niedziela, 1 stycznia 2017

Śmierdziuszek I


   Chciałam zrobić czytelnikom prezent z okazji Nowego Roku, wzięłam więc na warsztat tradycyjną bajkę o Kopciuszku. Jak to z dobrymi chęciami często bywa, wszystko wzięło w łeb. Być może w tej katastrofie ma swój niewielki udział piwo bananowe... W każdym razie to historia o tym, że nie ma się czym martwić na zapas i marnować życia na kompleksy, bo przecież każda potwora prędzej czy później znajdzie swego amatora. Nie kontemplujcie więc swoich paszczy w lustrze, tylko ruszajcie w tany bo zaczyna się karnawał.

  Miałam szczery zamiar napisać porządną wersję znanej wszystkim  baśni, ale no cóż...
Dawno, dawno temu, w dalekim kraju gdzie ponoć do pługa zaprzęga się białe niedźwiedzie, blisko miasta Pszczyny, w małym, rozpadającym się  dworku, szczodrze obsadzonym krzakami róż, mieszkał sobie Zbyszko zwany przez życzliwych Śmierdziuszkiem albo Kopciuchem. Tą drugą wersją przezwiska posługiwała się oczywiście macocha i zaprzyjaźnione z nią bogobojne niewiasty. Z czego można się domyślić, że kobieta nie była ona zbyt przyjaźnie nastawiona do chłopca, którego topniejącym majątkiem zarządzała po śmierci męża jako, że miał dopiero siedemnaście lat. Zaradna niewiasta szybko poradziła sobie z problemem, degradując zaledwie dzień po pogrzebie zasmarkanego i zapłakanego dwunastolatka  z pozycji dziedzica do pozycji parobka. Nikt się za nim oczywiście nie ujął. Miejscowi plotkarze chętnie mielili ozorami na ławeczce przed kościołem, ale wtrącać się w sprawy rodzinne nie mieli zamiaru. Nie było to dobrze widziane. Poza tym nic nie można było zyskać na pomocy sierocie. Minęło kilka lat. Teraz jejmość Anna musiała szybko wydać za mąż swoje nadobne córuchny, zanim młodzik dojdzie do lat dojrzałych i upomni się o swoją schedę. Oczywiście jak coś z niej jeszcze zostanie. Wdowa nie kontrolowana przez nikogo nie znała umiaru w wydawaniu powierzonych jej talarów. Na szczęście właśnie trafiła się wspaniała okazja pozyskać na zięcia nie byle kogo, bo samego pszczyńskiego księcia. Wczesnym rankiem posłaniec z zamku dostarczył zaproszenia na bal urodzinowy znanego z wyjątkowej urody, mizernej postury, ale o tym sza i zadzierania arystokratycznego nosa panicza. Podobno był tak wybredny, że nawet codzienne pludry przywożono mu z dalekiego Paryża. Dla jejmość Anny te wady nie miały żadnego znaczenia. Niby kto bogatemu zabroni. Najważniejszy był ciężki trzos i porządne, herbowe nazwisko. Zarzuciła więc na koszulę nocną wytworny peniuar, którego zazdrościły jej wszystkie kumoszki i pobiegła na parter, gdzie w małej przybudówce obok kuchni spał Kopciuch. Obecnie jedyna obok kulawej Kaśki służba jaką dysponowała. Niestety nowomodne łaszki sporo kosztowały, a pensja nieboszczyka męża okazała się dość mizerna, zwłaszcza w porównaniu z jej wielkopańskimi wymaganiami. Musiała więc już ze dwa lata temu zwolnić wszystkich parobków, a nawet ulubioną kucharkę.
Jak zwykle w komórce śmierdziało potem i śledziami, aż musiała sobie przytknąć do nosa perfumowaną chusteczkę. Kopciuch jak to kopciuch, wodę i mydło widział jedynie dwa razy do roku, na Boże Narodzenie i Wielkanoc, kiedy to razem z córkami, by nie robił wstydu w kościele, zapędzały go do wielkiej balii i szorowały aż poróżowiał. Darł się przy tym jakby go opętał sam Pan na Łęczycy. Z roku na rok był z tym coraz większy problem, bo chłopak całkiem porządnie wyrósł i nabrał krzepy. Praca na gospodarstwie wyraźnie mu służyła.
- Wstawaj niecnoto! Słońce już dawno wzeszło! Panienki trzeba nakarmić, przygotować suknie na tańce ! - Wyszarpnęła mu spod głowy poduszkę.
- Na balu się najedzą! Licho tam z nimi! - Chłopak nakrył się workiem po ziemniakach. Nieznośna kobieta codziennie wstawała o szóstej rano i wyciągała go z ciepłego łóżka, jeśli tak można nazwać rzucony na podłogę stary siennik. Poprzedniego dnia do późnej nocy zajmował się rodzącą klaczą. Śliczny źrebiec wynagrodził mu trud. Niestety rzucił się na posłanie dopiero o czwartej, a ta nieznośna baba skoro świt skrzeczała mu nad uchem. - Prawdziwe damy nie wstają przed południem. - Dodał złośliwie.
- Powinieneś mieć wzgląd na siostry. Dzisiaj odbędzie się bal, a im czas iść za mąż . - Macocha starała się nie tracić cierpliwości. Obrażona służba była gorsza od najazdu tatarów. Rozprawi się z leniwym niecnotą następnego dnia. Dzięki niebiosom nareszcie usiadł i poczochrał się po niewiadomego kolory kołtunie związanym sznurkiem. Skrzywiła z odrazą usta. Wody w studni nigdy nie brakowało. Wstyd i skaranie boskie na cała okolicę.
- Jak trzeba wysupłać złocisza na nowe buty to Kopciuch, a kiedy jaśnie panny idą w tany to braciszek - wymamrotał pod nosem. Złapał spodnie dosłownie w ostatniej chwili. Guzik, który je podtrzymywał potoczył się z brzękiem po kamiennej posadzce.
- Dobrze już dobrze, niech pani matka się nie gorączkuje. Zaraz będzie jajecznica. - Poczłapał, tłukąc się niemiłosiernie chodakami do kuchni. Włożył do miski z wodą końce palców, coby delikatne niewiasty znowu nie narzekały, że im kanapki zalatują stajnią. Nie ma co ukrywać, Śmierdziuszek zawdzięczał swoje przezwisko wrodzonej odrazie do wody i mydła. Podobno jako dziecko wpadł do balii z praniem i doznał takiego szoku, że już nigdy dobrowolnie się nie dokonał ablucji. Jedynie nieboszczka matka potrafiła go zagonić do kąpieli. Macocha się tym specjalnie nie przejmowała, gdyby uznano go za niespełna rozumu majątek pozostałby w jej chciwych rękach. Wyjątek stanowiły dwa dni w roku, kiedy to obowiązkowo należało pokazać się w kościele.
***
   Zosia i Krzysia siedziały na wspólnym łóżku podskakując z radości niczym podlotki, którymi dawno już przestały być. Siały staropanieńską rutkę od trzech lat. Wyrywały sobie z upierścienionych rączek niedawno wytworny, teraz już mocno sfatygowany kartonik. Z trudem sylabizując odczytały fikuśne, ozdobne litery. Nauka nigdy nie była ich mocną stroną. Jak głosiła pani matka nadobna panna nie musiała kłopotać sobie główki nikomu niepotrzebnym kształceniem, od tego cera szarzała i dostawało się waporów. Wystarczyło, że grała na klawikordzie, śpiewała modne pieśni oraz miała słodkie lica. Na widok wchodzącego z tacą brata zapiszczały i rzuciły się w jego kierunku, paplając jak nakręcone.
- Już niedługo będziemy jeść na zamku tureckie bakalijki i pić słodkie wino. Podzielimy się z tobą jak nam przygotujesz kąpiel i porządnie odświeżysz suknie. - Wyższa z sióstr próbowała wprawić w dobry humor skrzywionego pod ciężarem ogromnej tacy chłopaka . Miał bardzo zręczne ręce i jeśli chodzi o zajęcia domowe ufała mu o wiele bardziej, niż pobłażającej im we wszystkim rodzicielce, która nie umiała nawet zaparzyć herbaty.
- Będziesz do nas mówił Jaśnie Pani Księżno. - Wydęła pulchne usteczka druga. - Już niedługo przewieziemy cię prawdziwą karocą.
- Drogie przyszłe jaśnie panie. Czy przyszło wam do tych pustych główek, że my nie tatary i w naszym pięknym kraju nie obowiązuje wielożeństwo? - Śmierdziuszek nieraz się zastanawiał, co tam pulta się im między uszami. Biedactwa były nawet ładne, ale całkiem pozbawione krzty zdrowego rozsądku. Niestety miał w tym swój udział. Codziennie gnębiły go o czytanie im do snu kolejnego romansu. Jakoś nie umiał odmówić składającym rączki i robiącym sarnie oczęta pannicom. Skutek tego był taki, że ich nieszczęsne głowiny cały czas przebywały w bajkowej krainie pośród książąt na białych koniach, jednorożców i pałacowych sal. Aż strach pomyśleć co się będzie działo, kiedy wyfruną z rodzinnego gniazda.
- Że niby jak? - Zaniepokoiła się Krzysia. Matka zawsze twierdziła, że są jej najwspanialszymi królewnami i na pewno nie potrzebują tego wielo.. wielo coś tam...
- To znaczy, że nasz niezdecydowany od lat książę może poślubić tylko jedną z was, a druga pozostanie nadal coraz starszą panną.
- Ale Śmierdziuszku... - chlipnęła nagle młodsza. - Co my teraz zrobimy? Książę jest tylko jeden!! - Podniosła załzawione ślepka na brata. Zawsze wiedział jak wyjść z opresji. Był najmądrzejszą osobą jaką znała. Nawet ksiądz proboszcz nie przeczytał tylu książek. Nieboszczyk ojciec miał bibliotekę, której ponoć zazdrościł mu nawet Pan na Pszczynie. Chłopak nie lubił popisywać się umiejętnościami, zwłaszcza przed matką, ale ona swoje wiedziała.
- Poza tym powinieneś iść z nami, nigdy nie byłyśmy na zamku. Podobno zjadą się panowie z całej okolicy. Nawet zza granicy. - Aż otworzyła usta z podziwu, widać jej było migdałki i lekko krzywe zęby. - Co zrobię jak mnie jakiś barbarus zechce porwać?! Musisz nas pilnować! - Tupnęła małą nóżka dla podkreślenia swoich racji. - Na pewno zemdleję... Wiesz, że jestem słabowita... - Przewróciła melodramatycznie oczami. - A jakby jeszcze miał taaakie muskuły...- Tu jęknęła z podziwu. Zrobiło się jej jakoś drżąco na serduszku. Poczerwieniała i spuściła oczy.
