie się biedaczek przejął tym rychłym weseliskiem i wcale nie wyglądał na zadowolonego, a przecież Dratewka to kawał przystojnego draba – zacmokał z kompletnym niezrozumieniem na piegowatej buzi chłopak.
***
  Wacław po usłyszeniu od pazia strasznej wieści przez chwilę nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Serce tłukło mu się w piersiach boleśnie i zrobiło mu się słabo. Jeśli Wyrwkowi coś się stanie, to przysiągł sobie, że będzie pierwszym w jego rodzie, który zamknie w lochu własnego ojca do końca jego żywota. Doskonale wiedział, że Grzmisław  na pewno maczał w tej zbrodni palce. Od kilku dni widział go zaczytującego się w księgach o truciznach, ziołach i grzybach. Pewnie podpuścił tego biednego myśliwego Dratewkę, żeby wykonał za niego brudną robotę. Zerwał się i pobiegł do ogrodu, zostawiając bez odpowiedzi ogłupiałego nieco Zbyszka. Miał nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone i uda mu się wyleczyć ukochanego. Wskoczył z impetem w dziurę i oczywiście wylądował z głośnym pluskiem w stawku, pośrodku smoczej jamy. Wyszedł z niego ociekając wodą i rzucił się w stronę posłania, na którym leżał w swojej ludzkiej postaci, blady jak płótno Wyrwek. Wydawało mu się, że już nie oddycha. Przypadł do jego ust, w desperackiej próbie przywrócenia go do życia.
- Czemu zawdzięczam to namiętne powitanie? – wymamrotał zbolałym tonem mężczyzna i otworzył złote oczy z pionowymi, gadzimi źrenicami.
- O bogowie, ty żyjesz?! – Wacław przypadł do niego płacząc i przytulił do jego piersi. Cały się trząsł, a łzy płynęły strumieniami po jego twarzy.
- Chyba tak, ale ledwie – jęknął smok, bo brzuch znowu dał o sobie znać i opadł na poduszki. – No już… już…, kochanie – pogładził plecy chłopaka. – Nie tak łatwo się mnie pozbyć, jakby się to niektórym wydawało. Wytrzyj oczka i przebierz się, bo jesteś cały mokry i jeszcze mi się przeziębisz. Zaparz dla nas obu lipowej herbatki – łagodny głos Wyrwka był jak balsam na skołatane nerwy księcia.  Mężczyzna miał wyrzuty sumienia, że tak paskudnie nastraszył kochanka, ale żeby mogli potem żyć długo i szczęśliwie, musieli przez to przejść. Prawdę mówiąc z godziny na godzinę czuł się coraz lepiej i miał jeszcze niewielkie mdłości, które też powoli ustępowały.
- Przepraszam – Wacław usiadł na łóżku i chlipnął – ty jesteś chory biedaku, a ja się rzucam na ciebie jak zakochana pasterka. Zaraz się ogarnę i wstawię wodę. – Książę zaczął zrzucać wilgotne ubrania, tymczasem smok zagapił się na niego szeroko otwartymi z podziwu oczami, zupełnie zapominając, że przecież kona.  Przesunął rozjarzonym wzrokiem wzdłuż długich, zgrabnych nóg, poprzez jędrny tyłeczek do prostych pleców, na które właśnie opadły złociste włosy, zakrywając je niczym jedwabisty płaszcz.
- Taki piękny… - wyrwało się zachwyconemu mężczyźnie i to właśnie zwróciło uwagę ubierającego się księcia. Odwrócił się i wbił oskarżycielskie spojrzenie w nabrzmiewające krocze Wyrwka.
- Ejże… podobno umierasz…
- To chyba dobrze, że jest taki dziarski – wyszczerzył się do niego zmieszany smok – jakby twojemu ojcu udało się ze mnie zrobić eunucha pomyśl, jaka by to była strata.
- Skoro jesteś taki rześki, to nastaw kociołek – pogroził mu Wacław, który właśnie nabrał podejrzeń, że jego ukochany coś kręci. Oczywiście, mężczyzna natychmiast napełnił wodą garnek i zawiesił nad paleniskiem.
- Ale pomasujesz mnie? Mama zawsze mówiła, że to pomaga na niestrawność – spojrzał na chłopaka błagalnie spod długich rzęs i wyciągnął się na legowisku zasłanym miękkimi skórami.
- Mam nadzieję, że nie pomyślałeś o niczym więcej – Wacław zaparzył herbatę i usiadł obok smoka. Postanowił dać temu sprytnemu manipulantowi małą nauczkę. Rozpiął mu koszulę i zaczął delikatnymi, okrężnymi ruchami ugniatać muskularny, opalony brzuch. Muskał go przy tym bezwiednie włosami, dostarczając coraz szybciej oddychającemu Wyrwkowi dodatkowych emocji.
- Ko… kochanie… - wyjąkał ochryple – może lepiej przestań. Chyba jestem o wiele bardziej żywy niż myślałem. - Cała krew spłynęła mu w dół i skumulowała się w rozpychającym obcisłe spodnie członku.
- I tak właśnie zrobię, ty paskudny kłamczuchu! Mnie o mało serce z żalu nie pękło, wstrętny draniu! – Wacław wstał i z wyniosłą miną wyszedł z jaskini, zostawiając podnieconego smoka na pastwę losu.
- To okrucieństwo! – dobiegł go jeszcze okrzyk zdesperowanego Wyrwka, który najpierw został rozpalony do granic możliwości przez zręczne łapki, a potem bezlitośnie porzucony z ogromną erekcją i całkowitym zamętem w głowie.
 ***
   Tymczasem Wacław w bardzo bojowym nastroju ruszył do zamku. Miał ochotę urwać ojcu głowę, bo Wyrwek mimo, że już w niezłym stanie wyglądał jakby przeciągnięto go przez siedem piekieł. Jego ogłupiała mina, kiedy ruszył do wyjścia była bezcenna. Musiał jednak przyznać, że zachował się jak prawdziwy rycerz. Nie rzucił się za nim w pogoń tylko cierpiał w milczeniu trzymając się za krocze. Należało mu się za udawanie trupa, może go to czegoś nauczy. Za to był bardzo ciekaw co ma na swoją obronę Grzmisław, bo jeśli nie wysunie porządnych argumentów, to zrobi mu taką jesień średniowiecza, że przez wiele miesięcy się nie otrząśnie. Energicznie wkroczył do izby biesiadnej, gdzie uwielbiał przesiadywać ojciec i z hukiem zamknął za sobą drzwi, aż biedny król podskoczył na swoim fotelu.
- Nareszcie jesteś synku, martwiłem się o ciebie. Zbyszek powiedział, że…
- Ty mi się tu paziem nie zasłaniaj trucicielu jeden! – Wacław jednym skokiem znalazł się przed zaskoczonym jego okrzykiem Grzmisławem. – O mało nie zmordowałeś mojego ukochanego! – wbił w niego oskarżycielski wzrok. - Na szczęście kiepski z ciebie alchemik!
- Czekaj, bo czegoś tu nie pojmuję – władca pobladł pod wpływem wyrzutów syna. – Chcesz mi powiedzieć, że ty i ta poczwara… Znaczy się Wyrwiząb, macie się ku sobie?!
- Uważaj co mówisz, on zostanie moim mężem! Nie życzę sobie takich uwag! – rzucił rozgniewany chłopak. . – Kiedy wszedłem do jego jaskini myślałem, że nie żyje! Wiesz jak się poczułem?! – łzy pojawiły się w oczach księcia, a Grzmisławowi zrobiło się strasznie przykro i wstyd. – O mało nie umarłem z rozpaczy razem z nim!
- Synku wybacz, powinienem z tobą wcześniej porozmawiać. Wszystko to jedno wielkie nieporozumienie – władca wstał i podszedł do chłopaka. – Widziałem cię nocą z jakimś mężczyzną i myślałem, że poznałeś wreszcie kogoś wartościowego, kto cię pokochał. Przestraszyłem się, że smok, którego sam tu ściągnąłem, znowu przeszkodzi ci w osiągnięciu szczęścia. Swoim zwyczajem pobije i wystraszy go na śmierć. Postanowiłem, więc ci pomóc i usunąć z drogi jaszczura. Nie wpadłem na to, że on jest twoim wybrankiem – złapał się za głowę król.
- Co my teraz zrobimy? Wiesz, że ten Dratewka został uznany za bohatera! – Wacław przytulił się do ojca. Nigdy nie był pamiętliwy, a on zrobił to przecież w dobrej wierze. Chociaż mała zadra jednak gdzieś w środku pozostała.
- Nie martw się dziecko, jakoś się z nim dogadam. Wyrwek niech uda zmarłego, pochowamy truchło smoka gdzieś w lesie. Potem pojawi się jako znamienity rycerz i poprosi cię o rękę, którą mu oczywiście po chwili wahania oddam. Wiesz jak nasi rodacy kochają wszystko co zagraniczne, więc niech mówi z francuskim akcentem i podaje się za ichniego hrabiego.
***
   Władca został sam i zaczął się zastanawiać, jak wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Musiał jakoś przekonać Dratewkę, że nie chce wcale ręki Wacława. Zazwyczaj do prostych ludzi przemawiały najprostsze argumenty. Przyniósł więc ze skarbca skrzyneczkę ze złotem, przeliczył sporą kupkę talarów i głęboko westchnął. Nie lubił się rozstawać z pieniążkami, ale czego nie robi się dla szczęścia jedynaka. Postawił kuferek na stole i skinął na służbę, by przyniosła mu coś do zjedzenia. W międzyczasie zaczął omawiać z doradcami, bieżące sprawy państwowe, które tak go zaabsorbowały, że na chwilę zapomniał problemie, dlatego na widok wchodzącego do komnaty Dratewki zamrugał niezbyt przytomnie oczami.
- Wasza Wysokość, przychodzę po nagrodę, smok nie będzie ci się już więcej naprzykrzał – ukłonił się dwornie myśliwy.
- Jestem ci niezmiernie wdzięczny, zrobiłeś dla naszego państwa więcej, niż całe tabuny rycerzy - skinął mu wdzięcznie głową Grzmisław, a dworzanie umilkli, przypatrując się tej pamiętnej scenie, którą na pewno opiszą w kronikach. – Dlatego przygotowałem małą rekompensatę za twój trud – tu podał mu skrzyneczkę, której mężczyzna ku jego zaskoczeniu nie przyjął.
- Nie taka była umowa, heroldowie po całym kraju ogłaszali co innego – uśmiechnął się Borys i spojrzał królowi głęboko w zielone jak leśny mech oczy. Nie miał zamiaru dać się zbyt taką błahostką. Od ostatniego spotkania myślał tylko o nim, widział nieustannie na jawie i we śnie. Musiał go zdobyć, bo inaczej oszaleje.
- Nie mogę ci dać ręki księcia Wacława, bo on jest już przyrzeczony komuś innemu – odezwał się grzecznie władca, choć w środku mu się już gotowało. Ten przebiegły drań miał najwyraźniej jakiś cel, do którego z uporem dążył. – Może chcesz tytuł szlachecki lub ziemię? – podwyższył ofertę i spojrzał groźnie na szewczyka, który wcale się nie przestraszył, tylko omiótł jego zgrabną sylwetkę pełnym podziwu wzrokiem. W tym momencie, władcę tknęło jakieś złe przeczucie i otworzył usta by..
- Ja wolałbym twoją… - tu Borys spojrzał wymownie na krągłą pupę mężczyzny w eleganckich, skórzanych bryczesach – twoją rękę… mój panie i wszystko co się z tym znamienitym przywilejem wiąże – zawisł wzrokiem na pełnych ustach zmieszanego Grzmisława.


