środa, 1 stycznia 2014

Poduszka I

   Cóż mogę powiedzieć, macie przed sobą moje pierwsze Snarry. Wynik nocy sylwestrowej z wódeczką i Mikim, który często służy mi za wena. Ci którzy czekają na rozdziały innych opek powinny mieć pretensje właśnie do niego.
Mistrz eliksirów ma pewne problemy z krnąbrną służbą, postanawia im zaradzić przy pomocy magii, a ponieważ jego myśli uparcie wracają do Pottera, efekt jest nieco inny od zamierzonego.
Ostrzeżenie! Świat przedstawiony w tym opowiadaniu odbiega daleko od kanonu, więc czytacie na własną odpowiedzialność!

   Sverus Snape od rana chodził poirytowany po swoim gabinecie, a szkolna szata powiewała za nim niczym sztandar. Nos profesora wydawał się jeszcze bardziej drapieżny niż zwykle, a blade usta zaciśnięte miał w wąską kreseczkę. Na widok takiej miny jego uczniowie zazwyczaj kulili się w sobie, starając się pozostać niewidzialni dla czarnych, gorejących niczym rozżarzone węgle oczu, a ich wątłe duszyczki wędrowały trwożliwie w okolice pięt.
   Właśnie był Nowy Rok, wieczorem mieli się zjawić goście, a mieszkanie profesora w Hogwarcie przypominało skrzyżowanie antykwariatu z pracownią szalonego chemika, po którym przeszło tsunami i to co najmniej dwa razy. Przeklinał w duchu na swoją głupotę. Przed świętami jego domowy skrzat Pyłek poprosił o możliwość odwiedzenia rodziny na jeden dzień, od tego czasu wszelki słuch po nim zaginął. Po żmudnych poszukiwaniach mężczyźnie udało się odnaleźć marnotrawnego sługę. Z zielonych płomieni kominka wyłoniła się mocno pokiereszowana twarz stworzenia, jeśli dziwny kartofel pokryty szeregiem sinych bulw z ceglastymi rumieńcami na policzkach, można nazwać twarzą. Oczka skrzata wydawały się jeszcze mniejsze niż zazwyczaj i jakby wodniste. Profesor mimo, że bardzo się starał, nie mógł się doszukać w nich najmniejszego błysku inteligencji.
- Ee…? – Wymamrotało stworzenie nastawiając szpiczaste uszy. Właśnie wypił z kuzynem kolejną porcję mocno doprawionego kompociku z dalekiego kraju, który chyba nazywano bimbrem i czuł się jak w niebie. Oczy jego pana, które zazwyczaj napełniały go strachem i nabożnym szacunkiem, wydały mu się w tej chwili niezwykle ciepłe i pełne czułości. – Kocham p.. pana.. – wyjąkał z głębi serca, pompującego radośnie wysokoprocentową ciecz do jego otumanionego mózgu.
- Ty mały, zapijaczony idioto! Masz natychmiast wytrzeźwieć i wracać! – wywarczał wściekły Snape, którego ciśnienie jeszcze bardziej się podniosło. W głowie mu się nie mieściło, że ten pokurcz śmiał urządzić sobie świąteczną imprezę bez jego zgody. To wszystko dlatego, że był zbyt dobry i zlitował się nad biednym skrzatem, którego nikt nie chciał z powodu jego głupoty oraz skłonności do wypadków. Mężczyzna lubił niekiedy o sobie myśleć jako o dobroczyńcy. Prawda jednak przedstawiała się nieco inaczej. Profesor był bardzo zajętym człowiekiem, a że pochodził z bogatego, arystokratycznego rodu o pracach domowych nie miał zielonego pojęcia. Niestety żaden przysłany przez agencję sługa nie wytrzymał z nim zbyt długo z powodu jego słynnego, Snapowskiego charakteru. Jedynie Pyłek, okazał się lojalny i chętny do pozostania w hogwardzkim mieszkaniu. Po jakimś czasie wypracowali kompromis i jakoś się dogadywali, a Severus, choć przyszło mu to z wielkim trudem, przyzwyczaił się do mankamentów skrzata. Wiedli razem w miarę spokojny żywot aż do dzisiaj.
- Jeszcze p… po maluszku – Skrzat uniósł trzymany w rękach pucharek wielkości jego tułowia. – Po… powinien p… pan sss… spróbować, jak pan się pozbędzie tej skwaszonej miny, to może w końcu znajdzie sobie żonę. Hic… hic… - rozległo się paskudne czknięcie. – Albo męża… - Pyłkowi przypomniało się jak ostatnio zastał swojego szefa przyciskającego do ściany Lucjusza Mafloya. – Odradzam ulizanego blondyna… n… nie nadaje się…- wybełkotał z trudem, po czym zniknął zanim Snape zdążył wtrącić choćby słówko.
   Profesor, choć naprawdę wściekły, musiał pogodzić się z faktami. Skrzat chlał gdzieś alkohol niewiadomego składu oraz pochodzenia i nie miał najmniejszego zamiaru w najbliższym czasie wrócić. Mógłby go zmusić, ale dobrze wiedział jak złośliwe potrafią być te niewielkie stworzenia, robienie sobie wroga z jedynego sługi nie miało sensu. Musiał wymyślić coś innego, w końcu był mistrzem eliksirów i  posiadaczem orderu Merlina za zasługi dla nauki. Usiadł przed płonącym kominkiem z kieliszkiem wina w dłoni i głęboko się zamyślił. Po chwili podniósł głowę i jego spojrzenie padło na leżącą na sofie włochatą, czarną poduszkę z jadowicie zielonymi frędzlami. Na przedzie miała wyhaftowane srebrnymi niciami – własność Severusa Snapa. Dostał ją kilka lat temu od ciotki Wiktorii i nie ośmielił się wyrzucić, poza tym w jakiś dziwny sposób zawsze przywodziła mu na myśl Pottera. Prawdopodobnie chodziło tu o zestawienie kolorów i splątane, stojące na wszystkie strony kudły. Niejednokrotnie wyżywał się na niej, kiedy chuderlawy potomek Jamesa zalazł mu za skórę. Chociaż musiał przyznać, że ostatnio nabrał nieco kształtów. W zeszły miesiącu obserwował go w czasie treningu i z zaskoczeniem stwierdził, że nie może oderwać oczu od jego kształtnego tyłka doskonale widocznego podczas latania na miotle. Z niepozornego dziecka powoli, zamieniał się przystojnego, młodego mężczyznę. Mistrz eliksirów nie znosił wybrańca, który zazwyczaj samym podobieństwem do Jamesa potrafił doprowadzić go do furii, ale jako wielbiciel męskiej urody musiał przyznać, że robi się coraz bardziej interesujący, co niestety zauważył nie tylko on, ale co najmniej połowa Hogwartu. Na szczęście Potter był zbyt niewinny i naiwny, by to dostrzec.
- Chyba opiłem się oparami z paszczy tego skrzata! - Zirytowany tokiem swoich myśli machnął ręką. Przypomniało mu się, że ma gdzieś eliksir, zamieniający dowolną rzecz lub stworzenie w idealnego, domowego robota takiego, o jakich czytał w mugolskich książkach. Zastąpiłby chociaż na jakiś czas, tego niewdzięcznego skrzata. Poszedł do pracowni i wrócił z niewielką buteleczką. Ze złośliwym uśmieszkiem wylał jej zawartość na poduszkę, która wydała mu się w tym momencie idealnym obiektem do eksperymentu. Wypowiedział zaklęcie, machnął różdżką i…
- Na Merlina…! - udało mu się wydusić na widok swojego dzieła. Przed nim, z gęstego dymu wyłoniła się kanapa, a na niej zamiast poduszki leżał nagusieńki, zgrabny chłopak, dziwnie przypominający Pottera. Najwyraźniej spał nieświadomy, co się wokół niego dzieje. Od Wybrańca różnił się nieco kilkoma szczegółami. Czarne włosy miał długie do pasa i splątane w niemożliwy gąszcz, na czole nie było słynnej blizny, za to na piersi srebrnymi literami wytatuowany miał napis – własność Severusa Snape. Zniknęły też nieodłączne okulary, a wędrując bezkarnie wzrokiem wzdłuż szczupłego ciała profesor natrafił na bardzo interesującą hm… część. Zrobiło mu się nieco gorąco, rozpiął pod szyją szatę i nerwowym ruchem narzucił na chłopaka obrus w choinki ściągnięty w pośpiechu ze stołu.
- Aaa…! – wrzasnął dzieciak, kiedy otworzył jadowicie zielone oczy i zorientował się, że za jedyne ubranie ma kolorową serwetę. Na szczęście była sporych rozmiarów i zakrywała go od stóp do głów. – Gdzie ja … kim… ? - Na jego twarzy widać było całkowity zamęt i oszołomienie.
- Jestem profesor Snape, a ty jak masz na imię? – zapytał po chwili równie zdezorientowany mężczyzna. Z naukowego punktu widzenia stało się coś naprawdę dziwnego. Kogo właściwie miał przed sobą, bo że nie zaplanowanego robota, to było widać gołym okiem.
- Oo..? Nie wiem…? – wyszeptał chłopak i ugięły się pod nim nogi. Świat wokół niego był nieznajomy, lekko wirował, a jedyne co pamiętał, to twarz stojącego przed nim mężczyzny i jego niski, mocny głos. Klapnął na kanapę i wbił w niego wzrok.
- Jak to nie pamiętasz? – Do Severusa właśnie zaczęło docierać jak bardzo narozrabiał. Jeszcze wczoraj myślał, że już niedługo zginie z ręki Czarnego Pana, który ostatnio jakby coś podejrzewał i ciągle mu się przyglądał. Teraz wiedział, że to Dumledore dopadnie go pierwszy i utopi w tej swojej pomarańczowej herbatce, a Zakon Feniksa rozniesie po świecie jego szczątki ze śpiewem na ustach. Ten gryfoński, niewdzięczny pies Syriusz na pewno się ucieszy z możliwości pozbycia się go, całe wakacje żałował, że wyciągnął idiotę zza tej zasłony. Gdyby nie dramatyczne, rozdzierające serce wycie Pottera w Ministerstwie, pewnie by go tam jeszcze głębiej wepchnął. A tak miał kundla na karku, śledzącego każdy jego krok i mamroczącego coś o trzymaniu z daleka ohydnych łap od jego aniołka. O podziękowaniu za uratowanie parszywego życia oczywiście nie było mowy.
- A ty wiesz? – zapytał cichutko dzieciak i pociągnął nosem. Szmaragdowe oczy patrzyły na niego ufnie, a różowe usta lekko drżały. – Czy masz coś do ubrania? Nie mam nawet majtek – stwierdził, oblewając się rumieńcem.
- Oczywiście – Snapowi zrobiło się głupio, właśnie skrzyżował chłopca z poduszką, przewracając ich życie do góry nogami. W dodatku Potter najwyraźniej niczego nie pamiętał. Nie miał pojęcia jak to wytłumaczy dyrektorowi. Udał się do sypialni, wrócił z jeansami, koszulką i bokserkami. Zmniejszył je oczywiście magicznie do rozmiarów chłopaka, który sięgał mu ledwie do ramienia. Położył wszystko na stole, po czym wyszedł do pracowni by wysłać sowę do członków Zakonu. Poprosił w liście o zwołanie natychmiastowego zebrania w gabinecie Dumbledora. Kiedy wrócił mały próbował rozczesać kłaki, z bardzo mizernym skutkiem. Snape po raz pierwszy zobaczył go w dopasowanych rzeczach i przyglądał mu się z przyjemnością. Potter był teraz jakby delikatniejszą wersja siebie. Sądząc jednak po pełnych irytacji błyskach w zielonych oczach charakterek nie bardzo mu się zmienił.