- Wielkolud z niebieskimi oczami, ogromną szablą u boku, w jedwabnym żupanie...- zagruchała druga z dziewcząt, równie podekscytowana. - Uprowadzi nas na swoim rączym rumaku, rzuci na łoże ze skór białych niedźwiedzi i ...
- I powie dobranoc mości panny, czas spać! - Pociągnął ją za warkocz rozeźlony chłopak. Aż mu się zrobiło zimno, kiedy wyobraził sobie te dwie głuptule na balu pośród tłumu doświadczonych, dworskich podrywaczy. Jak nic skończą w pałacowym parku z zadartymi spódnicami. Nie mógł tak tego zostawić, co prawda były przyszywanymi siostrami, ale zawszeć to jakaś rodzina.
- Niby mógłbym iść, problem w tym, że zaproszone są tylko niezamężne panny.- Podrapał się po skołtunionych włosach.
- Przecież ty nie jesteś zamężny - wtrąciła Krzysia. Ona też ufała swojemu bratu. Matka nigdy nie miała dla nich czasu zajęta strojeniem się i brylowaniem w towarzystwie. Śmierdziuszek zawsze był obok i nieraz ocierał dziewczęce łzy, uczył je jeździć konno, opatrywał pozdzierane kolana.
- A wyglądam ci na pannę na wydaniu? - Wyprostował swoją smukłą, mocno uwalaną popiołem sylwetkę. Piec w kuchni był złośliwym paskudztwem i pamiętał jeszcze chyba czasy króla Mieszka.
- Olaboga... Już po nas... - zajęczała Zosia.
- Czuję, że mój wianek dzisiaj zwiędnie - załkała Krzysia.
- Przestańcie już wyć! Balię wam przyniosę, szorować się i włosy upinać! - Wziął się groźnie pod boki. - Wypłukać z łebków tych barbarusów, stracone wianki i inne durnoty! Coś wymyślimy, najwyżej pójdę po radę do Wiedźmy Chrzestnej.
- Dziewczęta na takie oświadczenie rzuciły mu się na szyję, nie bacząc, że teraz i one były upaćkane i śmierdziały stajnią. Skoro Śmierdziuszek dał im słowo, znowu zaczęły piszczeć z radości. Miały przed sobą niezapomniany wieczór w czarodziejskiej krainie.
Chłopak nie miał wyjścia, skoro obiecał, musiał teraz nałamać sobie głowy, co z tym całym balowym problemem począć. Naszykował rozdokazywanym gąskom kąpiel, wytrzepał i rozwiesił w oknie najlepsze suknie, przetarł trzewiki ze srebrnymi klamerkami. Niestety nie mógł się skupić. Hałaśliwe smarkule czyniły rwetes na całą okolicę. Potrzebował spokoju. Cichaczem wymknął się z dworu i pobiegł nad strumień. Usiadł na płocie należącym do sąsiada i zerwał z stojącego obok drzewa kilka dorodnych gruszek. Schował je za koszulę. Słoneczko przygrzewało, ptaszki ćwierkały i trochę mu się zdrzemnęło.
***
   Andrzej albo jak z francuska mawiała matka Anree, miał serdecznie dość całego zamieszania związanego z jego urodzinami. Znowu jak co roku będzie musiał się uśmiechać do jakiś pannic przybyłych z zapyziałych zaścianków, które umiały jedynie piszczeć niczym przydeptana mysz, nie wspominając już o maltretowaniu w tańcu jego książęcych stóp. Prędzej zje swoje wytworne, zamszowe buty z czerwonej skóry niż ożeni się z którąś z nich. Poprawił przed lustrem jasny lok, który nieustannie wpadał mu do błękitnych niczym chabry oczu. Obciągnął dopasowany do wąskiej talii żupan. Uśmiechnął się do siebie. Próżno by szukać w okolicy przystojniejszego kawalera gdyby nie... Tu stanął na palcach. Co tu dużo gadać, mizerny wzrost książęcego syna był niezaprzeczalnym faktem. Odziedziczył delikatną posturę po włoskiej rodzicielce. Ojciec określał jego sylwetkę bardziej dosadnie.
- Takiego kurdupla jeszcze nie było w naszej rodzinie. Wszystko przez te francuskie fanaberie pani matki. Trzeba było jeść baraninę z rusztu jak na babę z brzuchem przystało, a nie skubać gołąbki w cieście z zieleniną niczym królik.
Oczywiście Andree, obrażał się za każdym razem, kiedy to słyszał i przez kilka dni nie odzywał do księcia pana. W księgach wyczytał o wielu sławnych ludziach, którzy byli niscy, za to wielcy duchem. Postanowił wytknąć to przy śniadaniu.
- Kleopatra była niższa ode mnie, zobacz na ryciny, a wszyscy nadal sławią jej imię! - Położył tryumfalnie na stole grube tomiszcze.
- Niby tak, ale zważ synu, że to niewiasta, którą ty nie jesteś chyba, że o czymś nie wiem - zarechotał niepoprawny pan na Pszczynie. Lubił drażnić się ze swoim potomkiem, którego matka od urodzenia wbijała w pychę i chowała niczym zamorskiego królewicza. Uważał, że w ten sposób utrzymuje równowagę i pomaga chłopakowi dorosnąć. Nie potrzebował paniczyka w koronkach i jedwabnych pludrach, które ostatnio były takie modne, tylko solidnego dziedzica, który umiałby zadbać o schedę. A co do niechęci Andrzeja do ożenku, miał swoją teorię, ale za nic nie podzieliłby się nią ze swoją nadobną połówką. Toż to dopiero byłby dramat i komedyja.
***
   Młody książę, wyprowadzony z równowagi przez ojca i dręczony o wybór na balu narzeczonej przez matkę, zwyczajnie uciekł z zamku. Nie był jakimiś salonowym niezgułą, świetnie władał bronią i jeździł konno. Przypasał szablę do boku i zwinnie wyskoczył przez balkon. Pogalopował przez pola i lasy prosto przed siebie. Trwało to dobre pół godziny. Kiedy złość mu przeszła zatrzymał się w zupełnie nieznajomej okolicy. Jak nic potrzebował miejscowego przewodnika. Ojciec dopiero by miał używanie gdyby się okazało, że zgubił drogę we własnych włościach. Zsiadł Z konia i napił wody z przepływającego przez łąkę strumienia, po czym podniósł głowę i bacznie rozejrzał dookoła. Nieopodal biegł drewniany płot, za nim widać było duży sad. Na żerdzi siedział najbrudniejszy parobek, jakiego kiedykolwiek widział. Włosy przewiązane miał konopnym sznurkiem, a spodnie wisiały nisko podtrzymywane postrzępioną szarfą. Chrupał wyciągnięta z zanadrza złocistą gruszkę. Co chwilę coś zgrzytało mu w zdrowych, białych zębach. Wtedy wycierał owoc o koszulę i z przymrużonymi z przyjemności zielonymi oczami jadł dalej. Miały rzadko spotykaną barwę pierwszej, wiosennej trawy. Nawet nie drgnął na widok jego prześwietnej osoby mimo, że wyprostował jak mógł swoją sylwetkę i przybrał najlepszą pozę.
- Dobry człowieku, wskażcie mi drogę na zamek - zażądał wyniośle. - Zapłacę. - Chciał przećwiczyć na chłopaku książęcy majestat, ale raczej średnio mu wyszło. Zdrajca żołądek zaburczał radośnie na widok soczystych owoców. Obrażony na rodziców niewiele zjadł na śniadanie.
- Może najpierw gruszeczkę? - Chłopaczysko wyciągnęło do niego rękę z owocem. Widząc jak się krzywi, na widok brudnego owocu otarł go o spodnie. - Trochę kurzu z drogi ci nie zaszkodzi mizeroto, smak się przez to nie zmieni.  Lepiej się posil bo bladyś jakiś, jeszcze mi z konia spadniesz. Nie martw się do zamku niedaleko. Przyjechałeś w gości?
Andrzej, który był naprawdę bardzo głodny usiadł dość daleko od pyskatego parobka. Nie chciał sobie pobrudzić eleganckiej kurteczki. Obracał w rękach owoc, zastanawiając się czy mu aby nie zaszkodzi. W końcu krzywiąc się wbił zęby w miąższ, poczuł w ustach piasek i omal nie zwymiotował.
- Jak możesz to jeść? - Odetchnął głęboko, aby odzyskać równowagę.
- Skoro jej smakuje, to mnie też. - Ku przerażeniu księcia wbił palec w gruszkę i wydłubał z niej, wielką tłustą gąsienicę. Oczy chłopaka zrobiły się okrągłe, a twarz pozieleniała. - Spójrz jaka dorodna sztuka. - Poczochrał stworzonko po brązowych włoskach na grzbiecie i wypuścił na trawę.
- Ooch...- Zdołał jedynie wyjąkać.
- Spokojnie mały, chyba nie myślałeś że zjem ta ślicznotkę?  - roześmiał się Śmierdziuszek serdecznie ubawiony strachem w oczach paniczyka. Był kruchy niczym porcelanowa laleczka z pozytywki macochy. Lubił podnosić jej misternie rzeźbioną pokrywkę, maciupeńki, uroczy elf na dnie pudełeczka wykonywał wtedy wdzięczne ruchy w takt muzyki.
- Nie jestem mały tylko delikatny - warknął Andrzej, który na punkcie swojego wzrostu miał poważny kompleks. - Poza tym jeszcze rosnę.
- Nie chciałem cię urazić. - Bez trudu podniósł chłopaka i wsadził na konia, który zwabiony walającymi się w trawie rumianymi jabłkami podszedł do samego płotu. - Moje siostry są chyba w twoim wieku i też jeszcze rosną. - Ulokował się z tyłu po czym ujął lejce. Panicz ostentacyjnie zatkał nos.
- Cuchniesz.. Ile mają lat?- Kwestia wzrostu zawsze go żywo interesowała.
- Może i tak, ale za to znam okolicę. Skoro ci jednak to przeszkadza to już znikam. - Zaczął się zsuwać na ziemię.
- Zostań - odezwał się łaskawie. Prawdę mówiąc, parobek może i zalatywał potem, ale także sianem, wiatrem i łąką. A silne ramiona, które go otoczyły, sprawiły mu dziwną przyjemność. - Siostry urosły coś  w tym roku?
- Bardzo dziękuję jaśnie panu za wyrozumiałość. A dziewuchy owszem rosną niczym pączki tyle, że wszerz - zarechotał i popędził konia, nie przejmując się zbytnio arystokratycznym fochem swojego współpasażera.