- Co takiego?!! – oczy króla zrobiły się okrągłe ze zdumienia jak spodki, a on sam czerwony jak jego buty.  – Oszalałeś?!!

Smok Wawelski III

   Wacław obudził się, kiedy niebo już zaczynało szarzeć, chciał zerwać się z łóżka, ale czyjeś muskularne ramię trzymało go mocno w talli. Ziewną szeroko i rzucił niezbyt przytomnym spojrzeniem w bok. Napotkał złote oczy Wyrwka wpatrujące się w niego intensywnie.
- Gotowy na następną rundę? – uśmiechnął się do niego szeroko, ukazując garnitur olśniewajaco białych, ostrych kłów, które z ludzkimi z pewnością nie miały nic wspólnego.
- Ożesz ty..., niewyżyty smoku jeden, ty… - burknął do niego zarumieniony książę i usiadł na posłaniu, krzywiąc się jak po zjedzeniu cytryny. – Nic z tego, nie mam ochoty na takie zabawy – zadarł dumnie mały nos.
- Jesteś pewny? – pocałował go w nagie ramię, sięgnął do przodu i trącił żartobliwie palcem członka chłopaka, który natychmiast zaczął podnosić głowę, bardzo zainteresowany sytuacją. – On ma odmienne zdanie – zachichotał. -  A właściwie po co się tak śpieszysz?
- On nie ma nic do gadania! – pośpiesznie zakrył rękami swojego penisa Wacław. – Już świta, a nie chcę, by ojciec się zorientował, że nie spałem w zamku. Pożyczę od ciebie ubranie. Och… - pisnął, kiedy dłoń smoka zacisnęła się na jego pośladku. Umknął zanim nieprzystojne myśli, całkowicie pozbawiły go wolnej woli i zdrowego rozsądku. Szybko nałożył jakąś koszulę i spodnie, związał je paskiem, żeby nie spadły, posłał niezadowolonemu Wyrwkowi całusa w powietrzu i na bosaka pobiegł do domu. Zwinny i szybki, przemknął się niezauważenie między strażami, przynajmniej taką miał nadzieję. Wskoczył do swojego łóżka i zakopał się po szyję w kołdrze. Wtulił płonące policzki w zimne prześcieradła i zaczął się zastanawiać, w jaki sposób nakłonić ojca, by oddał jego rękę smokowi. Sprawa nie była taka prosta, bo przecież na dobrą sprawę, była obiecana temu, kto uwolni ich od potwora. Musi jakoś sprytnie się wywinąć z tej całej sprawy. Jasna głowa wcale nie służyła mu tylko do ozdoby, jak to komentowali przybywający do zamku rycerze. Traktowali księcia jak nierozgarniętego dzieciaka z powodu jego nieśmiałości. Tymczasem Wacław był bardzo inteligentnym chłopakiem i niezłym obserwatorem. Gdyby któremuś z dzielnych wojaków przyszło do łba porozmawiać z nim i potraktować jak człowieka, to już dawno byłoby po ślubie. Książę doskonale wiedział, że nie może wyjść za jakiegoś niedorajdę, który zniszczyłby wszystko na co całe życie pracował ojciec. Przyjeżdżali tu całymi hordami, myśląc, że się łatwo wzbogacą i zaciągną go do łoża. Pili w karczmie, uwodzili miejscowe panny i grali w kości. Jedynym tematem ich rozmów były turnieje, konie i miecze, czyli coś, co kompletnie nie interesowało Wacława. Żaden nie miał pojęcia o gospodarstwie i zarządzaniu majątkiem.
Smok od początku wydawał mu się zupełnie inny, mądry i rozważny, wiele podróżował i dużo wiedział o świecie. Byłby dla niego świetnym towarzyszem, jeśli oczywiście się zgodzi, bo przecież o rękę go jeszcze nie poprosił. O co innego to owszem i to kilka razy. Tu chłopak zaczerwienił się ponownie. Wianka już nie było i nie odrośnie, ale stracił go w tak przyjemny sposób, że bynajmniej nie żałował. Lepiej jednak by było, żeby ojciec się o tym nie dowiedział zbyt szybko, a najlepiej wcale. Grzmisław potrafił być w gniewie naprawdę porywczy i uparty, zwłaszcza, gdy w grę wchodził jego jedynak.
***
   Król wrócił do zamku późną nocą i zmęczony wyprawą zasnął w tym, co miał na sobie. Nie przywykł do dalekich, pieszych wędrówek. Zazwyczaj podróżował konno lub powozem. Obudził się bladym świtem, wystarczająco wcześnie, żeby zobaczyć z okna swojej komnaty, skradającego się do domu Wacława. Poczłapał do lustra, ponieważ coś mocno uwierało go w pośladki. Odwrócił się tyłem do szklanej tafli i zamrugał kilka razy powiekami, mając cichą nadzieję, że to tylko paskudny sen. Skamieniał ze zgrozy z szeroko otwartymi oczami i rozdziawionymi niemądrze ustami.
- To niemożliwe! – jęknął. – Ten Dratewka chyba rzucił na mnie jakąś klątwę?! – załamał ręce na widok wielkiej dziury dokładnie pośrodku jego królewskiego tyłka. Pochylił się trochę i…. – O kurwa! – wymknęło się z jego arystokratycznych ust. Nie miał pojęcia, jak on spojrzy szewczykowi w oczy, a będzie musiał to zrobić, bo niedługo przyjdzie po baranka, aby zanieść go smokowi. Teraz już rozumiał, dlaczego cały czas szedł za nim, niby z powodu oświetlania mu wyboistej drogi z wielce zadowoloną miną i cały czas obciągał kaftan, jakby chciał coś ukryć. Musiał drań się dobrze bawić i nie pisnął ani słówkiem, że coś jest nie w porządku. – O boże, dlaczego mi to robisz?- przyłożył dłonie do buraczkowych policzków. – Chyba już tak mi zostanie? – spojrzał ponownie w zwierciadło na swoją zawstydzoną twarz. – Do końca życia moja gęba będzie przypominała kolorem dorodnego pomidora!
***
   Dratewka przyszedł jakąś godzinę później, kompletnie zmarnowany, ledwie trzymał się na nogach. Prawie całą noc spędził na likwidowaniu sporego problemu, jakiego nabawił się w towarzystwie króla. Ledwie skończył już musiał zaczynać od nowa, bo ciągle miał przed oczami zgrabne pośladki swojego władcy i różową dziurkę. Mógłby przysiąc, że chwilami mrugała do niego zachęcająco.
Grzmisław siedział na fotelu i zasłaniał się jakimś ogromnym tomiszczem, tak, że widział tylko czubek jego głowy i długie nogi w wysokich butach. Nawet się z nim nie przywitał tylko wskazał na stół na, którym leżał upieczony baranek, obficie nadziany uzbieranymi poprzedniego wieczora ziołami i grzybami. Borys też wolał się nie odzywać, bo na widok mężczyzny, znowu poczuł, że jednak miałby siłę na jeszcze co najmniej jedną rundę. Szybko chwycił śniadanie dla smoka i tyłem wycofał się z komnaty. Król najwyraźniej już wiedział o co chodzi i gniewał się na niego, za wczorajszą wyprawę. Będzie musiał go jakoś udobruchać.
***
   Dratewka stanął przed jaskinią z sercem w garści. Był odważnym myśliwym, ale dobrze wiedział, że w starciu ze smokiem nie miałby żadnych szans. Miał nadzieję, że poczwara jeszcze śpi i wystarczy podrzucić mu posiłek pod grotę. Nic bardziej mylnego. Wyrwek opuszczony przez księcia wcale nie miał ochoty spać. Wyszedł jak tylko usłyszał kroki na ścieżce.
- Śniadanko tak wcześnie? I w dodatku z grilla? – zapytał podejrzliwie, bo ostatnio wkurzony Grzmisław niezbyt go rozpieszczał.
- Może król chce się dogadać – rzucił niepewnie Borys.
- Jaaasne... – warknął Wyrwek i zaczął uważnie obwąchiwać baranka – a to paskud. Myśli, że nabiorę się na stary numer z zatrutym żarciem? Za kogo on mnie ma?! – przycisnął Dratewkę uzbrojoną w szpony łapą do skały.
- Sam sobie nagrabiłeś – mruknął odważnie mężczyzna z trudem łapiąc oddech. – Kosztowna z ciebie gadzina, w dodatku syn mu w starokawalerstwie więdnie.
- Sam mnie zaprosił, a Wacław jest już zaręczony, albo raczej wkrótce będzie – odgryzł się smok.
- Mógłbyś? – Borys machnął na niego wymownie ręką. – Dogadajmy się, mam pomysł – zaciekawiony Wyrwek puścił go i wreszcie mógł wciągnąć do płuc odrobinę powietrza. - Masz jakieś plany co do Wacława?
- Mam, ale nic ci do tego – burknął niegrzecznie smok. Grzmotnęło, błysnęło, zadymiło i przed zaskoczonym myśliwym stanął przystojny, potężnie zbudowany mężczyzna.
- O cholera, fajna sztuczka – wyszczerzył się do niego szeczyk. - Wiesz, że Grzmisław będzie niezadowolony. Mogę ci w tym pomóc, ale nie za darmo.
- Ty mi tu nie kombinuj, bo cię na szaszłyki przerobię! – pogroził mu Wyrwek. Podszedł do śniadania i rozpruł zwierzęciu brzuch. Zerknął do środka i pokręcił z rozbawieniem głową. – Ale amatorszczyzna, teść chyba chciał zaoszczędzić talarów i słabo zapłacił wiedźmie za nadzienie.
- Gdzie tam, zrobił je sam, bo nie chciał szerzyć plotek. Wiesz jakie są te miejscowe baby. Same jędze z językami niczym sztylety. Od tego żarcia co najwyżej sraczki dostaniesz – Borys wszedł za nim do jaskini i usiadł przy ognisku.
- I na czym polega twój wielki plan? – zapytał ironicznie smok.
- No, ty sobie pochorujesz kilka dni, książę się wścieknie i postawi się ojcu. Będzie cię pieścił i tulił, a ty na to łaskawie pozwolisz. A skoro zabrałeś mu wianek… - tu spojrzał na mężczyznę, który skinął głową i lekko się zarumienił. – Grzmisław i tak nikomu innemu go nie sprzeda, bo wieści szybko się rozejdą. Już ja się o to postaram.
- Ale co ty będziesz z tego miał? – pomysł Dratewki coraz bardziej mu się podobał.
- Ty będziesz leżał i wyglądał na umierającego, a ja w tym czasie zostanę bohaterem i wybawcą królestwa – wypiął dumnie szeroką pierś Borys. – A ponieważ książę, wybacz, że tak powiem, to towar wybrakowany, zażądam czegoś innego w zamian – tu mężczyzna oblizał się i uśmiechnął do swoich myśli.
- Umowa stoi, dawaj to świństwo – Wyrwek wziął od niego baranka. Zamienił się z powrotem w poczwarę i połknął go jednym kłapnięciem wielkiej paszczy – Za pięknego Wacława. Blee… - odbiło mu się paskudnie. – Ale obrzydlistwo.
- Czego się nie robi z miłości… - westchnął filozoficznie Borys i poklepał go po kumpelsku po karku. – Idę zrobić nieco zadymy w karczmie, a ty tu sobie konaj w spokoju.
***
   W tawernie Pod Czerwonym Kogutem jak na taką wczesną porę było bardzo tłoczno, jak to w dzień targowy. Każda nacja siedziała w swoim kącie i zawzięcie mieliła ozorem, wymieniając co smakowitsze wieści. Można było zobaczyć zakutych w blachy rycerzy, kolorowe kaftany szlachty i mieszczan oraz lniane koszule zwykłych kmieci. Na widok Borysa, nocna zmiana zamkowej straży pomachała do niego radośnie. Znali się od dziecka i wychylili razem niejeden kufel miodu.
- Ej Borys, coś ostatnio często widujemy cię na zamku – zrobili mu natychmiast miejsce za stołem, a reszta tłumu w przestronnej izbie ściszyła rozmowy i bacznie nastawiła uszy.
- Pomagałem królowi – odpowiedział skromnie Dratewka i zamówił dzban mocnego tokaju – rozwiązać problem ze smokiem.
- Żyjesz, mordę masz nadal przystojną, więc chyba nie było tak źle? – mężczyźni już lekko wstawieni wbili w niego oczy. – Smoczysko cię nie dopadło?
- To ja dopadłem jego za pomocą małego fortelu i teraz tam kona w okrutnych mękach – zadarł dumnie głowę szewczyk.
- Chcesz powiedzieć, że załatwiłeś gadzinę?! – W karczmie nastała cisza jak makiem zasiał. – I Grzmisław oddał ci rękę pięknego Wacława?
- Ee… Niezupełnie – uśmiechnął się pod nosem Borys.
- Bo wiesz stary, tak między nami, ten nasz mały książę, to jest odrobinę przereklamowany – pijany strażnik nieco się zaplątał w zeznaniach.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał niewinnie Borys.
- No, parę razy go widzieliśmy, jak wracał do zamku późną nocą z jakimś przystojniakiem, całowali się pod bramą tak ogniście, że omal się wrota nie zapaliły – dodał inny.
- A dzisiaj to przybiegł o świcie, boso i w cudzych ciuchach, bo wisiały na nim niczym worek. Reszty domyśl się sam.
- Chcecie powiedzieć, że nie jest już dziewicem?! – popatrzył na nich głęboko rozczarowany i ukrył za kuflem psotny uśmieszek. – W takim razie muszę pogadać z królem o innej nagrodzie, w końcu jestem bohaterem prawda? – zwrócił się do wszystkich obecnych w izbie. – Obiecał pół królestwa i rękę księcia, ale w takim wypadku nie będę brać chłopaka siłą, skoro ma już amanta.
- Przecież nasz król jest wolny i równie piękny z niego mężczyzna – rzuciła rozsądnie kelnerka niosąca tacę z pieczoną gęsiną. – Skoro jego syn jest zajęty, to niech on cię poślubi. Wszystkie okoliczne panny na wydaniu pozdychają z zazdrości – zachichotała.
- Ale on woli niewiasty… - zaczął ostrożnie Dratewka, szalejący w duszy z radości, że wszystko tak świetnie się układało.
- Nie bądź głupi, jak zobaczy twój rożen sam się na niego nadzieje – poklepała go po ramieniu dziewczyna. – Poza tym już twoja w tym głowa i inne części ciała, żeby po nocy poślubnej nie wyrzucił cię z zamku.
- Do króla, do króla, będzie podwójny ślub! – krzyknęli wszyscy obecni w tawernie i unieśli kufle w toaście za zdrowie przyszłych małżonków. Borys przez resztę dnia przyjmował gratulacje, choć obawiał się nieco reakcji władcy, który co prawda był łagodnym człowiekiem, ale nigdy nie wiadomo. Licho nie śpi.