- Ja to zrobię – odezwał się niespodziewanie dla samego siebie i wyjął mu z rąk grzebień. Gdy jednak pociągnął za pierwsze pasmo chłopak wydał z siebie przeraźliwy pisk.
- Aaa…! Boli! Może ma pan nożyczki? – Zapytał z nadzieją w głosie. Miał wrażenie, że ten mroczny mężczyzna chce go oskalpować. Pewnie czymś się mu naraził w przeszłości i nawet tego nie pamięta.
- To byłaby zbrodnia! – wyrwało się Snapowi. Nie miał pojęcia co go opętało, ale włosy smarkacza były takie miękkie i lśniące, niczym czarny jedwab. Nawet Lucjusz, mający bzika na punkcie swoich blond kudłów, nie mógł się z nim równać.– Zaraz przyniosę eliksir ułatwiający rozczesywanie.
- Ja bym je obciął, mniej kłopotu. – Chłopiec usadowił się wygodnie na krześle przed lustrem. Grzecznie czekał aż gospodarz wróci, machając nogami niczym dziecko. Miał nadzieję, że jego sytuacja wkrótce się wyjaśni. Właściwie to nie miałby nic przeciwko zostaniu tutaj. Mieszkanie było bardzo ładne, umeblowane antykami i utrzymane w szaro- zielonej tonacji. Kamienną posadzkę zaścielały miękkie dywany, a na ścianach wisiały obrazy i starożytne kobierce przedstawiające mityczne stworzenia. Mężczyzna wydał mu się całkiem miły, choć nieco szorstki w obyciu, a jego czarne oczy zrobiły na nim ogromne wrażenie.
- Pozwól. – Profesor wylał na dłonie nieco płynu z niewielkiej buteleczki delikatnie wtarł we włosy chłopca, który choć w pierwszej chwili się spiął, oczekując bólu, w drugiej już mruczał z zachwytu.
- To bardzo przyjemne – podniósł roziskrzony wzrok na mężczyznę, któremu na moment zaparło dech w piersiach. Ten Harry był zupełnie inny, uśmiechnięty, ufny szczęśliwy, bez rozdzierającego serce smutku w głębi oczu. Gdyby to od niego zależało pozwoliłby mu takim pozostać. Uroczym, nieco naiwnym siedemnastolatkiem, nie pamiętającym paskudnej przeszłości, nie znającym Czarnego Pana, zwykłym dzieciakiem żyjącym tak jak jego rówieśnicy. Rozczesywał pasmo po paśmie, obserwując pełną emocji twarz chłopca. Zazdrościł mu tej chwilowej beztroski, kiedyś też miał marzenia, które wojna pogrzebała raz na zawsze. Ostatnio dyrektor wysłał go do Nory, kiedy wszedł do środka uderzyła go pełna miłości i ciepła atmosfera panująca w tym domu. Zrozumiał jak wiele stracił, nigdy nikt nie patrzył tak na niego jak Molly na Artura, żadne dziecko nie tuliło się do niego i nie wzięło za rękę. Sam co prawda był sobie winien i odstraszał każdego, kto chciałby się do niego zbliżyć. Severus był bogaty i sławny w naukowych kręgach. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wszyscy zwracają uwagę na niego tylko ze względu na to, nikt nie dbał o prawdziwego mężczyznę, ukrytego głęboko pod zgorzkniała powłoką. Jeśli przeżyje wojnę czekało go bardzo smutne, samotne życie.
- Proszę pana – Harry delikatnie położył drobną rękę na jego dłoni. Nie mógł znieść bólu w czarnych oczach. Pogłaskał nieśmiało poplamioną eliksirami skórę samymi czubkami palców.
- Gotowe. – Cofnął szybko rękę. Ocknął się z ponurych myśli i nieco zmieszał pod uważnym, szmaragdowym spojrzeniem. – Idziemy do dyrektora, może coś nam doradzi. – Ruszył do drzwi. Potter zawsze wzbudzał w nim mieszane uczucia, coś pomiędzy uwielbieniem dla jego matki Lilly, a nienawiścią do ojca Jamesa. A teraz taki bezbronny i kruchy właściwie z jego winy, obudził w nim instynkty opiekuńcze, o które nikt by nie podejrzewał ponurego profesora eliksirów.
***
   W gabinecie Dumbledora już na nich czekała profesor Minerwa i niestety Black we własnej, zapchlonej osobie. Reszta Zakonu Feniksa wykonywała ważne zadania i nie mogła uczestniczyć w zebraniu. Wszyscy na widok nowego image Harrego pootwierali szeroko oczy. Dyrektor z niejakim rozbawieniem pogładził długą brodę, Mc Gonagall parsknęła pogardliwie, a Black warknął i po psiemu obnażył zęby.
- Cos ty zrobił temu biednemu dziecku?! –  Wysoki głos kobiety podniosl im włosy na przedramionach. Podniosła ze stolika ciężką encyklopedię magicznych stworzeń, jakby miała zamiar rzucić nią w mężczyznę.
- Zrobił to specjalnie śmierciożerca jeden! – krzyknął rozwścieczony Syriusz. – Już od dawna kręcił się koło Harrego! – Złapał chłopca za ramię, by wyciągnąć go spod wpływu tłustowłosego dupka, jak w myślach zawsze nazywał Snapa. Tymczasem reakcja dzieciaka mocno go zaskoczyła. Zamiast przytulić się do niego jak oczekiwał, wyrwał się z jego uścisku, schował za plecami mistrza eliksirów i przylgnął mu do pleców. Przez miękki materiał wyczuł twarde niczym skała mięśnie. Tutaj czuł się bezpiecznie, jakby od wszystkiego co złe odgradzał go potężny mur.
- Kim jest ten dziwny facet? – zapytał cichutko w czarną szatę profesora, jednak wszyscy go usłyszeli. – Dlaczego ta kobieta tak piszczy?
- On nas nie poznaje?! – jęknęła Minerwa i usiadła na najbliższym fotelu. Zaczęła nerwowo wachlować się ręką.
- Napijmy się herbatki – dyrektor nalał złocistego płynu do filiżanek. – Może wytłumacz nam po kolei, co się stało. – Zwrócił się spokojnie do Severusa, z uśmiechem patrząc, jak Harry lokuje się obok niego na kanapie, przywierając do jego boku. Mężczyzna siedział sztywno i łypał na chłopaka groźnie, ten jednak nic sobie z tego nie robił. Wiercił się dopóki nie znalazł najwygodniejszej pozycji.
- No dobrze, więc skrzat się gdzieś zapodział, a ja potrzebowałem służby… - zaczął Snape, spoglądając chłodno na zebranych. Poczuł jak szczupła dłoń, chwyta niepostrzeżenie jego rękę pod stołem, jakby chciała dodać mu odwagi. Odchrząknął tylko, ale jej nie wyrwał jak poprzednio, oczywiście, tylko dlatego, aby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Kiedy tylko skończył swoją opowieść kobieta nie wytrzymała i krzyknęła zirytowana.
- Chcesz powiedzieć, że uczeń jest w tym stanie, bo tobie leniu nie chciało się samemu mieszkania posprzątać?!
- Miałem mieć gości – bronił się mężczyzna.
- Oczywiście, to cię usprawiedliwia! – prychnęła. – Włożenie na miejsce kilku par kalesonów musi być strasznie wyczerpującym zajęciem!
- Nie noszę kalesonów i majtek z golfem w przeciwieństwie do ciebie! - odgryzł się natychmiast Snape.
- Rozszarpię mu gardło! Co ta za idiotyczny napis Harry ma na piersiach! – Black na szczęście dla Snape nie zobaczył całego zdania, tylko poszczególne litery.
W tym czasie kiedy rozgorzała kłótnia chłopak był w nieustannym ruchu. Nie posiedział ani minuty, co chwilę coś przed sobą poprawiał, ustawiał i przesuwał, jakby odczuwał przymus ciągłego porządkowania wszystkiego wokół siebie.
– Zrobił z mojego chrześniaka robota! – Syriuszowi udało się przeskoczyć blat stołu i dopaść mistrza eliksirów. Chciał właśnie zacisnąć ręce na jego gardle, gdy Harry wystrzelił do przodu i drobna pięść trafiła mężczyznę prosto w nos, najwrażliwsze u każdego psa miejsce. Zawył i spadł na podłogę, między nogi zebranych.
- Ciiiiszaaa! – rozległ się donośny głos dyrektora pod wpływem, którego wszyscy zamarli na swoich miejscach. – Zostawcie swoje urazy na sposobniejszy czas, teraz musimy zająć się chłopcem. Jak się czujesz Harry?
- Mam na imię Harry? A jak dalej? Wszyscy przecież macie, te… no... nazwiska. – zapytał zaciekawiony. Nie odczuwał lęku, raczej niepokój co z nim dalej będzie. Zresztą profesor na pewno go nie zostawi, przecież należy do niego. Nawet go sobie podpisał, a tak robi się przecież z kimś ważnym, na kim nam zależy prawda? Mniej więcej takie myśli snuły się po głowie chłopaka.
- Może Pillow? Dopóki nie wróci ci pamięć – zaproponował Severus.
- Pillow? Ładnie, kojarzy się z czymś miękkim i przytulnym – uśmiechnął się z wdzięcznością do profesora. Teraz był już pewny, że go nikomu nie odda - ani temu warczącemu, przypominającemu zachowaniem nieco psa, panu, ani skrzywionej, jak po zjedzeniu cytryny, kobiecie.
- Ale dlaczego… - zaczął Black.
- Nie bądź idiotą kundlu! Za miesiąc zaczyna się rok szkolny. Zobacz jak on wygląda, nie ma swojej blizny! W dodatku pamięta tylko niektóre rzeczy – umie posługiwać się różdżką i ubrać, a nie poznaje nas ani tej szkoły. Nie wie kim jest, a przeszłość to dla niego czarna dziura. Jeśli do września nie uda się nam mu pomóc, pójdzie do Hogwartu jako Harry Pillow.
- W takim razie zabieram małego do siebie na resztę wakacji – Syriusz pociągnął chrześniaka do siebie. – Nie zostawię go na pastwę potwora z lochów.
- Wybij to sobie z głowy, ty nie umiesz się zająć nawet sobą, pchlarzu! – zdenerwował się Snape. Czuł się odpowiedzialny za to co się stało, nie pozwoli, aby chłopak wpadł w jakieś kłopoty w rękach tego prymitywa.
- Co ty na to dziecko? – zapytał łagodnie Dumbledore.
- Chcę do domu – stanął obok mistrza eliksirów i popatrzył na niego ufnie. Oczywiście przy okazji kilkakrotnie poprawił jego szatę i przekrzywiony w czasie kłótni krawat. – Jestem głodny, zrobię dla nas omlet z pieczarkami. – Pomachał wesoło wszystkim obecnym i ruszył do drzwi, a za nim z nieprzeniknioną twarzą Snape. 
   Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi Mc Gonagall odwróciła się z zaszokowaną miną do dyrektora, po czym po raz pierwszy w życiu wzięła od niego cytrynowego dropsa nasączonego melissą.
- Myślisz, że zaklęcie trafiło też Severusa? – zapytała zdezorientowana. – Zachowuje się co najmniej dziwnie. Właśnie dobrowolnie zabrał do swojego mieszkania Gryfona.
- Może ma wyrzuty sumienia – uśmiechnął się do niej zagadkowo mężczyzna.
- Ta sielanka długo nie potrwa, wkrótce odnajdziemy zakrwawione szczątki Harrego domieszane do jakiś czarno- magicznych eliksirów – stwierdził ponuro Black. Nalał sobie wina do szklaneczki i westchnął. Zupełnie nie mógł zrozumieć, dlaczego jego chrześniak wolał pójść z tym nietoperzem ze Slytherinu, niż ze swoim krewnym.
  