To zamek w Pszczynie. Prawda, że piękny? Otoczony jest wspaniałym parkiem.


niedziela, 1 marca 2015

Ważna Informacja!

Blogger od 23. 03. 2015 wprowadza zakaz zamieszczania materiałów o treści erotycznej. Dlatego przenoszę swoje opowiadania na wordpress, ponieważ tutaj nie będę już mogła niedługo swobodnie publikować.

Mój nowy adres to - https://stregabiancabl.wordpress.com/

poniedziałek, 2 lutego 2015

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach VII

     Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach VII
      Uczta weselna była naprawdę wspaniała. Sułtan stanął na wysokości zadania i nie poskąpił złota. Uginające się pod jadłem i napitkiem stoły rozstawiono nie tylko w pałacu, ale i wzdłuż ulic i placów. Każdy mieszkaniec Bagdadu mógł się posilić i napić za zdrowie młodej pa.. znaczy triady.
W przestronnej sali biesiadnej, przystrojonej girlandami z kwiatów, doskonale się bawiono. Dżin z szerokim uśmiechem na twarzy siedział po prawej stronie władcy. Po obu bokach miał swoich, już na zawsze, chłopców. Wezyr oczywiście usadowił się po lewej i nie przestawał usługiwać z kwaśną miną swojemu panu, który nie szczędził mu dwuznacznych pochwał i aluzji. Biedak wielokrotnie to czerwieniał, to bladł na twarzy, mając ochotę wpełznąć pod stół.
- Dżafar chyba wyjątkowo dobrze się sprawował – Jasmin wodził wzrokiem od ojca do zmieszanego coraz bardziej mężczyzny, którego nie było przecież łatwo zbić z tropu. – Nie odrywasz od niego oczu. – Po tej uwadze zarumienił się również i Hassan, który palnął zaraz bez zastanowienia.
- Zrobił mi niesamowitego loda, nigdy nie zapomnę jego smaku. – Jego mina wyrażała czysty błogostan.
- Nie miałem pojęcia, ze nasz wezyr jest takim dobrym cukiernikiem. – Niewinny Jasmin nie miał pojęcia, dlaczego obaj mężczyźni tak nagle się speszyli i ukryli twarze za kielichami z winem.
- Taa… - Sułtan był już lekko podchmielony i nie bardzo panował nad swoim językiem. Nie zwracał też specjalnie uwagi na otoczenie. – Prawie cały czas jęcz… e… mlaskałem z zachwytu.
- Może ciasteczko?- powiedział słabym głosem Dżafar i podał wszystkim tacę z łakociami, mając nadzieję, że w końcu się zamkną, a przynajmniej zmienią temat. Na samo wspomnienie, co wyprawiał poprzedniego dnia, robiło mu się jakoś dziwnie miękko i gorąco.
   Tymczasem nasi chłopcy zachowywali się jeszcze dziwniej niż Hassan i wezyr. Niby jedli spokojnie spóźniony obiad, postukując srebrnymi sztućcami i prowadząc kulturalną rozmowę, ale co chwilę podskakiwali z cichym piskiem, którego najwyraźniej nie mogli opanować. Rzucali przy tym na siebie i wszystkich wokół podejrzliwe spojrzenia. Dworzanie mieli niezłą zabawę obserwując i komentując, co się dzieje. Jeśli Hassana rozumieli doskonale, bo, w przeciwieństwie do młodego księcia, wiedzieli, o jakiego loda mu chodziło, to zachowania trójki nowożeńców nie mogli rozgryźć. Wiercili się, zmieniali kolorki, zagryzali wargi, zupełnie jakby coś kąsało ich w zgrabne tyłeczki. Nic jednak nie działo się takiego, czym można by było wytłumaczyć ich niepokój. A może po prostu nie mogli się doczekać nocy poślubnej?
   Aladyn był naprawdę głodny - oficjalne uroczystości trwały od rana i ostatnio miał w ustach śniadanie. Nie czuł się zbyt komfortowo w obecności tylu ludzi, obserwujących każdy jego gest. Mimo że stół był obficie zastawiony, on włożył do ust dopiero kilka kęsów. Co prawda Eblis wiele go nauczył o właściwym zachowaniu, ale gdzieś w środku był nadal tym samym Alem – złodziejem i sierotą z Bagdadu. W dodatku, kiedy sięgał po pieczeń, poczuł jak czyjeś zwinne palce zaciskają się na jego pośladku. Odwrócił się, ale nikogo nie zauważył. Napotkał jedynie równie speszone spojrzenie Jasmina. A więc to ten mały drań zabawiał się jego kosztem.
- Ejże, poczekaj z tym do nocy poślubnej! – Pociągnął go za warkocz.
- To ty się uspokój i przestań mnie macać po udzie! – prychnął w odpowiedzi książę.
- Nie dotknąłem cię…
- Akurat ci uwierzę… Trzymaj łapy przy sobie i nie zwalaj winy na mnie!
- Chyba, że…
Obaj chłopcy jak na komendę popatrzyli oskarżycielsko na dżina, który z najniewinniejszą miną ogryzał udko z kurczaka. Zamrugał długimi rzęsami, jakby nie miał najmniejszego pojęcia, o co chodzi. Zdradziły go oczy, nadmiernie błyszczące i pełne złotych iskierek.
- Jesteśmy na uczcie, świntuchu! – wrzasnęli na niego z dwóch stron.
- Niby jak? Przecież jem. – Rzeczywiście obie ręce miał zajęte. Chłopcy nie mogli się do niczego przyczepić i wzruszyli tylko ramionami, przysięgając sobie w duchu, że złapią go na gorącym uczynku. Byli przekonani o jego winie, ale nie mogli mu niczego udowodnić. Zapomnieli o jednym, drobnym szczególe…
Na chwilę zapanował względny spokój i mogli się w spokoju najeść. Po jakimś jednak czasie zabawa zaczęła się od nowa. Jeszcze kilka razy poczuli, jak utalentowane palce spacerują po ich ciele, wyznaczając ogniste, drżące szlaki. Wkradały się pod koszulki, drażniąc wrażliwe sutki, głaszcząc napięte brzuchy, na szczęście omijając z daleka spodnie i miejsce, które najbardziej domagało się dotyku. Nie udało im się dostrzec winowajcy, za to obaj dorobili się erekcji i ukradkiem zaciskali uda pod stołem.
***
   Pierwsza z uczty zniknęła para Hassan–Wezyr. Najpierw Dżafar został wysłany do garderoby po nowy kaftan, ponieważ jego pan poplamił się sosem. Długo jednak nie wracał i zniecierpliwiony mężczyzna udał się jego śladem. Po korytarzach plątało się mnóstwo gości, wszyscy mocno podchmieleni i w doskonałych humorach gratulowali mu zięciów. Droga ciągnęła się więc w nieskończoność.
Powoli zapadała noc. Zarówno sypialnia jak i garderoba mieściły się na parterze, a ich okna wychodziły na zatłoczony dziedziniec. Trwały właśnie pokazy wynajętych, kuso odzianych tancerek, skąd słychać było skoczną, pełną namiętnych rytmów muzykę. Sułtan wszedł do komnaty i zobaczył coś, co spowodowało, że krew uderzyła mu do głowy, a z ust wydobyło się ciche warczenie. Dżafar stał pod ścianą w rozpiętej koszuli, jego kaftan leżał już na dywanie. Przyciskany do muru przez dwóch młodych dworzan pojękiwał, obmacywany przez cztery rozochocone dłonie.
- Co wy tu wyprawiacie?! – wrzasnął władca, a czerwona mgła stanęła mu przed oczami. To on tyle lat trzymał ręce przy sobie, traktował wezyra z najwyższym szacunkiem, a ten bladolicy zdrajca oddawał się właśnie pierwszym podpitym drabom, którzy go dopadli.
- Wynocha! – furia w jego głosie spowodowała, że mężczyźni zniknęli w ciągu sekundy. Dżafar usiłował przemknąć się za nimi, ale został przetrzymany za ramię i rzucony z powrotem na ścianę. – Ty zostajesz i pokażesz mi, jaką jesteś chętną dziwką!
- Ale, Wasza Wysokość… - Nigdy nie był zbyt odważny. Zazwyczaj podnosił rękę jedynie na słabszych od siebie. Teraz stał, drżąc na całym ciele. Jeszcze nigdy nie widział tego łagodnego mężczyzny w takim stanie. Oczy ciskały na niego błyskawice, a zęby były obnażone niczym u zwierzęcia.
 - Na co czekasz?! – padło szydercze pytanie. – Ściągaj spodnie i wypnij tyłek! - Do Hassana nic nie docierało. Podły zdrajca zasługiwał na nauczkę. Nie był wart lepszego traktowania. Skoro obłapiał się po kątach z byle kim, to weźmie go jak sukę  w rui. Na myśl o tym, że sam tak długo zastanawiał się, żeby chociaż go pocałować, o mało nie trafił go szlag.
- Ja nigdy… - Wezyr pierwszy raz naprawdę bał się swojego pana. Widział, że zupełnie stracił nad sobą panowanie. Zawsze to on dyktował w związku warunki i był stroną dominującą. Ogromnie dumny, nigdy nie pozwolił nikomu dobrać się do swojego tyłka. Podszedł do dużego fotela, złapał się trzęsącymi rękami za jego poręcze i pochylił do przodu. Rozpięte spodnie same opadły mu do kostek.