Smok Wawelski II

   Kiedy król Grzmisław został sam, podszedł do stojącej na szafce miski i kilka razy opłukał czerwone policzki zimną wodą. Jeszcze nigdy, aż tak się nie skompromitował. Zaprezentował wszystkie swoje wdzięki zupełnie obcemu mężczyźnie. Ten cały Dratewka wydał mu się strasznie bezczelny, a kiedy sobie przypomniał jak gapił się między jego nogi gorejącymi źrenicami, ponownie się zarumienił. Nie rozumiał co się z nim dzieje, przecież do tej pory gustował jedynie w białogłowach, starannie je dobierając spośród okolicznych szlachcianek.
Ci poddani z roku na rok robią się coraz gorsi, chyba za bardzo im popuściłem – zaczął się zastanawiać król. – Może powinienem ogłosić się tyranem i dla przykładu zakuć w dyby kilku kmiotków? – poprawił wpadający mu do oczu jasny lok i zamyślił się nad ciężkim losem władcy. Skoro taki zwykły szewczyk mlaska na widok jego klejnotów, niczym nad kawałkiem zacnego udźca, to chyba  znaczy, że najwyższy czas pokazać swoją siłę i trochę nastraszyć rozpuszczonych poddanych.
   Nie zdawał sobie biedak sprawy, że już sam jego wygląd, całkowicie go wyklucza z roli jaką sobie właśnie wyznaczył. Z zielonymi niczym leśny mech oczami i rozwianymi jasnymi puklami, wyglądał raczej na barda niż gnębiącego prosty lud potwora. W dodatku natychmiast zaczął się zastanawiać, czy takie stanie w dybach bardzo boli i czy nie zostanie po nich zbyt wiele sińców. Tak… tak… Nasz Grzmisław był z natury łagodnym i rozsądnym człowiekiem o szczerozłotym sercu. Wolał liczyć snopki zboża i dukaty w skrzyni, niż pokonanych wrogów i wygrane bitwy. Poddani kochali go i szanowali, pod jego rządami państwo rozkwitło i znacznie się wzbogaciło. Nie przeszkadzało im to jednak tworzyć o nim prześmiewczych ballad i mazać na murach zamku niecenzuralnych obrazków, jak to kręci nosem nad każdą panną i sprawdza jakiego koloru krew płynie z jej żył, zanim zaciągnie ją do łóżka.
   Król już w koszuli nocnej wychylił się z okna sypialni i ku swojemu zdumieniu zauważył pod bramą swojego syna,  trzymającego się za rękę z jakimś przystojnym, nieznanym mu mężczyzną. Uśmiechnął się z zadowoleniem i klasnął w dłonie. Może jednak wszystko ułoży się po jego myśli? Pozbędzie się tego okropnego smoka i zrobi Wacławowi huczne weselisko, o jakim zawsze marzył. Do tej pory bał się, że jego nieśmiały potomek nie znajdzie sobie nikogo odpowiedniego, a tu proszę, taka niespodzianka. Ciekaw był tylko kto to i postanowił zapytać o to następnego dnia syna.
***
   Tymczasem Wacław spotykał się z Wyrwkiem prawie każdego dnia. Doskonale się rozumieli i nieśmiały książę rozkwitał przy jego boku niczym leśny dzwoneczek. Smok zachowywał się wobec niego nienagannie, adorował niczym piękną damę, znosił coraz to bardziej wymyślne prezenty i wpatrywał niczym w małe bóstwo. Złote oczy mężczyzny wzbudzały w chłopcu coraz większe emocje, już nie siadał po drugiej stronie ogniska tylko ramię w ramię, a nawet pozwalał się od czasu do czasu przytulać, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Smok był doświadczony, choćby z racji wieku i wiedział, że nie powinien się śpieszyć, żeby nie spłoszyć tej delikatnej istotki. Właśnie siedzieli na łące, na której trawa była tak wysoka, że sięgała dorosłemu człowiekowi do ramion, rosło w niej w wielkiej obfitości wiele polnych kwiatów, które pachniały oszałamiająco. Wacław uwił z nich wianek i włożył sobie na głowę. Z rozpuszczonymi, złotymi włosami wyglądał zupełnie jak rusałek, brakowało mu tylko przeźroczystych skrzydełek. Wyrwek nie wytrzymał i przysunął się do niego tak blisko, że dotykali się kolanami.
- Wiesz, że podobno pocałunek rusałka w samo południe przynosi szczęście? – zapytał, wpatrując się intensywnie w jego usta. – Słyszałem, że można stać się od tego urodziwszym, a bogactwa dosłownie same pchają się potem do ręki.
- Ale skąd go wziąć? – spytał Wacław, nie mając pojęcia o co chodzi smokowi.
- Właśnie jest odpowiednia pora, przystroiłeś się kwiatami i jesteś ładniejszy niż jakakolwiek baśniowa istota. Spróbujemy? Co ci szkodzi? – Cwany Wyrwek popatrzył mu błagalnie w oczy. – Powiesz mi potem czy podziałało.
- No dobrze, ale tylko jeden – zarumienił się książę i zrobił ryjek. Nigdy się nie całował i nie wiedział jak się do tego zabrać. Mężczyzna podniósł go delikatnie i posadził na swoich kolanach.
- Nawet jeśli się nie uda, to i tak będzie najwspanialsze wspomnienie w moim życiu - zamruczał wprost w ponętne usta i czule musną je swoimi wargami. A skoro chłopak nie zaprotestował, powtórzył to jeszcze raz i jeszcze, wkładając w tą pieszczotę całe swoje serce. Wacław za każdym razem wzdychał cichutko i przytulał się do niego coraz mocniej, w końcu opadli na trawę w namiętnym uścisku. Turlali się po aksamitnych źdźbłach chichocząc i całując się coraz pożądliwiej. Mieli straszliwego pecha, bo chwilę wcześniej łakomy miś rozerwał pobliski ul i ukradł kilka plastrów miodu. Parę z nich wyleciało mu z pyska, kiedy umykał przed rozwścieczonymi pszczołami. Wacław nawet nie zauważył kiedy zaczął się cały lepić. Wypaćkał się złocistą mazią od stóp do głów.
- Och, zaraz zjedzą mnie mrówki – krzyknał książę i włożył do buzi słodki palec.
- Nie ruszaj się cna pani, twój rycerz nadchodzi z pomocą – z tymi słowami na ustach Wyrwek zamienił się w smoka. Pochylił się nad leżącym na plecach chłopakiem i zaczął go lizać wielkim, szorstkim, rozwidlonym na końcu  jęzorem. Książę miał łaskotki, więc zaczął wić się i piszczeć, a sprytna gadzina skorzystała z okazji i rozpięła w okamgnieniu zarówno jego koszulę i spodnie. Kiedy wilgotny, ciepły organ zaczął błądzić po nagiej skórze, książę nie miał już siły protestować. Skóra mu płonęła i nie wiedział, czy to letnie słoneczko tak grzeje, czy potężne ciało nad nim. Zahaczone ostrym zębem, oczywiście zupełnie przypadkowo ubranie księcia, zamieniło się w kilka nędznych strzępków.
- Wyrwek – szepnął zawstydzony, usiłując zasłonić rękami członka, który nie przejmował się wcale zmieszaniem właściciela i stał buńczucznie do góry, ciesząc oczy smoka. Oczywiście język natychmiast owinął się wokół niego z wielką wprawą.  – Ach… - zaskomlał zaskoczony intensywnością doznań i wygiął ciało w łuk. Smok przez chwilę się z nim droczył i wyrywał z ust słodkie jęki. Potem przewrócił go na brzuch i zaczął całą zabawę od nowa. Zlizał miód z karku i pleców, aż dotarł do krągłych pośladków i im poświęcił najwięcej czasu. Pod takim namiętnym masażem Wacław mógł jedynie mruczeć niczym kot i prężyć grzbiet, w kierunku oszałamiających pieszczot. – Oo…! – krzyknął zaskoczony, kiedy zuchwały język zagłębił się w jego dziewiczą dziurkę. Smok, z całej siły starając się opanować, przygotowywał go na przyjęcie czegoś większego. Docierał o wiele głębiej  niż mógłby to zrobić zwykły człowiek i trącał co chwilę prostatę chłopca, który cały drżał od rozkosznych doznań. Wypiął się mocniej w stronę gadziny, rozsuwając szeroko smukłe uda. Wyrwek, widząc jak bardzo jest rozpalony zamienił się z powrotem w człowieka. Zerwał z siebie ubranie i uklęknął za jego plecami.
- Powiedz, że mnie chcesz – szepnął chłopakowi do czerwonego uszka.
- Chcę… chcę… aach… proszę – wychrypiał Wacław. – Jestem twój!
Po takich słowach smok już się więcej nie wahał, tylko jednym płynnym ruchem wszedł w ciało chłopaka, który odczuł jedynie niewielki dyskomfort. Posiadanie dużego, rozwidlonego języka ma jednak jakieś zalety. Poza tym książę był już jednym, wielkim kłębkiem pożądania i dosłownie błagał go o spełnienie. Zaczęli poruszać się z zgodnym rytmie, strasząc gardłowymi pomrukami okoliczne zwierzątka. Wystarczyło, ze mężczyzna sięgnął w dół i uścisnął sączącego członka chłopaka, by wytrysnął z jego imieniem na ustach. Jeszcze tylko parę mocnych pchnięć i poszedł w ślady kochanka, opadł obok niego na trawę z szerokim uśmiechem.
- Czy jestem teraz przystojniejszy? – zapytał i spojrzał prosto w błękitne oczy Wacława, spoglądającego na niego czule.
- Oczywiście, że tak. Może jednak masz w sobie coś z rusałka? – zachichotał. –Ale co ja powiem ojcu?
- O tym pomyślimy później, najpierw musimy jakoś przekraść się do mojej pieczary i wykąpać. Obaj się kleimy i wyglądamy jak nieboskie stworzenia – zaczął wyciągać z włosów księcia źdźbła trawy i płatki kwiatów.
- Ale z mojego ubrania nic nie zostało – podniósł z ziemi kilka strzępków.
- Nie martw się kochanie, podzielimy się moim – mężczyzna włożył na siebie spodnie, a chłopakowi podał koszulę, która jak się okazało, ledwo mu zakrywała powabny tyłeczek. Przekradali się chaszczami w stronę zamku, ponieważ nie chcieli narażać ludzi na nieprzystojny widok. Woleli, żeby król o ich wyczynie nie dowiedział się z plotek. Wyrwkowi co chwilę migały przed oczami jasne pośladki, robiąc z mózgu galaretę. Kiedy dotarli do jaskini z głodnym pomrukiem chwycił nie spodziewającego się ataku Wacława na ręce i wskoczył z nim do ciepłego źródełka.
- Jest dopiero pierwsza, więc może,  jeśli zrobimy to jeszcze raz, to nasze szczęście będzie większe – zachichotał i ukąsił zarumienionego księcia w szyję.
- Masz rację, nie możemy przepuścić takiej okazji do poprawienia twojej urody i pomnożenia majątku – rzucił z niewinną minką chłopak.
 ***
   Król od rana był bardzo zajęty, przekopywał swoją bibliotekę w poszukiwaniu jakiejś księgi o truciznach. Nie chciał w to angażować nikogo z zewnątrz, by nie szerzyć niepotrzebnych plotek. Co prawda w pobliżu mieszkała świetna zielarka, a nawet dwie krzywonose wiedźmy, ale uznał, że świetnie sobie poradzi sam. Niestety nie znał się na tym wcale, więc uznał, że najlepsze będzie podejście naukowe. Wreszcie znalazł opis odpowiednich ziółek i grzybów, były nawet dokładne obrazki jak wyglądają oraz opis i gdzie ich szukać.
    Bardzo się śpieszył, bo obawiał się, że smok przetrąci szczękę adoratorowi syna i mały znowu zostanie bez pary, tym razem już na dobre. A na ponowny ożenek i płodzenie potomka z jakąś rozpuszczoną białogłową jakoś nie miał chęci. Najwyraźniej się starzał, bo coraz mniej go interesowały. Zresztą nigdy nie miał zbyt dużego temperamentu, nieboszczkę żonę odwiedzał dwa razy w miesiącu i to mu zupełnie wystarczyło. Nigdy mu nie przyszło do upartej głowy, że może by warto było nieco poeksperymentować.
   Grzmisław szybko zorientował się, że z grzybami nie będzie problemu, natomiast zioła trzeba było zebrać w lesie o północy. Nie był człowiekiem strachliwym, ale na myśl o wędrówce po ciemnym borze zrobiło mu się nieswojo. Chcąc nie chcąc postanowił skorzystać z pomocy Dratewki. Mężczyzna może i był draniem, ale za to dyskretnym. Posłał do niego posłańca z liścikiem i umówił się na wieczorną wyprawę. Po zmroku ubrany w obcisłe spodnie pożyczone od syna i stary kaftan, wykradł się z zamku przez nikogo nie zauważony. Nieszczęsne pantalony piły go w tyłek, Wacław był od niego niższy i drobniejszy. Ciągle więc je poprawiał i pociągał, co wyglądało nader zabawnie, zwłaszcza dla obserwującego go od kilku minut szewczyka.
   Borys schowany za drzewem, dokładnie przyglądał się królewskim tyłom i musiał przyznać, że wyglądają bardzo powabnie. Chętnie by zapoznał się z nimi bliżej, ale Grzmisław nie wyglądał niestety na zainteresowanego.
- Co się odwlecze to nie uciecze – mruknął filozoficznie pod nosem.
- A jesteś, co tam mamroczesz? – zapytał król i pamiętając o poprzednich wyczynach Dratewki, zatrzymał się w bezpiecznej odległości.
- Że trzeba zapalić pochodnię, inaczej się zgubimy – ruszył przed siebie znajomą ścieżką. Doszedł do wniosku, że jeśli będzie miał trochę szczęścia, to przynajmniej nasyci dzisiaj oczy. Te spodnie nie wygłady na zbyt trwałe i w dodatku był o kilka rozmiarów za małe. Zatrzymali się na małej polance, gdzie rosły wszystkie potrzebne władcy zioła. – Jesteśmy na miejscu.
  Grzmisław pracowicie zaczął zbierać rośliny do koszyka, a Dratewka  ani drgnął. Król nawet nie poczuł, kiedy szwy na pantalonach puściły i zrobiła się spora dziura. Oczom zachwyconego Borysa ukazała się szparka między pośladkami i różowa dziurka,  jako że mężczyzna co chwilę się nachylał i wypinał w jego stronę tyłek.
- Mógłbyś mi pomóc – warknął władca - byłoby szybciej.
- Nie mogę, łupie mi w krzyżu, a poza tym muszę ci panie poświecić, żebyś nie wpadł w jakąś jamę  - Dratewka założył ręce na szerokiej piersi i oparł się o drzewo, żeby mieć lepszy widok. - Mamy sporo czasu, nie ma sensu się śpieszyć – dodał z błyskiem w oku. Robiło mu się coraz goręcej, ale był ubrany w długi kaftan, który zakrywał coraz większy problem poniżej pasa. Miał bardzo dużego członka, sławnego na całą okolicę. Kto go raz ujrzał nigdy nie mógł zapomnieć. Problem w tym, że  Dratewka był bardzo grymaśny i nie chciał byle kogo, dlatego nadal pozostawał starym kawalerem, choć chętnych nie brakowało.Wieczorami przy kominkach opowiadano sobie o nim legendy. Grzmisław na swoje szczęście lub nieszczęście nic o tym nie wiedział, bo w karczmach nigdy nie bywał, zajęty sprawami państwa.
   Tymczasem Borys, podziwiając podniecający widok, doszedł do wniosku, że już wie, czego zażąda jako nagrody za narażanie swojego życia. Zaczął myśleć co powie władcy, kiedy tylko pozbędzie się smoka. Wiedział, że król zawsze dotrzymuje słowa i nie wycofa się z danej obietnicy.