sobota, 21 grudnia 2013

O Wandziu, który nie chciał Niemca VI

   W tym rozdziale Niemieccy goście będą się mogli przekonać, że plotki mówiły prawdę, a Wiślanie są rzeczywiście bardzo religijni i ściśle stosują się do tradycji oraz rytuałów.

   Krak wstawał zwykle bardzo wcześnie, na równi ze służbą. Lubił jeszcze przed śniadaniem spacerować po opustoszałym zamku, napotykając jedynie zaspanych pachołków i dziewki z naręczami bielizny. Wszyscy znali ten jego zwyczaj i kłaniali się mu z daleka. Tego dnia najpierw skierował się do sypialni syna, chciał z nim ustalić kilka spraw związanych z odbywającym się dzisiaj Świętem Kupały. Na wszelki wypadek zapukał i wszedł do środka, nikogo jednak nie zastał. Mina mu trochę zrzedła. Czyżby chłopcy nie posłuchali go i zbytnio się wczuli w studiowanie tej księgi? Może powinien bardziej ich pilnować? Przyspieszył kroku i już po chwili znalazł się przed komnatą Gotfryda, po cichu otwarł drzwi i zajrzał przez szparę. Obrazek jaki zobaczył spowodował, że ten surowy mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.
Młodzieńcy spali wtuleni w siebie tak mocno, że z trudem można było rozróżnić które członki są czyje. Wandziu obejmował mocno Niemca i przywierał do jego pleców niczym druga skóra. Twarz miał zanurzoną w rudych lokach i nadzwyczaj błogą minę. Godfryd wciskał pośladki w jego brzuch, a policzek opierał o ramię towarzysza, od czasu do czasu pomrukując z zadowolenia przez sen. Najwyraźniej chłopcy zaprzyjaźnili się bardziej niż sądził. Koniecznie będzie musiał pogratulować Kseni pomysłu z księgą, tylko jak on ich teraz utrzyma z dala od siebie aż do ślubu? Czerwcowa, ciepła noc będzie sprzyjała zabawom na wolnym powietrzu, a potem odbędzie się jeszcze rytualna  kąpiel na golasa w jeziorze i szukanie kwiatu paproci. Biedny książę zaczął się głowić nad tym, jak zapobiec międzynarodowemu konfliktowi. Kiedy znany z konserwatywnych zasad Rydygier dowie się, że nie upilnował smarkaczy, będzie mu to wypominał do końca życia.
***
   W porze obiadu Wandziu spotkał się z narzeczonym na zamkowym korytarzu. Obaj uśmiechnęli się do siebie nieśmiało, wspomnienie minionej nocy nadal stało żywo przed ich oczyma. Mężczyzna wyciągnął rękę by dotknąć rudych włosów chłopaka, ale ten cofnął się, popychając stojącą pod ścianą zbroję, która runęła na podłogę z przeraźliwym zgrzytem.
- Zrobiłem coś nie tak? – zapytał Wiślanin zaskoczony jego reakcją.
- Nie, ale… no wiesz… - zmieszany Godfryd nie miał pojęcia jak mu wytłumaczyć, że od rana myśli tylko o nim, nawet specjalnie ubrał dłuższą tunikę by zasłonić narastający problem.
- To dobrze  – odetchnął. – Masz już gotowy wianek?
- Jaki wianek?
- Nie znacie Święta Kupały? – zapytał zaskoczony Wandziu.
- Chodzi ci o Noc Świętojańską? Pewnie, że tak. Palimy wtedy ogniska, pieczemy dzika i pijemy piwo. Śpiewamy pieśni ku czci świętego Jana. W sumie nic specjalnie ciekawego. – Wzruszył ramionami.
- U nas wygląda to nieco inaczej. Wianek ma być uwity z magicznych ziół, musi też mieć wplecione łuczywo. Przyjdę po ciebie o zmierzchu. – Pochylił się i skradł mu małego buziaka.
***
   Klaus po wyjściu męża zniszczył jeszcze dwie poduszki, darł je z taką furią, aż pierze latało w powietrzu, w końcu się zasapał i opadł z sił. Następne dwie godziny poświęcił sprzątaniu i doprowadzaniu się do porządku. Potem nudził się coraz bardziej, przeklinając głupich Wiślan i ich pijackie zabawy, których został ofiarą. Wyszedł na balkon i z zadowoleniem stwierdził, że na placu ćwiczą właśnie młodzi rycerze pod okiem dowódcy, a ponieważ było bardzo ciepło jak na tą porę roku pościągali koszule, w samych tylko pantalonach okładali się kijami. Musiał przyznać, że było na co popatrzyć. Wzdychając głośno oparł się o balustradę i zapomniał o całym świecie, z rumieńcami na policzkach i błyszczącymi oczami pożerał wzrokiem, umięśnione męskie ciała. Nagle poczuł, że czyjaś silną dłoń łapie go za spodnie i pociąga do tyłu.
- Jeszcze mi wypadniesz – Mściwój odwrócił go do siebie przodem, przyparł do muru i zaborczo pocałował w usta. – Pamiętaj, że należysz do mnie! – Ukąsił go w szyję i zassał się na aksamitnej skórze, robiąc sporą malinkę.
- Wynocha! – warknął chłopak jak tylko odzyskał oddech i otarł twarz wierzchem dłoni, chcąc ukryć zmieszanie. Gniew nadal mu nie przeszedł, ale mąż działał na niego niczym mamiące ziele. Jednocześnie miał ochotę dać mu w twarz i rzucić się na niego niczym wygłodniały zwierz. Może ci Wiślanie wydzielali jakieś feromony, ogłupiające swoje ofiary? Potem każdy naiwny biedak, który znalazł się w pobliżu nie miał siły się opierać, a nawet sam padał im do stóp. Tu przypomniał sobie, jak właśnie w takiej pozycji sprawdzał wielkość członka mężczyzny i zaczerwienił się niczym pomidor.
- Muszę jeszcze iść do pracy, a ciebie szukał Godfryd. Bredził coś o ziołach i głupich babskich tradycjach. – Przyciągnął prychającego Klausa do siebie, pochylił się do jego ucha, owiewając je swoim oddechem. – Spokojnie, wieczorem będzie zabawa, na pewno nie pożałujesz. – Wpił się w nabrzmiałe wargi wijącego się w jego ramionach męża. Przez chwilę pieścił je zachłannie nie zważając na opór, potem puścił otumanionego biedaka i wyszedł z komnaty, pogwizdując pod nosem.
***
   Chłopak jeszcze chwilę stał z ogłupiała miną, a potem spojrzał w lustro i wymierzył sobie mentalny policzek. Wyglądał jak stajenna dziewka po randce na sianie. Potargany, czerwony, z rozchełstaną koszulą, która nie wiadomo kiedy się rozpięła.
- Klaus! Weź się w garść, ten facet robi z tobą co chce! – przemówił z wyrzutem do swojego odbicia. – Ledwo cię dotknie, pod tobą już miękną nogi. Jak tak dalej pójdzie skończysz jako pokorna żona, wypinająca tyłek na każde zawołanie swojego męża! – Podniósł do góry głowę, wydął usta i ruszył na poszukiwanie Godfryda. Niestety nigdzie go nie było. Dopiero, gdy obszedł cały zamek spotkał Wandzia, który naprowadził go na trop. Odnalazł swojego byłego pana na wielkiej łące w pobliżu jeziora. Wokół niego walały się wszelakie rosnące nieopodal kwiaty i zioła.
- Dobrze, że jesteś – jęknął na widok chłopaka. – Nie mam pojęcia jak to się robi, podpatrywałem dziewczyny, ale mnie przegoniły.
- Siostra mnie kiedyś uczyła. – Rozbawiony jego poważną miną Klaus usiadł obok. Już po chwili chłopcy śmiali się wesoło, rzucając do siebie stokrotkami, które w wielkiej obfitości rosły w trawie.
- Powiedz, radzisz sobie jakoś w tym małżeństwie? – zapytał Godfryd, kiedy się uspokoili. – Martwię się o ciebie, bywasz strasznie porywczy, a ten Mściwój nie wyglądał na łagodnego.
- Rzeczywiście bywa zaborczym zrzędą, ale za to ma inne zalety. – Uśmiechnął się szeroko. – Kiedy mnie brał, widziałem wszystkie gwiazdy i księżyc na dodatek. Znał takie sztuczki o jakich nawet nie słyszałem.
- A ten tylko o jednym – wymamrotał zarumieniony Godfryd. – Powiedz, czy to boli? – zapytał po chwili nieśmiało.
- Pierwszy raz bywa ciężko, ale to zależy od przygotowania i umiejętności partnera. – Tłumaczył spokojnie, starając się nie spłoszyć chłopaka, doskonale wiedział, że nadal był niewinny. – Chwila! Chcesz się oddać Wandziowi przed ślubem?! Oszalałeś?! Ojciec cię zabije jak się dowie!
- Ja tylko tak pytałem, na wszelki wypadek, a ty zaraz z kazaniem! Moralista od mierzenia penisów się znalazł! – Chłopak pokazał mu język i zajął się pracowicie pleceniem wianka. Szło mu to całkiem nieźle, na koniec umocował jeszcze małe łuczywo. – Gotowe. Masz pojęcie co się z tym robi?
- No co ty! U nas to tylko chłopy się poopijały, napchały mięcha i po święcie. Podobno Wiślanie są strasznie religijni, okropnie poważnie traktują te wszystkie tradycje i rytuały. – Ziewnął wymownie.
- Będziemy do rana śpiewać psalmy do świętego Jana przy ognisku?! – Złapał się za głowę Godfryd. – To straszne! Nawet matka nam tego oszczędzała!