- Wypieprzę cię tak, że już nigdy nawet nie pomyślisz o kimś innym! – Sułtanowi widok zgrabnych pośladków, o których tak długo marzył, odebrał resztki zdrowego rozsądku. Zbliżył się do mężczyzny i złapał za biodra tak mocno, że natychmiast pojawiły się na nich ślady. Natarł swojego sterczącego bojowo członka oliwą ze stojącej obok lampy, po czym pchnął brutalnie w pomarszczony otworek bez żadnego uprzedzenia.
- Aaa… yy… - wrzasnął Dżafar, niespodziewający się takiego ataku. Hassan zawsze był dla niego wyrozumiały i delikatny. Teraz jednakże zmienił się w bezrozumne zwierzę, kierujące się jedynie chucią. Jedną ręką trzymał go za biodro, nadając ostre tempo, drugą zaś wędrował po drżącym ciele, drapiąc miękką skórę, szczypiąc sutki, ugniatając boleśnie jądra i penisa.
- Kręć żwawo tyłkiem! Przecież to lubisz! – Za każdym razem wdzierał się do końca, zupełnie oszołomiony doznaniami, wyrywając z ust partnera żałosne piski, które powoli jednak zaczynały się zamieniać w coś zgoła innego.
- Och… Hmm… - Wezyr czuł dotkliwy ból i, co dziwne, potęgującą się z każdą chwilą obezwładniającą go rozkosz. Jego ciało zareagowało na sprzeczne bodźce ze zwiększoną wrażliwością. Rozsunął szerzej uda i zaczął ochoczo ruszać pośladkami. Ta upokarzająca sytuacja zaczęła mu się, wbrew wszelkiej logice, coraz bardziej podobać. Słyszał za swoimi plecami pomruki przyjemności i powarkiwania swojego pana.
- Skomlij głośniej! Błagaj o jeszcze! Chcę słyszeć, jak ci się podoba! – Hassan zupełnie się zatracił. To było złe, dobre, wstrętne, najlepsze! Doskonałe! Dosłownie spalał się w dzikim ogniu namiętności. Przed oczami widział szkarłatne błyski, spiął się, wygiął w łuk i pchnął po raz ostatni, zalewając wnętrze kochanka strumieniem spermy.
- O tak, mój panie! – wyjęczał chrapliwie wezyr, spuszczając się na perski dywan. Jeszcze nikt mu tak nie dogodził, zupełnie bez sił opadł na kolana. Jak przez mgłę usłyszał oddalające się kroki. Nadal cały drżał od poorgazmowych dreszczy, a wstyd i upokorzenie wyciskały z jego oczu palące łzy. Pierwszy raz ktoś go tak potraktował. Tylko dlaczego, na Boga, był to z pewnością najlepszy seks w jego życiu? Kiedy jakoś doszedł do siebie, wziął szybką kąpiel i udał się na poszukiwanie swojego pana. Teraz wiedział, do kogo należał i nie miał już zamiaru temu zaprzeczać. Odnalazł Hassana w gościnnej sypialni, chrapał przez sen i mamrotał coś niespokojnie. Nagi wsunął się pod kołdrę i przytulił do ciepłego boku. Zasnął po chwili, czując, jak silne ramię obejmuje go w pasie i przysuwa bliżej. Pokręcił pośladkami i przycisnął je do brzucha mężczyzny.
***
  Kiedy trójka nowożeńców zauważyła brak Hassana, także postanowiła opuścić przyjęcie. Goście w większości byli już w takim stanie, że nie potrzebowali ich towarzystwa. Demon wziął chłopców za ręce i poprowadził na taras. Zapadła już noc, którą rozświetlały liczne na pogodnym niebie gwiazdy oraz porozstawiane wszędzie płonące pochodnie.
- Co teraz? – Jasmin nie miał pojęcia, co planuje dżin. Chciał jak najszybciej znaleźć się w zaciszu sypialni.
- Cierpliwości, książę, zawołam tylko nasz pojazd. - Eblis zagwizdał przeciągle i wszyscy mogli zobaczyć lecący w ich stronę wzorzysty dywan. Był sporych rozmiarów, mógł z pewnością pomieścić kilka osób.
- Ee…? – Aladyn wytrzeszczył oczy. – Nie wsiądę na to za żadne skarby! – taras wznosił się wysoko nad pustynią, pod nim ziała bezdenna przepaść.
- Nawet jeśli powiem, że czeka na nas baśniowa sypialnia z ogromnym łożem? – Demon podniósł znacząco do góry jedną brew. Na takie oświadczenie jego młodzi małżonkowie w ciągu ułamka sekundy znaleźli się na kobiercu. Od kilku tygodni nieznośny sułtan trzymał ich na diecie, niby to dla dobra poddanych. Nie mogli się więc doczekać chwili, kiedy będą mogli rzucić się w swoje ramiona. Dżin usiadł za ich plecami, obejmując ich mocno ramionami. Dywan powoli wzbił się powietrze, przez chwilę lecieli nad rozświetlonym, pełnym bawiących się ludzi Bagdadem. Pili zdrowie nowożeńców i tańczyli do upadłego. Nikt nie spał, z wyjątkiem starców i dzieci. Kobierzec wznosił się coraz wyżej i wnet wszystko przysłoniły obłoki. W końcu ujrzeli przed sobą cel podróży. Pośród chmur, na tle rozgwieżdżonego nieba, unosił się biały pałac o stu wieżach. Kiedy wylądowali na rozległym dziedzińcu, zalśniły srebrno-błękitne wzory na marmurowej posadzce. Chłopcy westchnęli z podziwem, nigdy nie widzieli czegoś równie pięknego.
- Wspaniały! – Aladyn stał z otwartymi ustami.
- Idealny! – zawtórował mu Jasmin.
- Nasz nowy dom. – Uśmiechnął się do nich dżin i poprowadził ich prosto do sypialni. – Bardzo się napracowałem, więc liczę na odrobinę wdzięczności. Rzucił się na łoże, które zajmowało lwią część komnaty i rozparł się na nim niczym udzielny władca. Spoglądał na nieco zmieszanych chłopców spod długich rzęs, wyglądali niesamowicie słodko z tymi rumieńcami i spuszczonymi głowami. Wokół płonęły dziesiątki świec, porozmieszczane na każdym dostępnym miejscu. Roztaczały dookoła ciepły blask. Jedwabna, ciemnoczerwona pościel wyglądała zachęcająco, a leżący na niej uśmiechnięty mężczyzna właśnie pozbywał się koszuli i butów.
- Jest zbyt jasno – odezwał się nieśmiało Aladyn i położył obok demona.
- Prawie jak w dzień. – Jasmin zajął miejsce z drugiej strony.
- Chcę was móc podziwiać. – Obdarzył ich płomiennym wzrokiem. – Pragnę widzieć dokładnie każdziuteńki kawałeczek waszych pięknych ciał, który będę całował. – Po tych słowach wszystkie ubrania zniknęły. Chłopcy pisnęli i zgodnie wpełzli pod kołdrę. – Małe tchórze! – Eblis zrobił to samo, łapiąc uciekinierów za tyłeczki i przytulił do swoich boków. Przewrócił ich na wznak, pocałował namiętnie najpierw Ala, a potem Jasmina. Reszta utonęła w dziwnym, złocistym obłoku. Chłopcy nie mieli pojęcia, jak to się dzieje, ale obaj czuli gorące dłonie na swoich ciałach. Spragnione wargi wytyczały drogę na południe, a zęby kąsały wygięte szyje, by za chwilę zacisnąć się na stwardniałych sutkach. Mieli wrażenie, ze Eblis ma co najmniej cztery ręce i dwoje wygłodniałych ust. Leżeli tak, jak im kazał, z zamkniętymi oczami, wijąc się i jęcząc, co i raz zaciskając kurczowo dłonie na pościeli.
- Zrób coś, zanim się rozpłynę! - Aladyn był już na granicy wytrzymałości, jego napęczniały do bólu penis sączył obfite krople.
- Drażnisz się z nami specjalnie! –pisnął książę i rozsunął smukłe uda, ugniatane właśnie przez pożądliwe dłonie.
- Jak zwykle niecierpliwy! – Dżin był w siódmym , może nawet ósmym niebie. Odczuwał zwielokrotnioną przyjemność. Dzięki zaklęciom wyczarował podwójną ilość rąk, warg i penisów. Uznał, że w ten sposób nikt nie będzie poszkodowany i zaspokoi jednocześnie obu swoich słodkich małżonków. Twarde jak skała członki o aksamitnych główkach ocierały się właśnie o zaróżowione, drgające wejścia.
– Przekręćcie się na brzuchy… - zabrzmiał kolejny rozkaz, wypowiadany niskim, hipnotyzującym głosem. Jasmin i Al uklękli i wcisnęli rozpalone buzie w poduszki. Mieli wrażenie, że zaraz się rozpadną na tysiące kawałeczków. Każda najmniejsza cząstka ich ciał dygotała pod wpływem namiętnych pieszczot demona. – Postarajcie się rozluźnić… - Eblis zanurzył jednocześnie dwa penisy w wąskich tunelach. Rozkosz była niesamowita, oszałamiająca. Miał nadzieję, że jego młodzi małżonkowie czują to samo. Obaj ochoczo poddali się do tyłu, nabijając do samego końca. Zatrzymał się na chwilę, by ich ciała mogły się przystosować, potem wpadli w stary jak świat rytm.
Zabawa zajęła im całą noc Nienasyceni, spragnieni swojej bliskości, powtarzali ją wciąż od nowa, aż nastał świt. Chłopcy doszli do zgodnego wniosku,  że magia w łożu jest prawdziwym darem i obsypali dumnego z siebie demona setką komplementów. W przyszłości stworzyli naprawdę zgodne małżeństwo i doczekali się wielu niesfornych dzieci.
…………………………………………………………………………
KONIEC
 betowała Kiyami    

sobota, 10 stycznia 2015

Ogłoszenie!