Smok Wawelski I

To stara polska legenda, nieco przeze mnie przekręcona, ale mam nadzieję, że wam się spodoba. Przez sentyment do tych pięknych, mitycznych stworzeń, postanowiłam uratować jednemu z nich życie. Mamy więc leniwego smoka Wyrwizęba, więdnącego w starokawalerstwie księcia Wacława, zmartwionego króla Grzmisława i cwanego szewczyka Dratewkę.

   W pięknym mieście Krakowie, na niewielkim wzgórzu zwanym Wawelskim wznosił się dumnie potężny zamek. Mieszkał w nim król Grzmisław V razem ze swoim jedynakiem księciem Wacławem, dobiegającym już poważnego wieku lat dwudziestu i nadal niestety będącego kawalerem, ku rozpaczy całej bliższej i dalszej rodziny. A wszystko to za sprawą paskudnego smoka, który od kilku lat zamieszkiwał pieczarę pod zamczyskiem. Władca, choć mocno zdenerwowany całą sytuacją, nie ośmielał się narzekać, ponieważ sam go tutaj sprowadził, chcąc zaimponować sąsiadom.
Mianowicie jakiś czas temu poprzysiągł podczas popijawy z kuzynostwem, że wyda syna tylko za prawdziwego mężczyznę. Marzył mu się na zięcia taki rycerz ze starych legend, co to poczwarę pokona i kiesę ma pełną. Wszyscy się z niego śmiali, a on się uparł i założył, że tego dokona. Zaprosił więc do swojej siedziby smoka Wyrwizęba, który upodobał sobie grotę pod wzgórzem i przepłoszył stamtąd wszystkie zakochane parki. Miejsce było całkiem wytworne jak na smocze standardy, z sufitu zwisały fikuśne stalaktyty, na ścianach widać było prymitywne pornograficzne obrazki  stworzone przez miejscowych chuliganów, a ziemię pokrywał bielutki piaseczek. W kącie biło ciepłe źródełko sporych rozmiarów, ogrzewające jaskinię parą i nadające się idealnie na wannę. Król był słowny i codziennie dostarczał pod samo wejście tłustego baranka. Jaszczur, czuł się więc jak na wczasach i przyzwyczaił do dobrobytu tak bardzo, że teraz za żadne skarby nie chciał stąd odejść, ku ogromnemu utrapieniu Grzmisława.
   Z początku wszystko układało się idealnie. Kiedy król wydał obwieszczenie, a heroldowie ogłosili go w całym kraju, ze wszystkich stron zaczęli przybywać rycerze, zwabieni wspaniałą nagrodą.
Ja Grzmisław V ogłaszam!
Za pokonanie groźnego smoka Wyrwizęba, zwycięzca otrzyma pół królestwa i rękę księcia Wacława.
                                                               Wasz Uwielbiany Władca

   Smok z właściwym sobie spokojem rozprawiał się z nimi po kolei, niszcząc cenne uzbrojenie i z satysfakcją wybijając zęby. Taki szczerbaty rycerz w pogiętej zbroi, choćby i najprzystojniejszy, natychmiast spadał w rankingu. Dentystów niestety wtedy nie było, więc pokiereszowana mordka zostawała mu do końca życia. Z czasem ubywało chętnych, a nagroda nie wydawała się już taka nęcąca. Jaszczur nabrał wprawy i prawie za każdym razem udawało mu się usuwać całe uzębienie napastnika, łamiąc mu przy tym malowniczo szczękę tak, że biedny delikwent musiał potem przez miesiąc jeść owsiankę.
   Wacław obserwował to wszystko z mieszanymi uczuciami. Wyczyny Wyrwizęba dostarczały mu sporo rozrywki i miał ku temu swoje powody. Butni rycerze, przybywając do jego zamku traktowali go jako należne im trofeum, niejednokrotnie w jakimś ciemnym kącie próbowali ukraść kilka buziaków lub nawet żądali czegoś więcej. Uważali, że się im to słusznie należy, a nieśmiały książę wstydził się przyznać ojcu jak się nieprzystojnie zachowują. Na swoje nieszczęście był ślicznym chłopcem o typowo słowiańskiej urodzie i nieświadomie wabił do siebie bezczelnych drani, niczym garniec miodu napalone pszczoły. Nabrał więc zwyczaju uciekania na każdy szczęk blachy i tętent kopyt na zamkowym dziedzińcu.
  Tego ranka, kiedy książę ledwo zdążył nałożyć koszulę i obcisłe bryczesy z białej, miękkiej skóry, usłyszał niepokojący dźwięk. Wyjrzał przez okno swojej komnaty i na podwórzu zobaczył trzech nowo przybyłych zalotników. Dawno nie było tu takiego tłoku. Przestraszony najazdem umknął boso do ogrodu. Uciekał na oślep niczym spłoszony zając i mimo, że od dziecka tutaj hasał i znał każdy zakątek, wpadł do dużej dziury, której wcześniej nigdy nie zauważył. Okazało się, że to długi, ciemny i wąski tunel w ziemi.
- Aa…! – z piskiem zjechał na plecach i z impetem spadł ze sporej wysokości do ciepłego źródełka w grocie smoka. – Bulp… - poszedł pod wodę jak kamień, by po chwili wynurzyć się na powierzchnię. Nieco podtopiony, przemoczony do suchej nitki wypełznął na brzeg i spotkał się oko w oko z Wyrwizębem. Po raz pierwszy widział go z tak bliska i pełna ostrych, lśniąco białych zębów paszcza przeraziła go nie na żarty.  – Oo…! – wrzasnął, zachwiał się i klapnął na tyłek. Od razu zasłonił drobnymi dłońmi twarz, pamiętając o złej sławie jaszczura. Nie miał zamiaru chodzić z obitą, bezzębną gębą i jeść owsianki, której nie cierpiał.
   Tymczasem Wyrwiząb gapił się na Wacława od chwili, kiedy usłyszał plusk, z otwartą niekulturalnie paszczą. Po raz pierwszy w swoim smoczym życiu zaliczył całkowity opad szczęki, kiedy zobaczył jak książę wynurza się ociekający wodą w kłębach gęstej pary. On też widywał dotąd chłopaka tylko z daleka i teraz jego uroda dosłownie go poraziła, a rzeczywiście było na co popatrzyć. Wacław choć delikatnej budowy, był ładnie umięśniony co idealnie podkreślało mokre ubranie, przylegające do niego jak druga skóra. Długie do pasa, złociste włosy miał rozpuszczone, ponieważ nie zdążył jeszcze zapleść swojego warkocza. Piękne błękitne oczy wydały się jeszcze większe niż zazwyczaj, bo lekko wytrzeszczone ze strachu. Smok z najlepszymi intencjami kłapnął mordą, chcąc podnieść chłopaka do pionu.
- Nie zabijaj mnie! – pisnął niezbyt męsko przyszły władca i cały się skulił. Na czubkach jasnych rzęs osiadły łzy i skrzyły się niczym małe diamenciki. Jaszczur okropnie się zawstydził swojego zachowania, bo najwyraźniej śmiertelnie wystraszył tą słodką kruszynę. Nadął się niczym kolcobrzuch, coś błysnęło, trzasnęło i przed zaskoczonym księciem pojawił się wysoki, atletycznie zbudowany mężczyzna.
- Wyrwek – przedstawił się dwornie i odgarnął z czoła czarny lok, a niezwykłe, bursztynowe oczy z gadzimi, pionowymi źrenicami błysnęły mu wesoło. – Nie bój się piękny. Może masz ochotę na łyk zacnego wina na dobry początek nowej znajomości? – zaproponował uprzejmie i podał Wacławowi pucharek, wypełniony po brzegi aromatycznym, szkarłatnym płynem.
Chłopak zerknął na niego niepewnie, zazwyczaj żaden facet nie pytał go o zdanie tylko od razu brał się do macania. Spodobał mu się jego niski, łagodny głos i duże, kształtne dłonie. Niespodziewanie przypomniał sobie, co rozchichotane służki mówiły o takich rękach i zarumienił się jak jabłuszko. Wziął naczynie od mężczyzny i upił łyczek.
- Dz.. dziękuję… – wyjąkał zmieszany kierunkiem swoich myśli. Znał smoka od kilku dobrych lat i nigdy takie bzdury nie przychodziły mu wcześniej do głowy. To pewnie od tego upadku i gorąca coś mu się poplątało. Poza tym nigdy nie widział go wcześniej w ludzkiej postaci. – Jesteś bardzo miły… - ośmielił się odezwać cichutko Wacław.
- Zawdzięczam ci całkiem przyjemną pracę – uśmiechnął się do niego szelmowsko Wyrwek. – Cała, niewątpliwa przyjemność po mojej stronie – objął zachwyconym spojrzeniem sylwetkę chłopaka, przesuwając powoli gorejącymi źrenicami po jego zgrabnym ciele, najwięcej czasu poświęcając oczywiście krągłemu tyłeczkowi, wyglądającemu nader powabnie w obcisłych, skórzanych spodniach. – Gdzie ci rycerze mają oczy? Już dawno ktoś powinien ci włożyć na palec obrączkę! Tyle dobra się marnuje – oblizał się bezwiednie.
- A czyja to wina, że jestem starym kawalerem?! – fuknął na niego Wacław, czerwieniejąc pod jego spojrzeniem jeszcze bardziej. Pomasował ukradkiem pośladki i usiadł naprzeciwko smoka przy ognisku.
- A podoba ci się któryś z nich? Mam się dać jakiemuś pobić? – zapytał z wahaniem mężczyzna, ukłuty zimnym sztyletem zazdrości. Czyżby mały już sobie kogoś upatrzył? Będzie musiał to sprawdzić i zapuszkować gościa na amen. Zrobi z rywala dobrze zapakowaną konserwę. Zraz… zaraz… Jakiego rywala?! A właściwie dlaczego nie?!
- To same chamy i półgłówki, większość z nich nawet czytać się nie nauczyła – wydął z pogardą różowe usta Wacław. – Nie ma z nimi o czy rozmawiać, rozumieją chyba tylko język migowy, a i to nie do końca – westchnął ciężko.
- Jak to migowy? – kompletnie stracił wątek Wyrwek, zapatrzony w wydatne wargi chłopaka.
- No wiesz – zmieszał się książę - ,,Ty Zocha dać dupy ja Zbycho brać”- tu klepnął się wymownie w tyłek. W tym momencie smok padł na piasek i zaczął chichotać jak szalony. Wyobraził sobie rycerzy robiących takie gesty do każdej napotkanej dziewczyny i dostających po mordzie od co drugiej, krewkiej Słowianki. Miejscowe panny wcale nie były takie łatwe, jak się to wydawało tym wbitym w blachy kretynom.
   Mężczyźni spędzili ze sobą prawie cały dzień, racząc się co zabawniejszymi historyjkami wziętymi wprost z życia. Wspaniale czuli się w swoim towarzystwie. Wyrwek odwdzięczył się chłopakowi opowieściami o napalonych smoczycach, zastawiających pułapki na atrakcyjnego kawalera. Rozstali się dopiero późnym wieczorem, a smok odprowadził Wacława prawie pod samą bramę.
***
   Król Grzmisław miał straszny kłopot. Właśnie przyjechali znamienici goście z zagranicy, a jego niepoprawny syn znowu gdzieś zniknął. Ostatnio nabrał paskudnego nawyku przepadania bez wieści i nie było szans, aby go odnaleźć, jeśli tego nie chciał. Władca martwił się, że jego jedynak nadal tkwi w wolnym stanie i miał z tego powodu wyrzuty sumienia, bo przecież to on, sprowadził tutaj przeklętego smoka. Postanowił na własną rękę pozbyć się upartej poczwary. Wpadł na pewien pomysł, ale ponieważ sam był związany przysięgą, musiał poprosić kogoś innego, o jego realizację. Wypytał służbę kto według nich jest najodważniejszą osobą w miasteczku. Okazało się, że jest nią szewc Dratewka, który oprócz tego, że dorabiał sobie szyciem eleganckich trzewików, był znamienitym myśliwym. Wezwał go więc niezwłocznie do siebie i zaprosił do komnaty, nie chcąc by ktoś ciekawski podsłuchał ich rozmowę.
Borys Dratewka był wysokim, szczupłym mężczyzną, dorównującym wzrostem królowi. Miał przystojną, ogorzałą od słońca twarz i płomienne, rude włosy. Jego szare oczy patrzyły śmiało na władcę i oceniały go bez zbytniego skrępowania. Grzmisława postrzegał jako dość młodego i atrakcyjnego mężczyznę, który ubierał się co prawda staromodnie, ale obcisłe, długie szaty świetnie podkreślały jego smukłą talię i szerokie, proste ramiona.
- Wasza miłość – ukłonił się elegancko.
- Mam do ciebie prośbę, trzeba pozbyć się raz na zawsze smoka. Straszy mi potencjalnych zięciów, nie mówiąc już o tym, że jego wyżywienie kosztuje majątek – jęknął Grzmisław i wskazał mu miejsce na ławie.
- To będzie trudne, Wyrwiząb to nie jakaś durna poczwara – zamyślił się mężczyzna – nagroda musi więc dorównywać ryzyku, jakie podejmę – zerknął spod długich rzęs na władcę i położył mu poufale rękę na udzie.
- Ee…- króla nieco zapowietrzyło na taką bezczelność, ale nie chciał zrażać do siebie jedynej osoby, która mogła mu pomóc w tarapatach. Odsunął się gwałtownie z ciemnymi rumieńcami na policzkach. – Jakoś się dogadamy, ale wiesz, ja gustuję w białogłowach, żeby nie było niedomówień.
- Spokojnie Wasza Miłość, ja się zastanowię i potem wybiorę sobie odpowiednią zapłatę. Może tak być?- zapytał z cwanym uśmieszkiem.
- Oczywiście – machnął ręką, niezupełnie już kontaktujący Grzmisław, bo właśnie obmyślał, czym nafaszerują baranka, którego potem podrzucą smokowi. Trochę ziółek i grzybków powinno raz na zawsze rozwiązać jego problemy. – Och…- kwiknął, bo poczuł rękę Dratewki zbyt blisko swojego tyłka. – Co robisz chamie?! – obrzucił natręta wyniosłym, królewskim spojrzeniem. Niestety na Borysie nie zrobiło to odpowiedniego wrażenia.
- Chciałem cię tylko Wasza Miłość uchronić od upadku – odpowiedział spokojnie Dratewka z podejrzanym błyskiem w oku.
- Akurat – warknął Grzmisław, zadzierając do góry nos.
- Skoro nie potrzebujesz mojej pomocy... – mężczyzna wstał i ława się niespodziewanie przechyliła. Król fiknął na posadzkę, a długa szata, pod którą starym zwyczajem nic nie miał, podwinęła mu się do pasa. Zaprezentował wszystkie swoje rodzinne skarby zaśmiewającemu się szewczykowi.