***
    Po zmierzchu Wandziu, tak jak obiecał, przyszedł do komnaty narzeczonego. Chłopak siedział z markotną miną na zasłanym miękkimi skórami łożu i obracał w rękach wianek. Nawet nie spojrzał w jego stronę, tylko westchnął głęboko.
- Może zostańmy w domu i postudiujmy księgę? – zaproponował z nikłą nadzieją w głosie. Sam nie mógł uwierzyć, że odważył się powiedzieć coś takiego.
- Muszę tam być jako syn panującego, poza tym to świetna zabawa – przekonywał Wiślanin zdziwiony jego brakiem entuzjazmu. – Chodź – złapał go za rękę i postawił na nogi. – Pokaż mi to cudeńko, muszę się dobrze przyjrzeć, bo potem mogę go nie rozpoznać. – Pogłaskał go delikatnie po policzku.
- Proszę. – Podał mu wianek Godfryd.– Wierzę ci na słowo. – Włożył ufnie swoją szczupłą dłoń w stwardniałą od machania mieczem rękę Wandzia.
- Lepiej nic już nie mów, bo rzeczywiście tu zostaniemy. – Mężczyzna spojrzał wymownie na łóżko. – A potem książę powiesi mnie na suchej gałęzi. - Śmiejąc się z żartów na temat własnych ojców, które krążyły po okolicy, ruszyli na znaną obu łąkę nieopodal zamku.
    Zgodnie z tradycją miejsce na świętowanie wybierano bardzo starannie. Musiało być w pobliżu lasu i rozstajnych dróg, na brzegu zbiornika wodnego. W tym wypadku było to niewielkie jezioro z kryształowo czystą, ciepłą wodą. Zebrali się tu chyba wszyscy mieszkańcy miasta, uśmiechnięci i rozgadani czekali na znak do rozpoczęcia zabawy. Krak siedział na specjalnie dla niego przygotowanym tronie z dębowego drzewa, obok niego stał najwyższy kapłan Ziemowit, ubrany w długą, białą szatę. W ręce trzymał kosz z jesionowym i brzozowym drewnem oraz ziołami. Na widok nadchodzącego Wandzia z narzeczonym pobłogosławił je i podał chłopcom.
- Co teraz? – szepnął nie znający rytuału Godfryd.
- Rób to co ja. – Uśmiechnął się Wiślanin, podszedł do przygotowanego wcześniej ogromnego stosu drewna i rzucił na niego zawartość kosza. Potem wprawnie skrzesał ogień, płomienie strzeliły wysoko ponad głowy tłumu, zdawały się dosięgać gwiazd. Na tle nocnego nieba doskonale było widać latające w powietrzu iskry. Wokół chłopcy i dziewczęta zaczęli formować dwa kręgi, śpiewali pieśni o urodzaju i szczodrej matce ziemi. Zagrała muzyka, obaj narzeczeni zostali pociągnięci do tańca. Wirowali dość długo, aż zaszło im w ustach. Wyrwali się więc z kręgu i pośpieszyli w kierunku starszyzny, raczącej się obficie przednim miodem oraz coraz modniejszą ostatnio wódką. Ledwo wypili po kuflu, kiedy melodia się zmieniła na rzewną i tęskną, a niezamężne dziewczęta i niektórzy chłopcy ruszyli z wiankami w kierunku jeziora.
- Idź z nimi, ja pójdę poniżej i go wyłowię. Jeśli się nie pomylę, to będziemy mogli iść poszukać razem kwiatu paproci – szepnął do ucha wahającemu się Godfrydowi.
- Będziemy po ciemku szukać zielska ? – Chłopak nie był zbyt przekonany do całej sprawy.
- To magiczna roślina, daje zdrowie, długie, szczęśliwe życie, wskazuje zakopane skarby. – Wandziu pocałował go czule w usta, po czym zniknął w tłumie parobków i rycerzy. Niemcowi nie pozostało nic innego jak ruszyć za rozbawioną gromadą. Kiedy wszyscy znaleźli się na brzegu, każdy zapalił łuczywko na swoim wianku i ostrożnie położył go nas wodę. Zaczęły płynąć z prądem, wydzielając piękną woń kwiatów, oświetlając ciemne wody jeziora. Obserwowali je, aż zniknęły im z oczu. Następnie udali się z powrotem, zasiedli przy ognisku ucztując i pijąc, ale było widać, że wszyscy czekają niecierpliwie na powrót młodzieńców, którzy w umówionym miejscu mieli wyłowić wianki. 
- O co tyle hałasu? – zapytał siedzącej obok niego ładnej dziewczyny.
- To wróżba na przyszłość oraz możliwość zawarcia małżeństwa bez zgody starszyzny,  jeżeli tylko ukochanemu uda się wyłowić twoje kwiaty. – Odpowiedziała poważnie.
- A co jeśli popłynie w dal, utonie lub się spali?
- Kiedy podryfuje to znaczy, że szybkiego zamęścia nie ma co oczekiwać, w innych wypadkach staropanieństwo murowane. Ale tobie panie to chyba nie grozi? Narzeczony cały czas wodzi za tobą głodnymi oczami – zachichotała.
- Pewnie zjadł za mało kiełbasy – mruknął, rumieniąc się chłopak. 
- Cicho, idą! – Panna radośnie poderwała się na nogi. Godfryd zrobił to samo, tym bardziej, że na czele pochodu zobaczył Wandzia tryumfalnie niosącego jego wianek.
- Widzisz, nawet los pokazał, że należymy do siebie. Nie było wcale łatwo w tych ciemnościach odnaleźć właściwy. – Uklęknął przed zmieszanym narzeczonym i oddał mu jego własność. Muzyka zabrzmiała głośniej, wyraźnie było w niej słychać zaczepne nuty i pulsujący, gorący rytm. Wstał, złapał go za rękę i mocno przytulił do siebie w tańcu. Teraz już wirowali w parach, chłopakowi się to bardzo podobało, ale nie mógł zrozumieć dlaczego wszyscy, pląsając wesoło, znowu zmierzają w stronę jeziora. W głowie mu się nieco kręciło od bliskości i mężczyzny oraz wypitego miodu. Nagle zatrzymali się, przy akompaniamencie pisków i okrzyków zaczęli zdzierać z siebie ubrania, po czym, trzymając się w objęciach, rzucać do wody.
- Ale… no… - zdążył jedynie wyjąkać, ponieważ sprawne ręce Wandzia szybko pozbawiły go ubrania. Czerwony niczym zachodzące słońce obserwował jak się rozbiera, patrząc na niego zachwytem. W pierwszej chwili myślał, że spłonie ze wstydu, ale potem podniósł do góry dumnie głowę, aby narzeczony mógł go podziwiać. Rozpuścił nawet rude loki, które zalśniły niczym czysta miedź. Sam błądził wzrokiem po złocistej skórze mężczyzny i zgrabnym, ładnie wyrzeźbionym ciele. Ciemność i ciepłe światło płonących pochodni zatuszowały wszelkie niedoskonałości natury. Ponownie wzięli się za ręce i weszli do wody, stanęli, kiedy zaczęła sięgać im do pasa.
- Chcesz mnie? – zapytał, biorąc go w ramiona Wandziu. – Jeśli do rana nie zmienisz zdania i skoczysz ze mną przez ognisko wiedz, że u nas traktowane jest to na równi ze ślubem.
 - Za dużo mówisz – Godfryd, jako że był trochę niższy, wspiął się na palce i namiętnie go pocałował, wkładając w to całe swoje serce.
- W taki razie zaczekam do świtu. – Ręce mężczyzny powędrowały w dół na kuszący go cały wieczór, zgrabny tyłek. – Teraz muszę cię dokładnie umyć, aby oczyścić ze wszystkiego co złe i uleczyć wszelkie rany. – Masował go delikatnie, przesuwając rękami po mokrej skórze.
- Tam też? – pisnął chłopak i zadrżał, kiedy zwinne palce zawędrowały między jego pośladki. Pożądliwe usta narzeczonego uciszyły jednak jego protesty, język wślizgnął się do słodkiego wnętrza i zaczął je zapamiętale pieścić. Już po chwili szczupłe ramiona zacisnęły się mu na szyi, a smukłe ciało zaczęło się o niego wymownie ocierać.
- Musimy stąd iść, inaczej damy plamę – Wiślanin ostatkiem sił zachowywał rozsądek – chyba, że chcesz kochać się na oczach tłumu.
- Och… ja… - Godfryd nie mógł ocknąć się ze słodkiego zamroczenia.
- Kwiat paproci pamiętasz? Możemy bezkarnie powłóczyć się po lesie, noc jest bardzo ciepła. – Pociągnął go na brzeg, gdzie leżały poskładane, miękkie płótna do wycierania. Szybko się ubrali i skierowali w stronę ogniska, działali zupełnie jak świetnie wyszkolony oddział. Podeszli powoli, starając się nie zwracać na siebie uwagi starszyzny. Jeden złapał za leżący na trawie pled oraz płonące łuczywo, drugi zwinął ze stołu gąsiorek z miodem i koszyk z prowiantem. Po kilku minutach zagłębiali się już w pogrążony w ciemnościach, pełen tajemniczych odgłosów las, wąska ścieżka prowadziła ich do celu.
- Dokąd idziemy? – zapytał zaciekawiony Godfryd.
- Znam tu niezłe miejsce na piknik pod gwiazdami. – Wandziu przytulił go do swojego boku i tak czule objęci ruszyli przed siebie, oświetlając sobie drogę pochodnią. – Rozglądaj się uważnie. Ten kwiatek jest podobno mały, czerwony i lśni w ciemnościach.
- Aż tak bardzo chcesz być bogaty?
- Właściwie skarb już mam – pocałował go w ucho – ale od przybytku głowa nie boli, prawda? – zachichotał Wiślanin