Wznawiam opowiadanie ,,Mrok w mojej duszy”. Chcę zmyć tą plamę na moim honorze i zadowolić wszystkie marudy, które ciągle mi wytykały brak zakończenia. Miłego czytania.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach VI

   Demon przyglądał się z rozbawieniem sfrustrowanym chłopcom szepczącym coś sobie na ucho. Sułtan bardzo poważnie potraktował oświadczenie o wzorowym prowadzeniu się młodej pary i dawaniu dobrego przykładu poddanym. Ani na chwilę nie byli sami, poza tym zostali zarzuceni taką ilością pracy, że praktycznie na nic innego nie mieli czasu. Wieczorem padali do łóżek niczym żywe trupy. W dodatku władca nabrał paskudnego zwyczaju wpadania do ich pokoi z niezapowiedzianą wizytą o każdej porze dnia czy nocy. Chłopcom pozostała więc jedynie wymiana gorących spojrzeń oraz szybkie uściśnięcia dłoni, które jednakże wystarczały, by wzbudzać w ich spragnionych czułości, młodych ciałach prawdziwy pożar.
   Teraz pochylali właśnie nad stołem w dużej komnacie przerobionej tymczasowo na garderobę, a wszędzie dookoła walały się weselne szaty, buty i i różne dodatki. Bagdadzcy kupcy starali się przypodobać sułtanowi i przysłali najlepsze towary jakie mieli na składzie. Pod oknem stał malowany w rajskie ptaki japoński parawan, za którym chłopcy mogli przymierzać kolejne sztuki garderoby. Obok niego na ścianie powieszono duże lustro, aby mogli w nim obejrzeć swoje sylwetki zanim zdecydują się coś kupić.
- Może najpierw wybierzemy koszule? – Stwierdził Jasmin i szturchnął narzeczonego w bok, patrząc na niego znacząco.
- Ale nie zmieścimy się tam razem… - zaczął Aladyn, ale zaraz zamilkł mocno kopnięty w kostkę. Na twarzach siedzących na kanapie kupców pojawiły się szerokie uśmiechy. Zadowoleni, że ich towar się podoba, zaczęli się między sobą sprzeczać, co do jakości materiałów, zupełnie zapominając o obecności następcy tronu.
   Dżin obserwował wszystko z uśmiechem, opierając się plecami o marmurową kolumnę. Dwa sprytne łobuzy zniknęły za parawanem i za chwilę rozległy się stamtąd pełne przyjemności, ciche westchnienia. Najwyraźniej korzystali z okazji, że nikt nie zwracał na nich uwagi i dobrze się bawili. Eblis powoli podkradł się bliżej. Stanął z boku, stąd miał doskonały widok na obściskujących się chłopców. Całowali się z takim zapałem, że komnata chyba tylko jakimś cudem nie stanęła w ogniu. Demona zauroczył ten rozkoszny widok, prawdę mówiąc, chętnie by się do nich przyłączył, lecz mieli zbyt wielu świadków, poza tym nie wiedział jakby zareagowali na jego umizgi.
- Nie pojmuję, dlaczego się jeszcze nie udławiliście? – Rzucił żartobliwie, nawiązując do ich różowych języków, penetrujących wśród jęków i westchnień, usta partnera.
- Och…- Aladyn osunął się gwałtownie, a na jego twarzy wykwitły ogniste rumieńce.
- Idź na spacer zamiast podglądać! – Oburzył się Jasmin, patrząc na mężczyznę z naganą. Zaraz jednak spuścił wzrok, napotkawszy gorejące, pożądliwe spojrzenie. Demon ostatnio coraz bardziej go interesował, mimo całej swojej rezolutności często się peszył w jego obecności. Miał dziwne wrażenie, że te ślepia doskonale widzą przez ubranie. W obecności Eblisa już kilka razy zrobiło mu się niespodziewanie gorąco, a kolana jakoś nie chciały go utrzymać w pionie.
- Lepiej zajmijcie się szatkami, moje wy gołąbeczki. I cala niewątpliwa przyjemność po mojej stronie wasza wysokość. – Uśmiechnął się do zawstydzonego nagle księcia. – Ten kremowy jedwab strasznie łatwo się mnie. – Popatrzył wymownie na ich tyłki w pogniecionych spodniach, które przed chwilą obmacywały niecierpliwe dłonie.
- Eblis, czy ty nie masz nic lepszego do roboty niż ciągle za nami łazić? – Niedopieszczony Aladyn miał kiepskie poczucie humoru.
- Sułtan mi kazał was pilnować. To bardzo pouczające i hm… podniecające zajęcie. Za żadne skarby bym z niego nie zrezygnował – zamruczał niskim, wibrującym głosem i posłał chłopcom w powietrzu dwa całusy.
- Twój ojciec naprawdę przesadza… - jęknął zrezygnowany złodziej.
- Wiem… - zmarkotniał książę. – Najpierw sprowadzał do zamku zastępy konkurentów, żebym przypadkiem nie został starym kawalerem, a teraz pilnuje mnie niczym zazdrosny jastrząb.
- Moi drodzy, tak strasznie torturowani panowie, zostały jeszcze tylko dwa tygodnie. – Stwierdził poważnie dżin, w duchu śmiejąc się z ich zdegustowanych min. Chłopcom nie pozostało nic innego, jak ponowne zajęcie się przymierzaniem szat. Odwróceni do mężczyzny tyłem grzebali w stercie ubrań, porozkładanych na długim stole. Mieli na sobie jedynie cienkie koszule i obcisłe, bawełniane spodnie. Pochylali się raz po raz, wypinając w jego stronę kształtne pośladki.
- To faktycznie strasznie długo…- westchnął demon, nie mogący oderwać wzroku od cudownego widoku. Oparł się z powrotem o kolumnę, a na jego twarz wpełznął psotny uśmieszek. Przez to całe zamieszanie ze ślubem zupełnie zapomniał, że przecież był magiczną istotą. – A gdyby tak…? – Jego ramiona wydłużyły się, a zachwycone dłonie zacisnęły się na obiektach pożądania, delikatnie głaszcząc sprężyste krągłości. To było niemal niebo. Z całej siły zagryzł wargi, usiłując zapanować nad sobą, by nie zrobić jeszcze czegoś o wiele głupszego. Jeśli chciał wygrać całą wojnę,  musiał się uzbroić w cierpliwość. Szybko wycofał ręce, zanim ktokolwiek zdążył się połapać, co się dzieje. Ofiary tego bezczelnego ataku podskoczyły z piskiem, a na ich twarze wypełzły urocze rumieńce.
- Coś mnie złapało za tyłek!
- Mnie też!
Oburzeni chłopcy jak na komendę odwrócili się, ale nie zobaczyli niczego podejrzanego. Kupcy nadal się kłócili, a Eblis stał ze dwa metry od nich z niewinnym, niczym u noworodka spojrzeniem. Wyglądało na to, że trzymani przez nieznośnego sułtana na ,,głodzie” mieli halucynacje.
***
   Sułtan siedział na wyścielonym miękkimi poduszkami tronie w sali posłuchań, gdzie zazwyczaj przyjmował petentów oraz zagraniczne poselstwa, otoczony całym dworem. Sznur osób pragnących się z nim widzieć i zaznać nieco łaski nigdy się nie kończył i przedsionek pałacu zawsze był ich pełen. Przeważnie władca szybko się nudził, po trzech  godzinach wychodził z przekonaniem, że jego praca nigdy nie miała się skończyć. Od dwóch tygodni jednak wykazywał więcej cierpliwości do marudzących poddanych i zostawał o wiele dłużej, a wszystko to dzięki wezyrowi. Pierwszego dnia jego niewoli Hassan posłał mu nową parę spodni. Były uszyte z cienkiej, białej bawełny i tak obcisłe, że niewiele pola pozostawiały dla wyobraźni. Krótki kaftan sięgał mu zaledwie do bioder i nie zakrywał krągłych cudowności.  Dżafar nie mógł już teraz uciec, tłumacząc się jakimiś zmyślonymi obowiązkami, jak to często robił wcześniej. Siedział z ponurą miną kilka stopni poniżej swojego pana.
   Sułtan z dość niemądrym uśmiechem i oparł się plecami o aksamitne poduszki. Jednym uchem słuchał kolejnego poddanego zawile i kwieciście tłumaczącego mu, że podatki nałożone na gliniane dzbany są stanowczo za wysokie.
- Dżafarze wstań! Zrób siedem kroków do tyłu i tyleż do przodu. – Wolał co jakiś czas władca, a były minister zaciskał tylko wąskie wargi i wykonywał rozkaz. Dworzanie, w większości nie znoszący tego wyniosłego mężczyzny, doskonale się bawili i z niecierpliwością wyczekiwali tych momentów.