Śnieżek IV

Każdego ranka dziewczęta wychodziły do pracy i ostrzegały Śnieżka, aby nikogo obcego nie wpuszczał do domu. Magdalena daleko, ale licho nie śpi. Często trafiali tutaj podejrzani osobnicy, myślący naiwnie, że taki domek pośrodku lasu, to wyjątkowo łatwy łup. Miejscowe pogotowie było wzywane za każdym razem po takiej wizycie, a ortopeda z pobliskiego miasteczka mógł dwa razy do roku jechać na ekskluzywne wczasy. Siostry dostarczały mu sporo pacjentów za co był im niezmiernie wdzięczny.
- Pamiętaj zamknij się i nie otwieraj nikomu – przykazywała Gburka.
- Sprawdź zasuwy w oknach i włącz alarm – dodała Kujonka.
- Spoko, nie jestem dzieckiem – machnął na nie zniecierpliwiony Fabian, myślami będący przy klęczącym przed nim Jerzym i robiącym mu dobrze w brzuch, jak to obrazowo ujęła Nieśmiałka. Zresztą od kilku dni, a tym bardziej nocy nie myślał o niczym innym. Nie mógł się doczekać ponownego spotkania.
Siostry uspokojone jego zapewnieniami udały się do pracy.  Tartak był trzy kilometry dalej i gdyby się coś stało, nie usłyszałyby wołania o pomoc, z tego powodu niedawno zamontowały czujniki. Ich śliczny gospoś wart był każdej złotówki, którą na niego wydały. Ogromnie polubiły tego delikatnego chłopaka i traktowały jak młodszego braciszka.
***
      
   Minęło kilka godzin i na zewnątrz zaczęło szybko robić się ciemno, ponieważ była już późna jesień. Magdalena w połatanej spódnicy i starej pelerynie przedzierała się przez las. Samochód schowała w pobliskich krzakach, tak, by mogła do niego szybko dotrzeć w razie jakiś niespodziewanych problemów. Niosła ze sobą w koszyku kilka, spreparowanych w swojej alchemicznej pracowni,  jabłek, a po drodze dla lepszego kamuflażu uzbierała trochę grzybów. Nikt by w tej pogarbione, siwej staruszce w połatanej chustce nie rozpoznał znanej w okolicy królowej piękności. Wkrótce stanęła przed chatką siedmiu sióstr i zawahała się. Miała wiele na sumieniu, ale nigdy nikogo nie zabiła. Przez okno zobaczyła pasierba gnącego się w skocznym tańcu i piekącego kruche ciasteczka. Był naprawdę piękny i doskonale wiedziała, że nigdy mu nie dorówna.  W dodatku wszyscy go lubili i szanowali. Zazdrość zalała jej czarne serce i zaczęła dławić w gardle. Podniosła stanowczo rękę i zapukała. Fabian wyjrzał przez wziernik, ale na widok pokurczonej starowinki machnął ręką na wszystkie przestrogi siedmiu sióstr. Otworzył i uśmiechnął się serdecznie.
- Czy dałbyś mi szklaneczkę wody? – odezwała się drżącym głosem babina i usiadła na ławie pod drzewem.
- Proszę chwilę zaczekać – chłopakowi zrobiło się żal kobiety. Wyglądała na zmęczoną i słabą. Nie przyszło mu do głowy, że może stanowić dla niego jakieś zagrożenie. Wrócił po chwili z owocową herbatką i ciastkami, które przed chwilą upiekł.
- Niech się pani poczęstuję, są jeszcze cieplutkie – odezwał się uprzejmie. Czułe serduszko Śnieżka ścisnęło się na widok nędznych łachman, słabo chroniących przed jesiennym chłodem. Pewnie biedaczka jak większość emerytów dorabiała gdzie mogła.
- Dziękuję, pozwól, że w zamian czymś cię poczęstuję – Staruszka wyciągnęła z koszyka piękne czerwone jabłuszko. – To za twoją dobroć, bierz – pochyliła głowę by nie widział jej tryumfalnej miny. Zwycięstwo było tuż tuż, a dzieciak naiwny jak rzadko. Chłopak z lekkim wahaniem wziął od niej owoc. Wyglądał bardzo apetycznie i wydzielał niezwykły zapach migdałów. Wbił w niego ząbki i po kilku sekundach poczuł zawroty głowy. Spojrzał na babcię, która już nie wyglądała tak miło. W jej oczach zobaczył błysk okrucieństwa.
- Dziwnie się czuję – osunął się na ziemię i zaczęły nim miotać drgawki. –Pomocy – wyszeptał. Oddychał ciężko, łapał się źdźbeł trawy, usiłując się podnieść i walcząc o każdy chaust powietrza. Starucha pochyliła się nad nim i sprawdziła puls.
- Teraz ja będę najpiękniejsza – zachichotała wrednie, widząc jak chłopak traci przytomność. Nie zauważyła, że Fabian w ostatnim przebłysku świadomości rozpoznał ją. Te idiotyczne słowa, które tyle razy słyszał z ust Magdaleny i dumny, zimny głos, zdradziły z kim miał do czynienia. Wiedział, że to już koniec. Dusił się, a straszny ból zaczął palić jego wnętrzności. Popiskiwał żałośnie jak śmiertelnie ranne zwierzątko. Kończyny zaczęły mu drętwieć, a serce biło coraz wolniej. Powoli osuwał się w miękkie objęcia ciemności.
   Magdalena, widząc że to już koniec pomknęła w las. Na ramionach usiadł jej strach i spowodował, że faktycznie przygięła się do ziemi. Z jednej strony była zadowolona z tego co zrobiła, bo teraz już nikt nie zaszkodzi jej pozycji królowej piękności. Z drugiej, wyrzuty sumienia chwyciły ją za gardło. Ten chłopak, mimo że była dla niego naprawdę paskudna, zawsze był wobec niej grzeczny. Nigdy niczym jej nie ubliżył. Wsiadając do samochodu, doszła do wniosku, że czas się stąd ewakuować. Prędzej czy później dojdą prawdy, a wtedy czekałoby ją wieloletnie więzienie.
***