środa, 11 grudnia 2013

O Wandziu, który nie chciał Niemca V

     Co do wierszyka poniżej to moja nieco straszna twórczość własna, więc nie śmiejcie się za bardzo. Niestety w Internecie nie znalazłam nic stosownego na tę okazję.
   Jeśli chodzi o pasy cnoty, to są używane nadal i można je kupić na allegro pl. zarówno w męskiej jak i w damskiej wersji. Te urocze, małe kłódeczki rozbawiły mnie do łez.

   Wandziu po turnieju udał się od razu do swojej komnaty. Umówili się z Godfrydem, że spotkają się u niego po zmierzchu. Miał więc kilka godzin na przygotowanie się do pierwszej w swoim życiu miłosnej schadzki. Co prawda musieli studiować księgę od teściowej, żywił jednak nadzieję, że przy okazji uda mu się skraść kilka całusów. Stara służąca zapytana, jak się właściwie przygotować do takiego sam na sam, najpierw się zdrowo uśmiała, ale potem zlitowała się nad czerwonym niczym pomidor biedakiem i dała mu kilka dobrych rad. Dlatego właśnie siedział w wannie i pławił się w pachnącej pianie. Tymczasem jego pachołek przygotował mu eleganckie, skórzane spodnie i białą koszulę z najcieńszego lnu. Kiedy książę się ubrał, rozczesał i ułożył jego jasne włosy. Opadały mu na ramiona bujną grzywą.
- Wspaniale wyglądasz panie, ten Niemiec padnie ci do stóp – zachichotał, lustrując uważnie chłopaka.
- A ty co, byłeś u Klausa na korepetycjach? Uważaj, bo skończysz  jak ten nadpobudliwy pachołek! – Burknął zmieszany pod jego pełnym podziwu wzrokiem.
- Z rycerzem podobnym do Mściwoja w łożu? – Bezczelny sługa rzucił się przed zdumionym chłopakiem na kolana. – Powiedz panie jak on to zrobił, a będę ci służył do końca życia za darmo! Dla takiego ogiera w sypialni warto się poświęcić, może być nawet z niemieckiej hodowli!
- Wynocha diable! Ci obcy są tutaj dopiero tydzień, a już zdążyli służbę zdeprawować! – Wygonił zaśmiewającego się sługę z komnaty.
***
   Godfryd kazał rozpalić ogień w kominku, aby porządnie ogrzać komnatę. Postawił na stole lichtarz z trzema świecami, który powinien im zupełnie wystarczyć do czytania tej głupiej księgi. Obok położył tacę ze słodkimi przekąskami, kielichy i butelkę mocnego wina. Starał się jak mógł stworzyć przyjemną atmosferę. Własnoręcznie posprzątał swoją sypialnię, co było z jego strony ogromnym poświęceniem, upychając po prostu wszystkie walające się dookoła rzeczy w skrzyni.
- Jestem… Coś się stało? – Wandziu wszedł do komnaty, a Godfryd zagapił się na niego z otwartą buzią. Nie zdążył się jeszcze uczesać, więc włosy splataną dżunglą opadały mu do pasa, a koszula zapięta na jeden guzik zsunęła się z ramienia, ukazując gładka skórę.
- Chyba mnie złapał skurcz. – Chłopak opadł na kanapę z dość niemądrą miną. – Może usiądź i zacznij czytać. – Poklepał miejsce obok siebie. Chciał, by narzeczony zajął się książką, a on wtedy mógłby go jeszcze troszeczkę popodziwiać, bez zwracania na siebie uwagi.
- W porządku. – Wandziu niepewnie przełknął ślinę, choć tak naprawdę miałby ochotę przełknąć coś zupełnie innego. Zwłaszcza to nagie ramię, wyglądało wyjątkowo apetycznie.Usiadł jednak grzecznie i wziął do ręki nieszczęsne tomiszcze. Zaczął czytać, a z każdą linijką jego błękitne oczy robiły się coraz większe, a policzki czerwieńsze.

,,Cni rycerze i damy na pewno to wiecie
Że sprawy alkowy najważniejsze w świecie
Rozkoszne potyczki prowadzone w nocy
Sprawią, że w dzień będziecie pełni mocy
Ta księga wam pokaże jak się nigdy nie poddać
Lub rzucić się na łoże i z westchnieniem oddać‘’.