- Jak każesz – mruczał pod nosem za każdym razem, mimowolnie oblewając się rumieńcem. Co innego robić komuś takie numery, a co innego samemu być ich ofiarą. Doskonale się orientował o czym właśnie myśli jego zboczony pan. Czuł jak jego pożądliwe oczy obmacywały jego pośladki. Chwilami miał nieodparte wrażenie, że spodnie spłoną mu na tyłku.
- Nie bądź taki nieśmiały mój drogi – zachęcał go sułtan, nie spuszczając zeń wzroku, a siedzący obok sekretarze, robiący notatki z posłuchań chichotali w najlepsze. Widok kołyszących się zgrabnych pośladków nieodmiennie poprawiał Hassanowi humor. Dżafar burczał, prychał zadzierając do góry nos, ale posłusznie spełniał rozkazy, co jeszcze bardziej radowało jego pana. Wyglądało na to, że ta zabawa nigdy mu się nie znudzi.
Niestety tego letniego dnia, po południu zrobiło się już tak gorąco, że nawet siedzenie w sali bez ruchu stało się prawdziwą torturą. Władca skinął na wezyra, który klęczał nieopodal i zaczynały go już od tej pozycji boleć kolana.
- Słucham wasza wysokość. – W duchu liczył na to, że sułtan wreszcie się zmęczył i będzie miał w końcu spokój.
- Idziemy się ochłodzić do sypialni – Hassan zgasił jego nadzieję w zarodku. – No rusz dup… Znaczy… idź przodem – poprawił się, słysząc za swoimi plecami chichoty dworzan.
- Oczywiście o Najszlachetniejszy. – Wezyr prawie udławił się ostatnim słowem. Nigdy nie rozumiał tego człowieka. Mógł mieć w swoim łożu niemal każdego o kim zamarzył, tymczasem on od lat gapił się tylko na jego tyłek. Kiedy dotarli na miejsce sułtan z westchnieniem ulgi zdjął turban i rzucił się na chłodne, jedwabne prześcieradła. Skinął na Dżafara, który zajął już swoje miejsce na skromnym, wzorzystym dywaniku. Niechętnie wstał i podszedł bliżej. Musiał przyznać, że Hassan był nadal pociągającym mężczyzną, o wiele bardziej interesującym od tego smarkatego Jasmina.
- Piekielny upał, można wyzionąć ducha. – Władca rozpiął kaftan pod którym nie miał absolutnie nic, zważywszy na wysoką temperaturę, która panowała obecnie w Bagdadzie. – Wiele bym dał za loda…
- Ee…?- Wezyr lekko zbladł. – Jesteś pewien panie? – Uznał, że się przesłyszał.
- No rusz się! Ależ kiepski z ciebie sługa! Wykaż choć odrobinę zapału. – Jęknął i rozparł się wygodnie na poduszkach, po czym dotknął bransolety na swojej ręce. Nie miał pojęcia dlaczego Dżafar wpatruje się w niego szeroko otwartymi oczami, zupełnie jakby był w lekkim szoku.
- Twoja wola panie. Postaram się najlepiej jak potrafię, ale nie mam w tym żadnej wprawy. – Podpełznął do sułtana na kolanach i zanim tamten zdążył mrugnąć okiem,  zsunął mu spodnie i umościł się między jego udami. Pochylił głowę i wziął jego penisa do ust.
- Na Allacha… - zamruczał zaskoczony mężczyzna, nie mający pojęcia, dlaczego jego sługa zamiast pobiec do kuchni, zaczął lizać jego jądra i członka, jakby to było najsmaczniejsze ciacho na świecie. – No cóż… nie przestawaj… - Zmrużył z przyjemności oczy. Nie potrzebował nieba, ono było tutaj, a jego anioł co prawda z początku nieco się krzywił i dławił, ale potem jakby nabrał wigoru. Zacisnął szczupłe dłonie na jego biodrach, wziął go głębiej do gardła i nadał szybkie tempo. – Jak cudownie…- wyjęczał Hassan zanurzając się coraz głębiej w ciepłą, upajającą wilgoć. – A… ach…! - Krzyknął gardłowo i wygiął się w łuk, wypuszczając strumień spermy, prosto w utalentowane usta swojego gorliwego sługi.
- Oo… gulp…- Zaczął prychać mężczyzna, który dopiero teraz ocknął się z dziwnego transu. Piżmowy zapach skóry i nasienia, także w jego lędźwiach wzbudził pożądanie. Jako, że zawsze był stroną dominującą w miłosnych zapasach, tę sztuczkę wykonywał po raz pierwszy i uznał ją za bardzo podniecającą. Dopiero teraz, kiedy emocje nieco opadły zdał sobie sprawę co zrobił. Cały czerwony wycofał się z powrotem na swój dywanik.
- Nigdy mi się to nie znudzi. – Sułtan przysunął się do zmieszanego sługi i otarł mu usta rękawem swojej koszuli. Ostania perłową kroplę po prostu zlizał wprost z jego warg. – To było z pewnością lepsze od najwspanialszego deseru… - zachichotał.
- Przecież… ehm… chciałeś panie loda…- Zupełnie nie zrozumiał ostatniej uwagi. Coś wyraźnie było nie w porządku.
- Miałem na myśli zamrożone słodycze, ale bynajmniej nie narzekam. To co zrobiłeś było o wiele lepsze. – Zauważył z rozbawieniem, że jego sługa to blednie, to czerwienieje nie wiedząc, gdzie podziać oczy.
- Błagam, dobij mnie… - jęknął Dżafar i niczym struś schował głowę pod jedwabnym prześcieradłem. Miał ochotę umrzeć ze wstydu. Dopiero teraz pojął, że z natury prostolinijny Hassan nigdy nawet nie słyszał o takich igraszkach.
                                                                     ***

   Mijały tygodnie i dżin pracował od rana do wieczora, widując chłopców tylko od czasu do czasu. W tajemnicy przed wszystkimi budował w chmurach wspaniały pałac o wieżach z białego marmuru i dachach z najszczerszego złota. Chciał wszystko przygotować przed dniem zaślubin.W bibliotece wezyra znalazł też kilka bardzo przydatnych zaklęć, w krótkim czasie opanował je do perfekcji. Wypróbował je na kilku dworzanach, którzy od tej pory rozglądali się nerwowo, kiedy tylko przechodzili pustymi korytarzami i ciągle się czerwienili z niewiadomych powodów.
Dzień zaślubin był niezwykle piękny, jakby sam Allach zadowolony ze swoich sług błogosławił całemu Bagdadowi. Niebo było błękitne, bez jednej chmurki, a w powietrzu unosił się upojny zapach kwiatów. Poddani tłumnie wylegli na ulicę w oczekiwaniu spektaklu, w domach zostali jedynie starcy i małe dzieci. Wszyscy trzymali w rękach gałązki kwitnących pomarańczy. Machali nimi wesoło, witając ciągnący drogą bogaty orszak zdążający do świątyni. Pierwszy raz mieli okazję zobaczyć narzeczonego księcia Jasmina, o którego bogactwie krążyły legendy. Ludziom spodobała się jego przystojna, szczera twarz i jasne, śmiałe spojrzenie. Państwo młodzi jechali na białych rumakach, przystrojonych w haftowaną srebrem uprząż. Co chwilę łapali się za ręce, patrząc sobie czule w oczy. Takie zachowanie przypadło mieszkańcom Bagdadu do gustu. Zgodne, kochające się małżeństwo dobrze wróżyło na przyszłość. Zatrzymali się przed okazałą świątynią, gdzie najwyższy imam miał pobłogosławić ich związek. Potem miała się odbyć w pałacu huczna uczta weselna, do której przygotowywano się od miesiąca. Uroczystości miały trwać trzy dni i trzy noce. Aladyn z Jasminem weszli po czerwonych kobiercach do budynku, a tłum wiwatował i rzucał mu pod nogi kwiaty. Towarzyszył im oczywiście sułtan z nieodłącznym Dżafarem oraz dżin, prezentujący się równie wspaniale, co państwo młodzi. Zostali powitanie przez wiekowego duchownego z dobrotliwym uśmiechem, bardzo zadowolonego, że niesforny książę znalazł swoją drugą połówkę i wreszcie sułtan przestanie mu jęczeć przy każdej wizycie, że nie radzi sobie z wychowaniem syna.
- Uklęknijcie moi drodzy. Rad jestem, że doczekałem tej chwili. – Imam skinął na chłopców. Spełnili jego polecenie osuwając się na kolana. Na posadzce rozesłany był tradycyjny dywan służący od lat władcom Bagdadu w czasie oficjalnych uroczystości.
   Hassan z rozczuleniem przyglądał się przejętym młodzieńcom recytującym modlitwy, ocierając ukradkiem łzy wzruszenia. Natomiast stojący obok niego wezyr krzywił się jakby zjadł cytrynę. Nie pojmował, kto normalny, chciałby spędzić z jedną osobą całe życie, kiedy dookoła pełno pięknych chłopców i dziewcząt. Prawo jednak pozostawało prawem. Zresztą  czego by człowiek nie zrobił dla pieniędzy i pozycji. Nie rozumiał dlaczego wszyscy tak się zachwycają tym całym ślubem. On nigdy by się na niego nie zgodził, chyba że cena byłaby odpowiednia.
- Dobrzy mieszkańcy Bagdadu – podjął imam – zebraliśmy się tutaj, by w obliczu Allacha pobłogosławić ten związek dwojga serc…
- Chwileczkę, raczej trojga…- przerwał jego uroczystą przemowę demon. – Też chcę wziąć w tym udział! – Wepchnął się między chłopców, wytrzeszczających na niego ze zdumienia oczy. Uklęknął całując jednego i drugiego w policzek. – Na co czekasz kapłanie? Kontynuuj! – Rozkazał z bardzo zadowoloną miną.
- Ale… hm… nie wiem czy mogę…- Zupełnie zbity z tropu starzec zerknął pytająco na sułtana, którego zupełnie zamurowało z wrażenia. Zastanawiał się co zrobić. W ich państwie wielożeństwo było dopuszczalne. Niektórzy mieli po kilka żon, czy mężów, w zależności na ile było ich stać.
- Wasza Wysokość? – Imamowi nikt wcześniej nie wspomniał o trzeciej osobie, pragnącej uczestniczyć w zaślubinach. Władca nadal nic się nie odzywał, a on z kolei bał się sprzeciwić tej magicznej istocie. Dobrze wiedział jak niebezpieczne bywały dżiny.
- Nie mam nic przeciwko – stwierdził po chwili namysłu Hassan. Taki potężny zięć władający magią był oczywiście mile widziany. Nie wiedział jednak jak na tą propozycje zareaguje jego uparty syn.
- Właściwie ja też! – Poparł go natychmiast Aladyn, a kamień który od jakiegoś czasu tkwił w jego sercu skruszył się na pył. Poczuł wielką ulgę, bo nie wyobrażał już sobie życia bez niesfornego Eblisa. Nie miał pojęcia jednak, co o tym myśli książę.
- Jesteś pewny? – Jasmin już od jakiegoś czasu znajdował się pod urokiem demona, ale obawiał się, że narzeczony będzie zazdrosny, kiedy mu o tym powie. – Też się zgadzam. – Uśmiechnął się radośnie do obu swoich mężczyzn.
- W taki razie nie marnujmy czasu – zaklaskał w ręce zadowolony staruszek. – Ogłaszam was mężem, mężem i mężem.