   Tymczasem w pałacu Nastusia nie mogła sobie znaleźć miejsca. Czuła każdą komórką swojego bujnego ciała, ze dzieje się cos złego. Magdalena przez kilka dni przesiadywała w swojej czarnoksięskiej pracowni. Sprytna gospodyni już dawno skojarzyła fakty. Robiła tak tylko wtedy, gdy ktoś jej podpadł i chciała się go pozbyć. Lądował potem biedaczek na długi czas w szpitalu, gdzie tylko rozkładali ręce, nie mając pojęcia co mu dolega. Przeważnie potem wycofywał się ze wszelkich interesów z jej panią i wyprowadzał jak najdalej stąd. 
Dzisiaj jednak kobieta nie mogła znaleźć sobie miejsca. Bała się, że Magdalena odnalazła Śnieżka i planuje jakąś nową zbrodnię. Wyszła gdzieś wczesnym rankiem i jeszcze nie wróciła. Złapała w końcu za komórkę i zadzwoniła to tego podejrzanego bandyty Gruchy.
- Musimy porozmawiać, dzieje się coś podejrzanego. Spotkajmy się tam gdzie poprzednio – wyrzuciła z siebie jednym tchem.
- Spokojnie piękna pani – Antoni jak tylko usłyszał jej głos natychmiast się rozmarzył. Siebie widział jako błędnego rycerza, zakutego w złotą zbroję, a Nastusia niczym dama jego serca powiewała by mu z balkonu koronkową chusteczką. Mieszkała w pałacu więc jakoś tak mu się skojarzyło. Gdyby się wtedy nachyliła, zobaczyłby wtedy jej powabne piersi, wychylające się z gorsetu dla nich gotowy był jechać na każdą wyprawę, choćby na koniec świata. Hmn… Odegnał od siebie ręką nieprzyzwoite obrazki.– Jestem na twoje rozkazy.
- Ruszaj się obwiesiu, chcę cię tu widzieć za godzinę! – gospodyni szybko schowała do kieszeni telefon. Mimo że była rozsądną kobietą Antoni też zrobił na niej spore wrażenie. Chociaż wiedziała, że pochodził z marginesu wyglądał na prawdziwego faceta, nie jakąś ciemięgę. Widać było, że wiele w życiu przeszedł. Na przystojnej twarzy miał kila blizn, brązowe oczy patrzyły mądrze i ze sporą dozą dystansu. A na wspomnienie tych szerokich ramion całych w tatuażach kobiecie natychmiast zrobiło się gorąco.