- Dlaczego przestałeś czytać? – zdziwił się Godfryd.
- Dalej są nieprzyzwoite obrazki i coś jakby instrukcja – odezwał się po chwili Wandziu. Nadobna Ksenia okazała się mocno zboczoną babą. Dawać coś takiego swojemu niewinnemu synowi na drogę do obcego kraju? To się zupełnie nie mieściło w jego głowie.
- I co teraz?
- Nic, nie mamy konfitur. - Wzruszył ramionami Wiślanin.
- Ja mam. Chyba malinowe. – Godfryd zaczął wyrzucać wszystko na podłogę najpierw z szafy, potem ze skrzyni. Kiedy komnata zaczęła przypominać pobojowisko, zapiszczał tryumfalnie. – Jest! – Podniósł do góry mały garnuszek.
- Skoro mamy pomoc naukową, to możemy kontynuować. – Złapał niczego nie spodziewającego się chłopaka za rękę i pociągnął na swoje kolana.
- Na czym polega to ćwiczenie? – zapytał wiercąc się Niemiec. Szukał najwygodniejszej pozycji, a kościste kolana narzeczonego wbijały się mu w pośladki, dlatego przesunął się do przodu, lądując na jego udach.
- Na konsumpcji, ja ciebie a ty mnie, zaczynamy od góry. – Nabrał na palec konfitur i rozmazał je na twarzy zaskoczonego Godfryda, następną porcję nałożył mu na szyję. – Nie wolno nam niczego dotykać, tylko lizanie.
- Ee…? – Wymamrotał zaskoczony chłopak, kiedy poczuł ciepły język na swoich policzkach.
- Słodziak z ciebie – zachichotał Wandziu. Powoli zbliżał się do różowych ust, które od początku były jego celem. Musnął je kilkakrotnie w delikatnej pieszczocie. Doszedł do wniosku, że koniecznie musi kupić coś ładnego teściowej za tą księgę z instrukcjami.
- Och… - westchnął Godfryd, ale nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo zaborczy język mężczyzny wdarł się między jego rozchylone wargi. Rozpoczął się namiętny taniec, pełen rozkosznych pomruków i pisków. Siły były wyrównane i nikt nie chciał ustąpić pola. Zaczęli ocierać się o siebie jak marcujące koty, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zwykły buziak zamienił się bardzo szybko, w namiętny pocałunek.      Godfrydowi było gorąco, bardzo gorąco. Guzik nie wiadomo kiedy się urwał i potoczył na podłogę, zaraz za nim, z cichym szelestem zsunęła się koszula. Teraz doznania zrobiły się o wiele silniejsze. Niecierpliwie odepchnął Wandzia i sam nabrał na rękę konfitur. Delikatnie sunął opuszkami palców po jego twarzy. Widział jak źrenice narzeczonego rozszerzają się, zaczął coraz szybciej oddychać, a jego ramiona  mocno się wokół niego zacisnęły. Zamiast zająć się kuszącymi, męskimi ustami zwinny języczek Godfryda powędrował wprost do zaczerwienionego z emocji ucha. Polizał je delikatnie, uszczypnął lekko wargami, by zaraz potem, bez uprzedzenia wsunąć się do wrażliwego środka.
- Zabijesz mnie – wyjęczał Wandziu, który omal nie zlewitował na posadzkę razem z chłopakiem. Krew gwałtownie zaszumiała mu w uszach i wartkim potokiem ruszyła w dół, wprost pomiędzy jego uda. – Bogowie…! - Zgrabny tyłeczek właśnie naciskał rytmicznie jego nabrzmiewającego członka, doprowadzając go do szaleństwa. Uznał, że skoro rudzielec tak sobie pogrywa, to on nie będzie mu dłużny. Chwycił go w pasie, uniósł nieco do góry i powoli opuścił. Pewna część chłopaka żywo zareagowała na tą czynność, co natychmiast wyczuł na swoim brzuchu.
- Aa… proszę… - udało się wymamrotać Godfrydowi. Cały drżał, jego ciało było napięte niczym struna. Potrzebowało jedynie mistrza, który by na nim zagrał. Z rozchylonymi w ekstazie ustami, zaróżowionymi policzkami i przymkniętymi oczami wyglądał jak upadły anioł.  
Mężczyzna nie namyślając się długo dobrał się do jego smukłej szyi, lizał ją zapamiętale, jakby właśnie konał z głodu. Chłopak pod wpływem tych zabiegów kwilił coraz głośniej. Poruszał szybko biodrami, ocierając się o narzeczonego i dostarczając im obu niesamowitej przyjemności. Po chwili słychać już było tylko namiętne jęki i posapywania.
- Oaa…! – podwójny, ochrypły okrzyk oznajmił spełnienie początkujących kochanków. Siedzieli przez chwilę kompletnie oszołomieni pierwszym, wspólnym orgazmem, wtuleni w siebie tak mocno, że zdawało się, iż stanowią jedno ciało.
- Następna lekcja u ciebie – wymruczał w szyję Wandzia najwyraźniej układający się do snu Godfryd. Doszedł do wniosku, że właśnie zyskał najwygodniejszy materac na  świecie – cieplutki, pachnący malinami, z funkcją masażu i wibracji. Czegoż można chcieć więcej?
- Śpisz? Tak szybko? – Wiślanin był odrobinę rozczarowany, ale zaraz potem uśmiechnął się, wziął swój lepki ciężar na ręce i zaniósł go do łóżka. – Słodkich snów, mój malinowy mężczyzno.
***
   Tymczasem biedny Klaus, ponieważ komnaty męża znajdowały się na drugim końcu zamku, nieco po drodze ochrypł i opadł z sił. Cały czas jednak energicznie protestował, drąc dziobek i bębniąc pięściami po plecach bezczelnego chama, który niósł go przewieszonego przez ramię niczym worek ziemniaków.
   Mściwój nie reagował na wybryki chłopaka, kiedy dotarli do sypialni zaryglował drzwi na klucz, a potem bez słowa położył małego awanturnika na łóżku. Spojrzał na niego z politowaniem jak na rozkapryszone dziecko, które co prawda zasłużyło na lanie, ale jakoś nie miał serca mu złoić skóry. W tej chwili wcale nie przypominał tamtego psotnie uśmiechniętego, chętnego do igraszek pachołka jakiego poznał. Spocony, rozczochrany i najwyraźniej przestraszony odsunął się w najdalszy kąt. Łypał na niego wrogo spod jasnej grzywki.
- Nie uciekaj, nic ci nie zrobię. – Mężczyzna usiadł na brzegu łóżka. –Musimy się jakoś dogadać.
- Co ty nie powiesz? – Rozzłościł się Klaus. – Wpakowałeś nas w niezły bigos! Po jaką cholerę biliście się w tej karczmie?!
- Testowaliśmy nową wódkę, śliwowica czy jakoś tak. Zwyczajnie nas zmogło, idzie do głowy jak cholera – westchnął Mściwój. – Potem zaczęliśmy się sprzeczać na twój temat i samo poszło. Mieliśmy pecha, bo rozdzieliła nas straż miejska i zawlekła do króla. Nieprzekupne, pamiętliwe  skurczybyki! Kiedyś ograliśmy ich w kości, więc się zemścili.
- Trzeba było trzymać mordę na kłódkę, a nie robić spowiedź swojego życia – prychnął chłopak.
- Łatwo ci mówić, Krak od progu tak ryknął, że omal nam portki nie pospadały. Zbluzgał nas po królewsku z góry na dół i z dołu do góry, a potem stwierdził, że przez nas jeszcze dojdzie do międzynarodowego konfliktu. Powiedział, że jesteśmy winni zbałamucenia nieletniego i jeden z nas ma się z tobą ożenić. Nie mogliśmy jednak się dogadać, stąd ten turniej. – Próbował zbliżyć się do chłopaka, ale ten tylko na niego warknął ostrzegawczo.
- Trzech inteligentnych rycerzy nie umiało wymyślić jakiejś wymówki?! Pięknie!
- Teraz to mądrujesz, ale wcześniej przed królem, sam trząsłeś się jak galareta! – zwrócił mu uwagę Mściwój. Nie miał ochoty na kłótnię, był zmęczony, obolały po pojedynku i pragnął jedynie zasnąć, trzymając w ramionach tego uparciucha. Zadzwonił na służbę, która wniosła do komnaty wannę i napełniła gorącą wodą. – Może umyć ci plecki? – zaproponował Klausowi, który ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się jak zrzuca ubranie.
- Na takie tanie sztuczki mnie nie nabierzesz! – parsknął wyniośle, zdjął buty i spodnie, po czym wślizgnął się pod kołdrę, obracając się do męża tyłem.
- Nie to nie. – Mściwój z głośnym pluskiem wskoczył do wody. Siedział w niej dopóki nie ostygła. Miał się nad czym zastanawiać, dobrze zdawał sobie sprawę z charakteru i temperamentu Klausa. Wiedział, że niełatwo będzie okiełznać tego samowolnego łobuza. Po jakimś czasie jednak wpadł na pewien pomysł. Ostatnio, jak był w nowo otwartym kramie, sprzedawca pokazał mu na zapleczu pewną rzecz. Wtedy się z tego śmiał, ale teraz doszedł do wniosku, że skoro on musi pracować, a jego młody mąż będzie zostawał całymi godzinami sam w domu, powinien się jakoś zabezpieczyć. A skoro chłopak śpi jak zabity…
***
   Słońce ledwie wstało, kiedy Klaus otworzył oczy. Wypoczęty i w nieco lepszym humorze zerknął w bok. Pierwszy raz spał z kimś w jednym łóżku i musiał przyznać, że budzenie się w ciepłych ramionach męża było całkiem przyjemne. Przeciągnął się i sięgnął na krzesło po spodnie, kiedy chciał jednak wstać okazało się, że coś dziwnego ociera się o jego tyłek. Podniósł koszulę i jakie było jego zdumienie, kiedy zobaczył coś w rodzaju skórzanych majteczek zapiętych z przodu na fantazyjną kłódeczkę.
- Co to kurde jest? – Natychmiast podniosło mu się ciśnienie,walnął Mściwoja z całej siły poduszką.
- Czy budzenie słodkim pocałunkiem wyszło już z mody? – zapytał mężczyzna, otwierając zaspane oczy.
- Ja ci dam buziaka, ty podstępny draniu! Co to za ustrojstwo?! – Poczerwieniał ze złości i wskazał na swoje krocze.
- Podobno Niemcy tacy światli, a nie wiedzą co to pas cnoty? – Posłał mu kpiący uśmieszek Mściwój. – To oczywiście wersja ulepszona.
- Podły łajdaku, dawaj kluczyk! – Klaus rzucił się na męża. Zwinny mężczyzna uskoczył jednak w bok, złapał swoje ubranie i umknął na korytarz, blokując sobą drzwi.
- Skoro nie chcesz ze mną sypiać, to z innymi też nie będziesz! Masz cały dzień na rozmyślania. Liczę, że gdy wrócę do domu zobaczę cię w łożu, gotowego do negocjacji. – Pogratulował sobie w duchu refleksu. Mało brakowało, a miałby na policzku ślady palców, albo co gorsza paznokci. Kluczyk był bezpieczny, zawiesił go sobie na szyi na grubym łańcuszku. Miał nadzieję, że przez te kilkanaście godzin, kiedy go nie będzie złość Klausowi trochę przejdzie. Nadal pamiętał jak pięknie wyglądała jego twarz, kiedy dochodził i bardzo chciał zobaczyć to jeszcze raz.  - Do zobaczenia wieczorem – dodał o wiele łagodniej.
- Ty potomku dzika i szczura! Żeby ci jakaś klacz dupę odgryzła! – wrzeszczało wniebogłosy jego wściekłe kochanie, drąc na drobne strzępy poduszkę. – Tylko tu wróć! Już ja ci pokażę, co to znaczy zadzierać z Niemcem!