niedziela, 14 grudnia 2014

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach V

Wezyr również wyszedł do ogrodu za chłopcami, tylko o wiele dyskretniej. Stał za rozłożystą palmą, kiedy Aladyn ściągnął turban. Od razu rozpoznał żebraka, którego zatrudnił do odzyskania cudownej lampy. Najwyraźniej drań stał się właścicielem dżina i korzystał z dobrodziejstw oferowanych przez artefakt. Musiał się go szybko pozbyć, zbyt wiele widział i wiedział, mógłby zdradzić przed sułtanem, że para się czarną magią, co w Bagdadzie było zabronione i surowo karane. Nie mówiąc już o innych grzeszkach, które miał na sumieniu. Trzeba było działać szybko, nie miał czasu na wymyślanie szczegółowego planu. Zobaczył jak książę Jasmin wymyka się z tarasu w pomiętym i porozpinanym ubraniu z rozanieloną mina i zazgrzytał zębami. Ten brudny złodziej chciał ukraść mu z przed nosa nie tylko sułtański tron, ale i rękę tego gówniarza.
- To ci się nie uda! W końcu jestem najpotężniejszym magiem w tym kraju! – Wyszeptał, marszcząc gniewnie brwi. Podkradł się po cichu od tyłu do Aladyna, który właśnie podziwiał zachód słońca nad pustynią z równie maślanym uśmiechem, co książę, zupełnie nieświadomy czającego się niebezpieczeństwa.
    Pałac znajdował się nieco na uboczu, zbudowano go na skalistym wzniesieniu i królował dumnie nad miastem. Z tarasu był rzeczywiście piękny widok na odległe góry. Z tej strony nie wystawiano nawet straży, bo oddzielała go od wydm bezdenna przepaść. Szeroka na kilkanaście metrów i niezmierzona, żaden człowiek nie byłby zdolny jej przebyć. Podobno na samym dole znajdowało się słone jeziorko, ale nikt go nigdy na własne oczy nie widział.
   Niedaleko, przywiązany grubym łańcuchem do jednej z kolumn, na puchowej poduszce spał Radża, ukochany tygrys i przyjaciel Jasmina. Często bywał agresywny i nieobliczalny, słuchał jedynie swojego pana. Nie lubił zbytnio gości, zdarzyło mu się w przeszłości na kilku zapolować, dlatego więc na czas uczty został tutaj przeniesiony. To nasunęło wezyrowi pewien pomysł. Nikt się przecież nie zdziwi, że znudzona kicia poturbuje kolejnego konkurenta.
Dżafar przy pomocy zaklęcia odpiął obrożę zwierzęcia, z cichym brzękiem łańcuch opadł na marmurowe płyty. Ku jego jednak zdziwieniu tygrys podniósł jedyne łeb i zamiast zaatakować, spokojnie przyglądał się  wychylającemu się prze barierkę Aladynowi.
- Szlag! – Zasyczał wezyr, najwyraźniej fortuna go dzisiaj nie lubiła. Głupi zwierzak nie miał najmniejszego zamiaru się ruszyć. Wykonał kilka zawiłych gestów i barierka, o którą opierał się Aladyn pękła.  Nie spodziewający się niczego chłopak poleciał głową w dół prosto przepaść.
- Aaa…! – Krzyczał rozpaczliwie, ze strachu zapominając o dżinie. W ostatniej dosłownie chwili tygrys skoczył mu na pomoc, chwytając za nogawkę, niestety materiał mnie wytrzymał i pękł. Chłopak zamachał rękami, a całe jego krótkie życie przeleciało mu przed oczami. Wiatr zaświstał mu w uszach, wiedział, że zbliża się koniec. Brudnozielona tafla wody zbliżała się z zadziwiającą prędkością.
***
   Wezyr odczekał chwilę, aż umilkł pieszczący jego uszy wrzask zdrajcy i przybrawszy zmartwiony wyraz twarzy wrócił na ucztę, która nadal trwała w najlepsze. Mocno podchmieleni biesiadnicy prześcigali się w niemądrych żartach, chcąc rozweselić księcia, który nieoczekiwanie dla wszystkich wrócił do komnaty. Jasmin widząc, że minister wraca od strony ogrodu zmierzył go podejrzliwym wzrokiem. Doskonale znał nadmiernie ambitnego Dżafara. Najwyraźniej znowu coś knuł. Miał nadzieję, że ten zimnokrwisty drań nie widział jak migdalił się z Aladynem w krzakach, bo na pewno naskarżyłby ojcu.
    Mężczyzna nie podszedł do niego, jak to zwykle miał w zwyczaju, rzucając kilka nieszczerych komplementów, ale od razu do sułtana i nachylił się, szepcząc coś z przejęciem. Wiedział, że władca nie lubił kiedy przerywano zabawę bez ważnych powodów. Wymagał od wszystkich dyskrecji, jeśli nagle wydarzyło się coś nieoczekiwanego.
- Co się stało? Nie możesz z tym poczekać do jutra? – Niechętnie skłonił ku niemu głowę. - Mam prawo do odrobiny odpoczynku w gronie przyjaciół!
- Wybacz Wasza Wysokość, ale miał miejsce straszny wypadek. Jednego z naszych gości zaatakował ten przeklęty tygrys. Chciał mu chyba odgryźć nogę, nawet nadal ma w pysku kawałek spodni. Barierka nie wytrzymała i biedaczysko spadł w przepaść zanim zdążyłem podbiec.
- Niemożliwe! – Krzyknął na głos władca, a wszystkie rozmowy i chichoty umilkły. – Kazałem go przywiązać do kolumny! Kim był ten nieszczęśnik?
- To Aladyn panie, taki młody! Co za tragedia! – Wezyrowi udało się nawet uronić jedną łzę, oczywiście radości, ale o tym przecież nikt nie wiedział.
-Na Allacha! – Blady jak płótno Jasmin, który doskonale słyszał każde słowo, poderwał się z miejsca. – Znowu wygadujesz jakieś kłamstwa! To nie może być prawda, nie mógł zginąć teraz, kiedy go wreszcie odzyskałem! – Zachwiał się, bo zrobiło mu się słabo. Czyjaś litościwa ręka podała mu pucharek z wodą.
- Spokojnie dziecko, chodźmy zobaczyć co się stało. Prawdę mówiąc ten tygrys, miewał już różne wyskoki. – Otoczył syna ramieniem. Teraz dopiero zrozumiał, że Jasmin naprawdę polubił tego nieznajomego. Pierwszy raz okazał komuś zainteresowanie, a tu taki dramat.
- Nieprawda, Radża nigdy nie atakował bez powodu. Nikogo też nigdy nie ugryzł! – Zaprotestował gwałtownie. – Tatusiu, czy on mógł przeżyć? – Zapytał cicho, wtulając się w rękaw ojcowskiego kaftana. Właśnie świat znowu runął mu na głowę.
- Zobaczymy Gwiazdeczko, zobaczymy. – Pogładził go uspokajająco po drżących plecach. Nie potrafił mu powiedzieć, że nie ma na to żadnych szans. Nikt nigdy nie przetrwał upadku w tą przepaść. Wyszli powoli na taras, gdzie Radża siedział machając nerwowo ogonem. Obok niego rzeczywiście leżała nogawka od spodni. Jasmin natychmiast ją poznał, faktycznie należała do ukochanego. Pociemniało mu w oczach i osunął się na zimne płyty.
- Tak mi przykro książę. – Dżafar podszedł z ciepłym szalem i nakrył jego ramiona. – Wyprawimy mu godny pogrzeb. – Powiedział pełnym współczucia głosem, a jego dusza tańczyła właśnie walca i wywijała hołubce w radosnych podskokach. – Zdechł, trafił go szlag, ten głupi bachor będzie mój! – Powtarzał w myślach ledwie nad sobą panując.
- Nie dotykaj mnie! - Jasmin miał wrażenie, że owinął się wokół niego wąż i próbuje zacisnął swoje zwoje, odcinając mu dopływ powietrza.
- Przykro mi kochanie, ale Dżafar ma rację. – Sułtan obejrzał uważnie miejsce zdarzenia i uklęknął obok pogrążonego w rozpaczy syna. – Nic więcej nie możemy dla tego biednego chłopca zrobić. –  Spojrzał na leżącą obok obrożę z łańcuchem i zmarszczył brwi. Odwrócił się do swojego ministra. – Nikogo tutaj nie widziałeś?
- Skądże. Wszyscy byli na sali, a nikt obcy się tutaj nie pałęta. Straże go nie wpuszczą. – Władca patrzył na niego z taką uwagą, że poczuł się nieco niepewnie. Hassan był łagodnym człowiekiem, ale bynajmniej nie głupim. Nikt władający z taką wprawą miastem nie mógłby nim być. Musiał zdwoić ostrożność. Czyżby coś wypatrzył?
Przyglądający się im Jasmin, mimo targającego nim dojmującego bólu,  natychmiast zrozumiał, o co chodzi ojcu. Łańcuch był cały, obroża nie potargana, jakby to było w przypadku, gdyby zwierzę samo się zerwało.
- To morderstwo! Ktoś ją celowo odpiął, spuszczając tygrysa z uwięzi. Radża polubił Aladyna, na pewno nie rzuciłby się na niego bez powodu… – Wstał z podłogi i wbił w oczy w ministra. – Chyba sprawy niezupełnie miały się tak, jak je nam przedstawiłeś. – W jego piersiach narastał gniew. Jeśli ten gad był winien, będzie długo i boleśnie umierał. On jeden miał powód, by pozbyć się Aladyna. Jeśli widział ich w ogrodzie, wiedział na co się zanosi.
- Gwiazdeczko, wiem , że nie lubisz wezyra. Ale żeby kogoś skazać, trzeba mu udowodnić winę – odezwał się łagodnie władca. – Po co niby miałby to robić? Czego mu brakuje? Jest przystojny, bogaty, ma sporo władzy. – Hassan nie uwierzył w słowa syna, a raczej nie chciał mu uwierzyć. Zdawał sobie sprawę, że Dżafar miał sporo wad, ale żeby był zamieszany w zabójstwo… Tego jakoś nie potrafił przyjąć do wiadomości.
- To proste ojcze. - Jasmin spojrzał z mocą prosto w oczy sułtana. - Korony! – Pewnie śni o niej po nocach i dostaje orgazmu za każdym razem, kiedy dotknie tronu.
- Ależ panowie, skąd takie pochopne wnioski? – Minister, któremu dusza uciekła właśnie w pięty, zaczął się cofać w kierunku przepaści. Z pośpiechu pokpił sprawę i mógł jedynie ratować się ucieczką. Odnajdzie lampę, a potem wróci i zabierze to, co mu się słusznie należało - tron Bagdadu. Następnie dobierze się do zgrabnego tyłka rozpieszczonego smarkacza i zrobi sobie kilku następców. Krok po kroku zbliżał się do krawędzi…W razie potrzeby potrafił latać. Teraz już było wszystko jedno, czy Hassan dowie się o jego magicznych umiejętnościach czy nie. Prawdę mówiąc będzie mu trochę brakowało sułtana, mimo wszystko odrobinę się do niego przywiązał. Niestety nie mogło być przecież dwóch władców.