   Spotkali się na umówionym miejscu i od razu doszli do wniosku, że należy odwiedzić Fabiana. Antoni wiedział, gdzie dokładnie przebywa i kazał go mieć na oku jednemu ze swoich ludzi. Wsiedli wiec na motor i pojechali do domku siedmiu sióstr. Kiedy tylko się zatrzymali, ku swojemu przerażeniu zobaczyli leżącego w trawie, bladego jak trup Fabiana, u jego boku warował ogromny pies. Kiedy podeszli bliżej obwąchał ich, szczeknął i pognał w las. W swoim małym rozumku doszedł do wniosku, że ci dwoje dobrze pachną, wiec zaopiekują się chłopcem, a on tymczasem zawiadomi swoje pańcie, że w domu stało się coś złego.
Antoni pierwszy nachylił się nad Fabianem. Wciągnął powietrze i pokiwał ze smutkiem głową.
- Dzwoń po pogotowie, ktoś podał mu cjanek, ma specyficzny zapach gorzkich migdałów – rzucił do trzęsącej się, zapłakanej  Nastusi. Zaczął szukać tętna, ale go nie znalazł. Śliczny Śnieżek wyglądał jakby spał, niestety jego serce nie biło nie widać też było, żeby oddychał. Uklęknął obok zrozpaczonej kobiety, która właśnie tłumaczyła lekarzowi jak tu dojechać. Przytulił ją, a w jego oczach też pojawiły się łzy. – On chyba nie żyje – wyszeptał jej do ucha łagodnie.
- Komu wadziła taka słodka kruszyna? – zawodziła kobieta. – Był taki dobry, zawsze troszczył się o wszystkich.
   Pogotowie dotarło dopiero po godzinie, prawie jednocześnie przybiegły też siostry. Po całym lesie rozlegał się lament płaczących kobiet. Lekarz, mocno na kacu po wczorajszych chrzcinach syna, przyłożył tylko słuchawkę do piersi Fabiana, lusterko do jego ust i stwierdził zgon. Powinien wziąć dzieciaka na sekcję, ale w głowie mu łupało i w oczach się ćmiło. Marzył tylko o swoim cichym gabinecie i przespaniu kilku godzin w świętym spokoju. Machnął więc ręką na formalności i odjechał złożywszy kondolencje rodzinie.
   Dziewczęta, lejąc obficie łzy zaniosły Śnieżka do domu. Zostawiły przy nim Nastusię z Gruchą, a same ruszyły do warsztatu wykonać trumnę. To miał być ostatni prezent dla ukochanego braciszka. Włożyły w pracę całą swoją wdzięczność i miłość do malca. Pracowały cała noc, nad dziełem swojego życia. Z drzewa cennego jak złoto czarnego dębu powstała pięknie rzeźbiona w roślinne motywy trumna, ze szklanym wiekiem. Wyłożyły ją białym aksamitem i gotową zaniosły do domu. Ułożyły w niej ciało Śnieżka tak delikatnie i z taką czułością, jakby to był dla niech najcenniejszy skarb. Cała procesja ruszyła do pobliskiej jaskini, tam na kamiennym postumencie złożyły do wiecznego odpoczynku swojego ukochanego braciszka. Na ścianach paliły się łuczywa, zwisające z sufitu stalaktyty lśniły w ich blasku. To był naprawdę królewski grobowiec stworzony przez hojną naturę. Wszyscy uklękli i pomodlili się za tą czystą jak śnieg duszę, którą anioły na pewno porwały prosto do nieba.
Właśnie mieli wychodzić, gdy do groty wpadł z rozwianym włosem Jerzy, prowadzony przez psa.
- Gdzie on jest? Co się stało?! – nikt jednak nie odważył się odezwać. Nieśmiałka tylko podniosła rękę i wskazała na trumnę, po czym ukryła twarz na piersi Kujonki. – To niemożliwe! – krzyknął zrozpaczony mężczyzna i opadł obok postumentu na kolana. – Przecież on był taki młody, nie mógł umrzeć od tak! – trząsł się na całym ciele. Trzy dni temu trzymał tego słodkiego chłopaka w ramionach i był taki szczęśliwy jak nigdy przedtem. Po powrocie do domu planował wspólne życie, zrobił odpisy notarialne swoich dóbr, kupił piękne obrączki i pierścionek godny jego małego księcia. Chciał, by miał wszystko co najlepsze, a teraz leży tu zimny i martwy. – Nieeee …! – potworny krzyk, pełen niezmierznego bólu i bezgranicznej rozpaczy rozdarł powietrze. – Musisz do mnie wrócić, nie możesz mnie zostawić! Umrę bez ciebie! – zanim ktoś zdążył zareagować, Jerzy skoczył do trumny, otwarł ją i gwałtownie przytulił do piersi piękne ciało narzeczonego. Po chwili, mimo zamętu jaki miał w głowie, dotarło do niego, że chłopiec nie jest sztywny jak każdy nieboszczyk, a na jego buzi widać delikatne rumieńce. Zaczął przyglądać mu się uważniej, czule musnął jego wargi swoimi i zauważył, że w ustach ukochanego coś tkwi. – Pomóżcie mi to wyciągnąć! – rzucił w stroną dziewcząt. Po kilku minutach udało im się wyciągnąć z mocno zaciśniętych szczęk Śnieżka kawałek jabłka. Wydawało im się, ze drgnął, więc mimo protestów Nastusi, że profanują ciało, zanieśli go z powrotem do chatki. Ułożyli w najlepszej sypialni i obsiedli kołem łóżko. Po jakiejś godzinie Fabian poruszył się, nabrał głęboko powietrza i otworzył oczy.
- Jerzy? – wyszeptał drżącym głosikiem, a na jego bladej twarzy wykwitł śliczny uśmiech.
- Mój kochany, najsłodszy – mężczyzna natychmiast usiadł obok niego i ucałował drobne dłonie. Po jego gładko wygolonych policzkach popłynęły łzy ulgi.
- Co się stało? Była tu Magdalena… jadłem jabłko… więcej nie pamiętam – próbował usiąść, ale natychmiast opadł na poduszki. – Dlaczego jestem taki słaby?
- Zaraz coś na to poradzimy dziecino – Nastusię tak jak pozostałych rozpierała radość. Miała ochotę tańczyć i śpiewać. Pogładziła go po policzki i zakasała rękawy. – Co się gapicie? – warknęła na pozostałych. - Koniec przedstawienia do roboty. Moja kruszyna potrzebuje porządnego obiadu! Rozpalić pod piecem, gdzie macie zapasy? – pokrzykiwała wesoło na siostry. – Grucha nie stój jak cielę, po ziemniaki do piwnicy! – wypchnęła Antoniego z pokoju.
- A dlaczego on może zostać? –wtrąciła się Nieśmiałka, wskazując na Jerzego. – Znowu będą robić coś dziwnego? Ja chcę zobaczyć!
-  Ty jesteś za młoda na takie rzeczy, więc spieprzaj do sklepu po kurczaki i kiełbasę! – Gburka wyrzuciła ja siła z sypialni, bo smarkula zapierała się w drzwiach.
***
    Narzeczeni przytuleni do siebie w końcu zostali sami. Patrzyli sobie serdecznie w oczy i szeptali do uszu słodkie głupstwa jak to robią wszyscy zakochani. Po chwili jednak Fabian zaczął się odsuwać pociągając noskiem.
- Co się stało kwiatuszku? – zapytał zaniepokojony Jerzy.
- Chciałbym się umyć, jak róża to ja nie pachnę – odezwał się nieśmiało chłopak. Usiadł powoli, ale kiedy chciał wstać zakręciło mu się mocno w głowie. – Chyba nie dam rady – odparł ze smutkiem.
- Zaczekaj, przygotuję ci kąpiel – mężczyzna udał się do łazienki, napuścił wody do wanny, nalał konwaliowego żelu i pojawiła się gęsta, gruba na kilkanaście centymetrów piana. – Gotowe kochanie – wziął chłopaka na ręce i zaniósł do łazienki. Posadził na pralce i patrzył jak niemrawo gmera przy guzikach. Udało mu się ściągnąć koszulkę, ale już zamek od spodni okazał się ponad jego siły.
- Jestem do niczego – wydął różowe usta Śnieżek zirytowany swoją nieudolnością.
- Pozwól sobie pomóc – Jerzy sięgnął do jego rozporka, ale  Fabian wstydliwie złapał go za ręce.
- Ale… ee… - zmieszany spuścił oczy.
- To tylko ja najdroższy – uśmiechnął się do niego uspokajająco czart – jednym ruchem ściągnął z niego bieliznę i spodnie. – Jesteś taki śliczny – objął go zachwyconym spojrzeniem, od którego Śnieżek zrobił się cały czerwony.