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Ogłoszenie!

Nie wiem czy wszyscy zauważyli, że na panelu po prawej stronie macie nowe opowiadanie fantasy ,,Znamię ciemności". życzę miłego czytania, mam nadzieję , że się spodoba.
,,W świecie Amalendu od wieków uczeni próbują rozwikłać proroczy wiersz zagadkę. Wiedzą tylko jedno, pewnego dnia przyjdzie na świat dziecko, które zasiądzie na tronie Władców Ciemności i znowu będą mieć króla. Wiele wampirów tęskni za starymi czasami, nazywając je Złotym Wiekiem i niecierpliwie oczekuje na spełnienie się przepowiedni.
   Daniel nie ma o tym wszystkim pojęcia i dorasta w zwykłej, ludzkiej rodzinie. Kalectwo powoduje, że stroni  nieco od rówieśników. Kiedy dostaje się na wymarzone studia jego życie się odmienia i trafia do rzeczywistości, której istnienia nawet nie podejrzewał.''

niedziela, 1 grudnia 2013

O Wandziu, który nie chciał Niemca IV


   Godfryd czekał i czekał na narzeczonego, ale się niestety nie doczekał. Zasnął z głową na księdze od matki, a skutek tego był taki, że rano miał odbity na policzku rodzinny herb, który widniał na okładce. Ziewnął się i przeciągnął. Odwrócił na drugi bok z zamiarem poleniuchowania jeszcze trochę. Niestety jakiś natręt zaczął łomotać do drzwi, chłopak natychmiast zanurkował pod kołdrę udając, że go nie ma.
- Wstawaj śpiochu! – Usłyszał nad sobą głos Wandzia. Potarmosił go bezczelnie za ucho i brutalnie zdarł z niego pierzynkę, a ponieważ nadal nie reagował został mocno klepnięty w wypięty tyłek.
- Aj…! – Pisnął oburzony Godfryd i wyskoczył z łóżka. Biała, haftowana przy rękawach srebrną nicią koszula okrywała go szczelnie do samej ziemi. Odrzucił na plecy splątane rude loki i posłał narzeczonemu krzywe spojrzenie. – Normalni ludzie o tej porze śpią! Poza tym gdzieś się wczoraj podziewał?!
- Ojciec zagnał mnie do pracy przy dokumentach. – Wandziu usiadł na materacu, spojrzał na chłopaka, po czym uśmiechnął się od ucha do ucha. Nocny strój Niemca może i był na pierwszy rzut oka niesamowicie cnotliwy, ale na drugi już niezupełnie. Słoneczko wpadające do komnaty oświetliło smukłą sylwetkę i spowodowało, że koszula stała się mocno prześwitująca. Doskonale było widać kuszące kształty jego ciała. – Wcale nie jest tak wcześnie. Chciałem cię zabrać na małą wycieczkę po okolicy. Och… – Wyrwało mu się nieopatrznie na widok zgrabnych pośladków.
- Czego tak wzdychasz jak zakochana kucharka? – Godfryd popatrzył podejrzliwie na Wandzia. Miał maślany wzrok, a na policzkach ciemne rumieńce.
- Niech pan się nie dziwi nieborakowi, ma przed sobą tyle nagusieńkich cudowności, a może się tylko popatrzyć – odezwał się Klaus, który właśnie wszedł do komnaty z naręczem ubrań i śniadaniem. – Wy panowie rycerze naprawdę jesteście biedni z tym czekaniem do nocy poślubnej – zachichotał niepoprawny pachołek.
- Co takiego?! – Pisnął zmieszany Godfryd i zwinnie schował się za stojącym pod ścianą parawanem. – Wynocha ohydni podglądacze! – warknął do obu mężczyzn, po czym zaczął się pośpiesznie ubierać. – Swoją drogą moja matka ma naprawdę dziwne poczucie humoru, tą koszulę dostałem od niej w prezencie.
- Nie gniewaj się, zaczekam na ciebie na dziedzińcu. – Wandziu nie chcąc jeszcze bardziej rozjuszyć chłopaka grzecznie wyszedł z komnaty. W duchu pogratulował przyszłej teściowej pomysłu.Teraz to już całkiem nie będzie mógł spać. Może ten ślub wcale nie był takim złym pomysłem jak mu się na początku wydawało. Niemiec może i był nieco dziwny, ale za to co za usta, nie mówiąc już o innych atrakcjach. Chłopakowi coraz bardziej podobała się wizja Godfryda u jego boku.
                                                                   ***
    Nie zdążyli jednak nigdzie wyjechać, bo kiedy Godfryd dosiadł wreszcie konia, podbiegł do nich zdyszany sługa samego Kraka. Przez chwilę nie mógł wydusić z siebie ani słowa.
- Jego wysokość prosi obu panów do siebie. Wybuchła straszna awantura i książę jest naprawdę wściekły! – Udało się w końcu wyrzucić z siebie przejętemu chłopakowi.
- Wiesz o co chodzi? – Niemiec zwrócił się do Wandzia.
- Nie mam pojęcia, ale chyba coś z Klausem – wzruszył ramionami. – Może narozrabiał, a ojciec nie chce się za bardzo wtrącać, skoro to twój pachołek.
- Na wszystkich bogów… - jęknął po cichu Godfryd. Obawiał się, że ich małe badania wyszły właśnie na jaw. Dobrze wiedział, że chłopak nie umie trzymać języka za zębami. Jak on teraz spojrzy w oczy władcy.
- Nie bój się książę nie gryzie, ale głos to rzeczywiście ma donośny. – Uśmiechnął się do zmartwionego narzeczonego mężczyzna. – Zawsze możesz schować się za mną – dodał rycersko. Nie miał zamiaru pozwolić, by ojciec znęcał się nad tym biedakiem.
    Kiedy weszli do sali tronowej i zobaczyli wściekłą minę władcy duszyczki uciekły im do pięt. Zatrzymali się w bezpiecznej odległości, po czy skłonili na wszelki wypadek niżej niż było to konieczne. Pokora i jeszcze raz pokora, a może się z tego jakoś wywinął, przynajmniej taką mieli nadzieję. Zobaczyli skulonego w kącie, szlochającego Klausa i trzech rozgniewanych mężczyzn - kowala Jana, wojewodę Zagona i koniuszego Mściwoja.
- Ci durnie tutaj – wskazał na Wiślan - omal nie pozabijali się dzisiaj w karczmie, o tego hojnie rozdającego swoje wdzięki na prawo i lewo łapserdaka. A wiesz ty mój przyszły zięciu jak się tłumaczył twój sługa?! – ryknął na struchlałego Godfryda, który natychmiast schował się za plecami Wandzia. – A  mianowicie, że wszystko robił na polecenie swojego pana i dla dobra Niemiec!
- Eee… - zdołał jedynie wymamrotać chłopak. – On mnie o prostu źle zrozumiał. – Udało mu się wymyślić na poczekaniu mizerną wymówkę. Postanowił zrzucić wszystko na głupotę Klausa. Nie chciał zatargu z groźnym teściem.
- No nie wiem. – Krak pomachał mu przed nosem kartką z nieszczęsnymi zapiskami pachołka z których był poprzedniego dnia taki dumny. – Mamy tu prawie naukowe dane. – Pokręcił głową z podziwem. – No, no… drogi wojewodo… całkiem niezły sprzęt…  – rzucił kpiąco do rycerza, który właśnie miał się ochotę zapaść pod ziemię na tysiąc lat.
- Ale w czym problem? – zapytał nieśmiało  Godfryd, przestępując z nogi na nogę.
- W tym, że oni wszyscy chcą du…, to znaczy ręki tego obwiesia na wyłączność! – wyjaśnił mu powarkując władca. – Czy on ma chociaż szlachectwo? Ci trzej to moi najlepsi ludzie!