***
   Demon nie wiedział co robić, zaklęcie pętało go dosyć mocno. Aladyn musiał wyrazić życzenie, aby mógł działać. Tymczasem ten cholerny dureń tylko darł paszczę. Równie przerażony krążył wokół spadającego chłopaka. Zdążył już polubić, ba… nie ukrywajmy pokochać… swojego nowego pana. Pieprzona magia, trzymała go silniej niż jakiekolwiek mury. Wyglądało na to, że straci przyjaciela, zanim na dobre się zaprzyjaźnili. Dżin kompletnie spanikował, próbował go podtrzymać i zwolnić pęd, ale miał tyle siły, co nowo narodzone szczenię.
Aladynowi, zanim uderzył w taflę wody, co przy tej prędkości równało się natychmiastowemu skręceniu karku, zaświtała jedna świadoma myśl. Widział jak demon bezskutecznie próbuje mu pomóc, a w jego szkarłatnych oczach dostrzegł rozpacz.
- Uwalniam cię dżinie… - wyszeptał posiniałymi wargami zanim stracił przytomność.
Eblis nagle poczuł przypływ potężnej magii, pierwszy raz od tysiąca lat był znowu panem samego siebie. Ten niemądry chłopak o szczerozłotym sercu zamiast się ratować, uwolnił go od klątwy. Nabrał powietrza i dmuchnął z całej siły. Powierzchnia jeziora ugięła się, co złagodziło upadek Aladyna. Demon wziął go w ramiona i mocno do siebie przytulił wiotkie ciało, pokryte kropelkami wody.
- Mój pan, mój słodki, kochany pan… – wyszeptał, całując wilgotne czoło. Ulga jaką poczuł, słysząc bicie jego serca, niemal strąciła go z powrotem w brudnozielone fale. – Spójrz na mnie… - Zobaczył jak długie rzęsy lekko drgnęły.
- Straszne przeciągi w tym piekle. – Aladyn otworzył brązowe oczy i zobaczył nachylona nad nim znajoma twarz. W szkarłatnych źrenicach było tyle czułości, że natychmiast zrobiło mu się cieplej. – Gdzie my jesteśmy i dlaczego wszystko się kołysze?
- Spokojnie mój panie. Lecimy z powrotem do pałacu. Staraj się nie ruszać zbyt gwałtownie, uderzyłeś się mocno w głowę i możesz mieć wstrząs mózgu. – Nie mógł się powstrzymać i dotknął opuszkiem palca rozchylonych ust chłopaka, które nabrały już naturalnego, różowego koloru.
- Przestań mnie macać! – Zaprotestował słabo Aladyn, rumieniąc się delikatnie.
- Ja tylko sprawdzam twój stan zdrowia. – Demon posłał mu pełen radości, przewrotny uśmieszek.
- Akurat – burknął, ale jednocześnie złapał dżina za szyję i przytulił się do niego ufnie. Nie znosił bujania, tylko raz był przez chwilę na łódce, po czym  wyrzygał śniadanie.
- I jesteśmy. – Wylądowali cicho za plecami Dżafara, który zajęty dyskusją ze sułtanem, zupełnie tego nie zauważył. Demon postawił swój słodki ciężar na podłodze. Mężczyźni naprzeciwko, pootwierali ze zdumienia usta i powytrzeszczali oczy.
- Ty żyjesz?! To nie złudzenie?? – Oszalały ze szczęścia Jasmin z przeciągłym piskiem rzucił się na Ala. Przewrócił nie czującego się jeszcze zbyt dobrze złodzieja na podłogę, tak że klapnął na nią tyłkiem. Wczepił się w niego niczym małpka rękami i nogami, ściskając i szlochając na przemian. – Kiedyś mnie zabijesz, o mało nie stanęło mi serce…- Całował raz po raz jego usta, zupełnie zapominając o widzach.
- Szsz… już dobrze… przecież jestem…- Przycisnął go do siebie najpierw delikatnie i nieśmiało, potem coraz pewniej i zaczął z zapałem oddawać całusy, mimo, że głowa go bolała jak diabli. Ale kto by pamiętał o takich szczegółach w takiej chwili.
- Rozumiem, że mam szybko przygotować ślub? – Mruknął sułtan z zadowoleniem, obserwując młodą parę. – Pokój dziecinny pewnie też, sądząc z zapału. – Zreflektował się nagle. W końcu jego syn nie był byle kim i nie mógł dawać poddanym złego przykładu. – Hola, panowie hola! – Złapał zajętą sobą parę za kołnierze i postawił do pionu, lekko nimi potrząsając.
- Tato…! – Nadąsał się Jasmin, układając usta w podkówkę. Jego szczęście było ogromne. Wydawało mu się, że za chwilę wybuchnie jak świąteczna raca i zamieni się w różnokolorowe konfetti.
- My tylko… - Poczerwieniał gwałtownie Al, dopiero teraz zauważając władcę. – To znaczy chciałem prosić o rękę księcia…- Popatrzył niepewnie na Hassana. – Wiem, że nie jestem go wart, ale będę się naprawdę starał… Przysięgam! – Uderzył się z rozmachem w pierś.
- Spokojnie dzieci, niczego nie będę wam bronił. Ale do ślubu, żadnego macania! – Popatrzył na nich groźnie. – Odległość pół metra!
- Jesteś okropnym tyranem! – Mruknął książę i zaczął tupać gniewnie nogą. Ojciec chyba zwariował, nie było mowy, by trzymał się od Ala z daleka. Jego miejsce było w ramionach ukochanego, już teraz o krok od niego czuł się jak opuszczona sierota.
- Oczywiście Wasza Wysokość! – Złodziej, nauczony moresu oraz szacunku do starszych i możniejszych od siebie natychmiast przytaknął władcy, za co dostał solidnego kuksańca w bok od Jasmina.
- Nie podlizuj się tak! – Fuknął niezadowolony. On tam nie miałby nic przeciwko, żeby skończyli, to co zaczęli pod krzakiem jaśminu.
***
   Tymczasem Dżafar widząc, że wszyscy są zajęci postanowił się ulotnić. Jedyna droga prowadziła w dół i przez bezkresną pustynię. Zaczął cicho mruczeć zaklęcia, które miały mu dać skrzydła, były jednak dość skomplikowane i wymagały skupienia.
- A ty, co znowu kombinujesz? – Demon złapał go za ramię, wybijając z rytmu. Zaczął się trząść ze strachu. Musiałby znowu zaczynać wszystko od początku, a na to nie miał już czasu. – Najwyższy czas odesłać cię do piekła! Pożeraczu dusz przybywaj! – Niebo nagle pociemniało i gdzieś daleko uderzył grom. Z przepaści zaczęła się wyłaniać ogromna, bezkształtna postać otulona w ciemność. Wszyscy poczuli tchnienie chłodu.
- Aladynie, powstrzymaj go! Na pewno nie chcesz mieć mojej śmierci na sumieniu! – Zaskomlał Dżafar, upadając na kolana. Wiedział, że dobroduszny złodziej, był jego ostania deską ratunku. Nie chciał umierać, nie w taki sposób. – On cię posłucha, jesteś jego panem.
- Prawdę mówiąc już nie, wyzwoliłem łobuza, więc raczej zrobi co zechce. – Chłopakowi zrobiło się odrobinę żal dumnego ministra, który teraz czołgał się u jego stóp. Nie miał jednak zamiaru, zbyt łatwo mu odpuścić, nie tylko jemu wyrządził krzywdę. Najwyższy czas by w końcu się czegoś o życiu nauczył.
- Panie! – Wezyr złapał za poły kaftana Hassana i wbił w niego błagalne spojrzenie. – Służyłem ci przez tyle lat… - Mężczyzna zacisnął usta w wąską kreskę. Miał jednocześnie ochotę sprać tego podłego drania na kwaśnie jabłko i przytulić, by przestał się tak trząść.
- Wiesz, że próbuje tobą manipulować. – Upomniał władcę Eblis. – Zasłużył na śmierć po wielokroć. Gdyby to on dorwał się do lampy strącił by cię z tronu bez chwili wahania, a może i zrobił jeszcze coś gorszego. – Widział jak sułtan się waha zdjęty litością, a być może czymś jeszcze.
- Daj mi go, dopilnuję, żeby już nigdy nikogo nie skrzywdził. – Nie potrafił patrzeć jak cierpi. Wyglądał teraz tak bezbronnie. – Będzie moim niewolnikiem, najniższym z sług.
- Al? Jasmin? – Obaj chłopcy skinęli zgodnie głową. – Niech się stanie wasza wola – powiedział donośnym głosem i grom ponownie uderzył. Na szyi klęczącego wezyra pojawiła się skórzana obroża, nabijana metalowymi ćwiekami na których widać było zawiłe runy. Sułtan ze zdumieniem zobaczył na swoim nadgarstku podobną bransoletkę.
- Co to takiego? – Dotknął jej ostrożnie i poczuł ukłucie magii.
- Jesteś teraz panem tego psa. Nie może ci zrobić ci krzywdy, musi cię słuchać we wszystkim. – Uśmiechnął się złośliwie demon. – Powiesz mu ściągaj gacie, a on to zrobi bez wahania.
- Chyba śnisz! – Warknął były minister, który nadal drżał, ale charakterek nic a nic mu się nie zmienił. Nie mógł jednak wstać z klęczek i musiał tkwić w tej upokarzającej pozie.
- Chyba coś nie wyszło z tym zaklęciem. – Hassan przyglądał się słudze z prawdziwą ciekawością. Tysiące możliwości, które przyszły mu do głowy spowodowały, że jego oczy rozbłysły niczym latarnie.Wziął go pod brodę i spojrzał mu prosto w pełne uporu oczy. Drań zbladł, ale nadal mruczał coś do siebie pod nosem.
- Eh, wszystko w porządku. Co by to była za frajda, gdyby nie mógł się trochę buntować­? – Dżin poklepał po przyjacielsku władcę po plecach. Widać było, że mężczyźnie podoba się nowa zabawka. Sam miał jeszcze sporo pracy, bo chłopcy się uparli, żeby wesele było najpóźniej za miesiąc. Nie było wiec zbyt wiele czasu, a on przygotowywał niespodziankę. Wspaniałą niespodziankę, która miała posłużyć wszystkim trzem. Przystojną twarz demona rozjaśnił przekorny, tajemniczy uśmiech. On wiedział już co robić, a innym… no cóż… Innym nie pozostanie nic innego niż się do niego przyłączyć.