- Przestań tam zerkać! – burknął do niego.
- Tam? – mężczyzna rozbawiony udał, że nie ma pojęcia o co mu chodzi.
- Dobrze wiesz gdzie, draniu. – Jerzy podniósł go i włożył ostrożnie do wanny. Wziął do ręki miękką gąbkę i zaczął myć piękne ciało, które od kiedy poznał chłopaka, śniło mu się każdej nocy. Fabian zanurzył się po szyję i bez dalszych narzekań pozwalał mu się dotykać. Ulegle rozsunął nawet uda, aby narzeczony mógł dosięgnąć także i tam.
- Nie kuś cukiereczku – Uśmiechnął się do niego Rokita, którego oddech nieco przyśpieszył. Widok zaróżowionego od ciepła, ponętnego ciała zaczął odbierać mu rozsądek. – Jak wyzdrowiejesz, wykąpiemy się razem w jeziorze – pocałował rozchylone usta. – Muszę ci jednak coś wyznać – zaczął z wahaniem. – Nie jestem człowiekiem tylko czartem. Bałem się powiedzieć ci o tym wcześniej, niektórzy ludzie reagują na tą wiadomość dość nerwowo – spojrzał niespokojnie na Śnieżka, bojąc się jak przyjmie tą niespodziewaną nowinę.
- I sprowadzasz na złą drogę niewinne duszyczki? – zapytał Fabian i z psotną minką przekręcił się tak, że przed nosem Jerzego mignął okrągły tyłeczek.
- Jesteś w tym o wiele lepszy ode mnie – jęknął mężczyzna z ogłupiałą miną wpatrując się w to cudowne zjawisko.
***
 Magdalena po powrocie do pałacu zaczęła się po kryjomu pakować. Zabrała głównie wszystkie swoje najlepsze ubrania, z którymi nie potrafiła się rozstać, kosmetyki i biżuterię. Po czy siadła przy komputerze i zaczęła przelewać na swoje potajemne konto wszystkie firmowe pieniądze. Rano była już gotowa, bagaże leżały w samochodzie. Fabian nie żył i już nic jej tu nie trzymało. Pragnęła błyszczeć na salonach stolic świata i postanowiła znaleźć tym razem jakiegoś sławnego męża. Wróciła jeszcze do domu po czarodziejskie zwierciadło. Nie mogła się powstrzymać i dla pewności zapytała:
- Lustereczko, lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w powiecie? – niecierpliwie czekała na odpowiedź.
- Odczep się niedorobiona trucicielko – burknęło niegrzecznie zwierciadło – ponieważ podniosłaś rękę na swojego pasierba z zamiarem zabójstwa, nasz kontrakt został automatycznie rozwiązany.
- Chwila, jakim zamiarem? To ten bachor żyje?! – krzyknęła wściekle, choć prawdę mówiąc, gdzieś w głębi czarnej duszy poczuła ulgę.
- A pewnie, że żyje – wykrzywiło się złośliwie - a jak byś była ciekawa, to on teraz jest najpiękniejszy i rozszerzyłbym to z powiatu na Europę, bo taki mam zasięg – zafalowało radośnie.
- Ty wredne coś! – wrzasnęła i walnęła w szklaną taflę metalowym świecznikiem. – Giń cudaku! – Niestety przeliczyła się, zwierciadło nie tylko nie rozprysło się na kawałki , ale w dodatku poraziło ją mocno prądem, tak że upadła do tyłu, prezentując czerwone stringi i przebierając nogami jak dziwaczny żuk.
- Dupa ci urosła głupia wiedźmo – zachichotało zwierciadło. –Żresz za dużo czekolady! I nie waż się podnieść więcej na mnie tych wymalowanych szponów, bo pożałujesz – prychnęło pogardliwie.
- A ja cię codziennie polerowałam – miauknęła z wyrzutem kobieta.
- Jasne ty skąpa wywłoko, płynem za złoty dziewięćdziesiąt i to kupionym w promocji – pokazało jej język i zgasło.
***
   Magdalena, naprawdę w paskudnym humorze, udała się do garażu. Pocieszała się, że jeszcze im wszystkim pokaże. Pojedzie do znanego wszystkim pana F, zapłaci ile trzeba i już on jakoś wkręci ją w doborowe towarzystwo. Nie zdążyła jednak wsiąść do samochodu, bo spotkała ją przykra niespodzianka. Nagle jak spod ziemi wyrosło wokół niej siedem wielkich, jasnowłosych dziewuch, umięśnionych niczym starożytne gladiatorki.
- O co chodzi? Czy to jakiś napad? – zapytała przerażona i jednocześnie zafascynowana ich potężnymi sylwetkami.
- To ta cała Maga czy jak jej tam? – zapytała Gburka potrząsając kijem, grubym jak pień drzewa.
- Chyba tak, wystrojona jak manekin i śmierdzi jak te cudaczne perfumy co je ostatnio w telewizji reklamują – odezwała się Śpioszka, ziewając jak wieloryb.
- Przerabiamy na karmę dla psa czy od razu do piachu? – zapytała uprzejmie Nieśmiałka. Na te słowa pod Magdaleną ugięły się nogi. Czyżby Śnieżek wynajął jakieś płatne zabójczynie?
- No co ty, chcesz zaszkodzić zwierzaczkowi – postukała ją po głowie Gapa. – Nie wiadomo co ma w środku, teraz modne te silikony i inne paskudztwa. Psina by jeszcze się pochorowała.
- Wiecie, taka szybka śmierć to żadna kara – odezwała się Kujonka wpatrując się chłodno w trzęsącą się kobietę. – Skoro Śnieżek za parę dni odejdzie ze swoim narzeczonym, znowu zostaniemy bez gosposi. Założy się jej na nogę alarm i niech się bierze do roboty.
- Masz rację – ze złośliwym błyskiem w oku potaknęła Gburka. Wzięły więc słaniającą się Magdalenę pod ramiona, związały i wrzuciły jak worek kartofli na przyczepę dostawczaka.
    Minęły dwa tygodnie i kobieta doszła do wniosku, że trafiła do piekła. Na początku myślała, że zdoła zbiec, ale dziewczęta szybko wybiły jej to z głowy. Jak wcześniej obiecały założyły jej na kostkę elektronicznego strażnika jak to nazwały. Nie mogła odejść dalej niż na sto metrów od domu. Zwaliły na jej głowę wszystkie prace domowe i bynajmniej nie ułatwiały jej życia, grymasząc jak księżniczki i bałaganiąc jak stado dzikich małp. Harowała od rana do wieczora urabiając dłonie po łokcie. Miała swój maleńki pokoik na poddaszu i po zmroku padała na wąskie łóżko jak nieżywa. Trzeba jej przyznać, ze nie narzekała i nie jojczała. Wypełniała swoje obowiązki bez słowa z zaciętą miną. Miała jeden wolny dzień w tygodniu i poświęcała go na zabiegi upiększające , z których potem przez resztę tygodnia nabijały się te barbarzyńskie dziewuchy.
   Któregoś dnia, myła właśnie podłogę na czworakach, ubrana w obcisłe jeansy i wydekoltowany podkoszulek. Dwie dziewczyny stanęły pod ścianą i nie spuszczały jej z oka, szepcząc coś między sobą.
- Właściwie to ona trochę się marnuje – odezwała się wyższa, wskazując wymownie na wypięty tyłek Magdaleny.
- Chyba tak – przytaknęła jej siostra, patrząc w dekolt gosposi i oblizując usta.
- Ej ty, Maga, chcesz zarobić na kosmetyki? – zaproponowała z uśmieszkiem Kujonka.
- A skąd ja je wezmę na tym odludziu? – zapytała ostrożnie Magdalena.
- Kupimy ci, ale nie za darmo – klepnęła ją w pośladek Gburka.
   Od tej pory kobieta pracowała na dwie zmiany – w dzień jako gosposia, a w nocy jako zabawka w rękach siedmiu niewyżytych dziewuch. I wierzcie albo nie, ale podziałało to na nią jak kuracja w najlepszym salonie piękności. Schudła i zmężniała, włosy jej zgęstniały, a cera się wygładziła od zdrowego jedzenia, świeżego powietrza i dużej ilości ćwiczeń z Kamasutrą w ręku. Nawet charakter dziwnie jej złagodniał, bo na co zdałby się jej upór wobec takiej przewagi wroga?
***
   Po kilku miesiącach odbyły się dwa wesela – Śnieżka z Jerzym i Nastusi z Antonim. Oczywiście siedem sióstr było na nich honorowymi gośćmi. Wszyscy doskonale się na nich bawili, a młode pary promieniały szczęściem. I żyli długo i było im zielono…

KONIEC