- Pochodzi z ubogiej, ale rycerskiej rodziny – wymamrotał, wychylając głowę zza Wandzia. Tutaj czuł się wyjątkowo bezpiecznie, Wiślanin nie był dużo wyższy od niego, ale mocniej zbudowany. Miał wrażenie, że od porywczego władcy odgradza go potężny mur.
- Najwyższy czas, abyś poniósł konsekwencje swojej beztroski. – Krak skinął na Klausa, który poszedł bliżej na uginających się nogach. – W takim razie, żeby było sprawiedliwie urządzimy turniej, który z panów w nim zwycięży, tego poślubisz.
- Ale przecież… - Usiłował zaprotestować chłopak, ale nikt go nie słuchał.
- Bez wykrętów! Chcę cię widzieć dzisiaj po południu na trybunach, przygotowanego do małżeństwa! – Krak popatrzył groźnie na trzęsącego się pachołka. – I nawet nie myśl o ucieczce! - Dodał na widok jego spłoszonej miny. - Zadowoleni?! – rzucił jeszcze w stronę swoich skłóconych dworzan.
- Oczywiście Wasza Wysokość! - Mężczyźni opuścili komnatę kłaniając się w pas.
- Chodź, poszukamy ci jakiego stroju weselnego – Godfryd położył rękę na ramieniu sługi i razem udali się do jego sypialni. Wandziu został jeszcze w sali tronowej, by pomóc w zorganizowaniu zawodów.
   Załamany Klaus wlókł się smętnie za swoim panem, dopiero rok temu wyrwał się z nadopiekuńczych ramion matki. Wolność bardzo mu się spodobała, może aż za bardzo. Nigdy nie myślał o konsekwencjach swojego zachowania. Lubił seks i traktował go jak dobrą rozrywkę, w swojej naiwności sądził, że inni czują to samo. Okazało się jednak, że bardzo się pomylił. Rozchmurzył się nieco dopiero wtedy, gdy Godfryd wyciągnął ze skrzyni kilka swoich najlepszych szat i kazał mu przymierzyć.
- No dalej, nie ociągaj się, nie mamy zbyt wiele czasu by zrobić cię na bóstwo. – Próbował rozruszać milczącego sługę.
- A gdybym tak jednak uciekł? – szepnął chłopak, przymierzając kolejną tunikę.
- Zgłupiałeś do reszty?! – Godfryd wytargał go za ucho. – Chcesz zostać bezdomnym włóczęgą i przymierać głodem, zamiast szanowanym obywatelem? Ci mężczyźni wyglądali na porządnych rycerzy i na pewno cię nie skrzywdzą. Poza tym zawsze możesz do mnie przyjść w razie kłopotów. – Zmierzwił jasną głowę chłopaka.
***
   Kilka godzin później cała trójka czyli Wandziu, Godfryd i wystrojony w ślubne szaty Klaus zasiadła na trybunie po prawej stronie Kraka. Przed sobą mieli rozległy plac turniejowy, publiczność przybyła niezwykle licznie i nie było ani jednego pustego miejsca. Rzadko mieszkańcy grodu mieli okazję widzieć takie atrakcje, tym bardziej, że nagrodą w konkursie był przystojny Niemiec. Wiślanom wszystko co zagraniczne wydawało się zawsze dwa razy lepsze i godne pożądania, niż było w istocie. Skoro tacy bogaci panowie pojedynkowali się o pachołka, to musiał być kimś naprawdę wyjątkowym. Wszyscy wyciągali szyje niczym czaple, by chociaż z daleka go zobaczyć.
    W końcu pojawili się bohaterowie mającego się odbyć pojedynku. Rycerze zakuci od stóp do głów w ciężkie zbroje zatrzymali się przed królem, pokłonili dwornie i pozdrowili wiwatujące tłumy. Ludzie zaczęli robić zakłady kto wygra – wojewoda Zagon, kowal Jan czy koniuszy Mściwój. Cała trójka prezentowała się wspaniale na potężnych, bojowych rumakach, z kopiami dzierżonymi pewnie w krzepkich dłoniach. Każdy z nich pomachał Klausowi, który posłał im blady uśmiech i ciężko osunął się na ławę obok Godfryda.- Nie rób miny męczennika, powinieneś być dumny, że tacy zacni rycerze biją się dzisiaj o ciebie. – Poklepał uspokajająco pachołka mężczyzna.
- Obawiam się panie, że nie masz racji. Żaden z nich mnie nie zna.  Potykają się o zaszczyt zakontraktowania przy pomocy złotego kółeczka mojego zadka – westchnął smętnie. – Co będzie jak opadną łóżkowe emocje?
- Ja bym się tym nie przejmował na twoim miejscu. Lepiej powiedz, który ci się najbardziej podoba – szepnął mu na ucho.
- Mściwój oczywiście – odpowiedział bez wahania. – Zadbał o mnie jak należy, wycałował każdziuteńki kawałeczek, nawet wylizał do czysta moją…
- Bez szczegółów proszę! – Pacnął go w głowę zarumieniony Godfryd. – Ty zupełnie wstydu nie masz! Lepiej pomyśl jak pomóc fortunie. – Uśmiechnął się do zaskoczonego nieco tokiem jego rozumowania chłopaka, który po chwili zastanowienia skinął mu głową.
    Na plac wjechali przeciwnicy, ustawili się na dwóch końcach toru, spuścili przyłbice hełmów i podnieśli do góry kopie. Na dany przez herolda znak ruszyli w swoją stronę, ich zadaniem było strącenie rywala na ziemię. Kowal Jan w czarnej zbroi, z ramionami przypominającymi konary dębu, sprawiał wrażenie maszyny do zabijania. Wojewoda Zagon miał jednak nad nim przewagę doświadczenia, brał udział w wielu takich turniejach i w niejednym zwyciężył.
- Powinniśmy pomóc temu gorszemu – odezwał się po cichu Klaus.
- Nie ma sprawy… - Godfryd spojrzał na niego szelmowsko, po czym ukradkiem podłożył nogę kobiecie, dźwigającej właśnie kosz dorodnych jabłek, którymi handlowała wśród publiczności. Ponieważ siedzieli w pierwszym rzędzie, jak przystało na honorowych gości, owoce potoczyły się przez barierkę na tor, którym właśnie pędzili rycerze. Wojewoda znajdujący się bliżej publiczności zupełnie ich nie zauważył, jego koń kwiknął, wierzgnął i poślizgnął się, zrzucając go na ziemię. Chwilę potem otrząsnął się jednak i stanął na chwiejnych nogach. Kowal Jan wykorzystał okazję, zsiadł z rumaka, po czym sprawnie wyciągnął miecz. Rozpoczął się pojedynek, stal uderzała o stal aż sypały się iskry, ale Zagon oszołomiony upadkiem nie miał żądnych szans. Został pokonany i jeszcze raz rzucony na piach. Tłum zawył z radości, nie często zdarzało się, żeby ktoś z prostego ludu zwyciężył szlachcica. U Wiślan inaczej jak u innych ludów w szranki mógł stanąć każdy, wystarczyło, że miał odpowiednie wyposażenie. Panowie jednak szkoleni w rycerskim rzemiośle od dziecka mieli nad prostymi włościanami sporą przewagę.
- Co wy tam tak ciągle szepczecie ? Kombinujecie coś? – Wandziu zainteresował się prowadzoną przez chłopców dyskusją.
- Ależ skąd. – Klaus zamrugał niewinnie rzęsami. – Podziwiamy tylko umiejętności twoich ludzi.
- Aleś ty podejrzliwy. – Godfryd przysunął się bliżej do narzeczonego. Oparł się o niego ramieniem i wtulił w jego ciepły bok jako, że dzień był dość chłodny. – Potem idziemy do mnie – zamruczał z zadowoleniem. Teraz mężczyzna zwracał uwagę już tylko na niego i przestał oglądać się co robi, siedzący po drugiej stronie, pachołek.
    Tymczasem w szranki stanęli Mściwój i kowal Jan. Klaus, aż otworzył z podziwu usta na widok swojego faworyta, prężącego się przed zachwyconą publiką. Rozległy się ze wszystkich stron pełne aprobaty okrzyki i piski omdlałych na jego widok pań. Najwyraźniej był dość popularny nie tylko wśród ludu, ale także miejscowych szlachcianek. Teraz była jego kolej wspomóc przeznaczenie. Tym razem to kowal galopował torem najbliżej barierek. Czuł się już o wiele pewniej, zwycięstwo miał w zasięgu ręki. Ten wymoczkowaty koniuszy nie wyglądał mu na groźnego przeciwnika.
- Strasznie mi gorąco – powiedział głośno Klaus, po czym wstał ze swojego siedzenia. Potrząsnął głową i spinka się rozpięła, uwalniając złociste, długie do pasa włosy. Słońce rozświetliło je, tworząc wokół niego lśniącą aureolę. Chłopak z wdzięcznym uśmiechem zaczął guzik po guziku rozpinać swoją szatę. Patrzył przy tym prosto w oczy pędzącemu na złamanie karku Janowi, który zagapił się na niego jak przysłowiowa sroka w gnat. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst giętej blachy i biedak upadł rzucony brutalnie na piach przez kopię, rozbawionego jego głupotą, Mściwoja. Nie dał jednak rady wstać, by kontynuować pojedynek. Ból w połamanych żebrach odebrał mu dech w piersiach. Został ostrożnie wyniesiony z placu przez kilku służących.
   W tym samym czasie inni pachołkowie poskoczyli i rozdziali koniuszego ze zbroi. Podszedł do barierek, po czym elegancko pokłonił się Krakowi, posyłając zarumienionemu Klausowi szelmowski uśmieszek. Władca wziął za ramię chłopaka i stanął z nim obok wojewody.
- Oto nagroda, mam nadzieję, że okaże się warta twoich starań. – Włożył trzęsącą się dłoń pachołka w rękę mężczyzny. – To jest od dzisiaj twój mąż, jemu jesteś winny szacunek i posłuszeństwo.- Obrzucił do surowym spojrzeniem
- Tak wasza wysokość – odpowiedział drżącym głosem. Właśnie został usidlony na zawsze, co wcale mu się nie podobało. Bogowie raczyli wiedzieć co zrobi z nim ten pożerający go wzrokiem drań.
- Będzie przykładnym mężem, już ja tego dopilnuję. Zaopiekuję się nim należycie. – Koniuszy przesunął drapieżny wzrok po sylwetce Klausa. Doskonale wiedział, co właśnie obraca się w jego małej główce. Wystraszony głuptas najwyraźniej szykował się do ucieczki w siną dal. Ujął jego szczupłą rękę i włożył mu na palec pierścień rodowy. Chcąc nie chcąc chłopak musiał zrobić to samo, po czym złożyli jeszcze przysięgę przed księciem i bogami, a zgromadzona publiczność ocierała ze wzruszenia oczy.
- Pójdziemy potańczyć? – zapytał szeptem Klaus świeżo polubionego małżonka. Wolał jak najdłużej odwlec sam na sam. – Godfryd przygotował ucztę i zabawy.
- Innym razem, teraz pójdziemy dokończyć, to co zaczęliśmy. – Popatrzył na niego znacząco Mściwój.
- Myślisz tylko o jednym! – nadął się chłopak i splótł ręce na piersi. – Chcę najpierw na biesiadę!
- Ładnie ci z tym zarumienionymi ze złości policzkami – zarechotał beztrosko rycerz. Podszedł do zbuntowanego męża, podniósł go do góry i zarzucił sobie na ramię niczym brankę. Krak zasłonił się dłonią, by ukryć rozbawienie, on i cała reszta zgromadzonych doskonale się bawili.
- Puszczaj chamie! Wracaj do stajni czyścić kopyta! – darł się na cały plac wściekły chłopak. – Gdzie pchasz te łapy?! Wynoś się grabić siano, a nie mój tyłek macać!