niedziela, 1 marca 2015

Ważna Informacja!

Blogger od 23. 03. 2015 wprowadza zakaz zamieszczania materiałów o treści erotycznej. Dlatego przenoszę swoje opowiadania na wordpress, ponieważ tutaj nie będę już mogła niedługo swobodnie publikować.

Mój nowy adres to - https://stregabiancabl.wordpress.com/

poniedziałek, 2 lutego 2015

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach VII

     Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach VII
      Uczta weselna była naprawdę wspaniała. Sułtan stanął na wysokości zadania i nie poskąpił złota. Uginające się pod jadłem i napitkiem stoły rozstawiono nie tylko w pałacu, ale i wzdłuż ulic i placów. Każdy mieszkaniec Bagdadu mógł się posilić i napić za zdrowie młodej pa.. znaczy triady.
W przestronnej sali biesiadnej, przystrojonej girlandami z kwiatów, doskonale się bawiono. Dżin z szerokim uśmiechem na twarzy siedział po prawej stronie władcy. Po obu bokach miał swoich, już na zawsze, chłopców. Wezyr oczywiście usadowił się po lewej i nie przestawał usługiwać z kwaśną miną swojemu panu, który nie szczędził mu dwuznacznych pochwał i aluzji. Biedak wielokrotnie to czerwieniał, to bladł na twarzy, mając ochotę wpełznąć pod stół.
- Dżafar chyba wyjątkowo dobrze się sprawował – Jasmin wodził wzrokiem od ojca do zmieszanego coraz bardziej mężczyzny, którego nie było przecież łatwo zbić z tropu. – Nie odrywasz od niego oczu. – Po tej uwadze zarumienił się również i Hassan, który palnął zaraz bez zastanowienia.
- Zrobił mi niesamowitego loda, nigdy nie zapomnę jego smaku. – Jego mina wyrażała czysty błogostan.
- Nie miałem pojęcia, ze nasz wezyr jest takim dobrym cukiernikiem. – Niewinny Jasmin nie miał pojęcia, dlaczego obaj mężczyźni tak nagle się speszyli i ukryli twarze za kielichami z winem.
- Taa… - Sułtan był już lekko podchmielony i nie bardzo panował nad swoim językiem. Nie zwracał też specjalnie uwagi na otoczenie. – Prawie cały czas jęcz… e… mlaskałem z zachwytu.
- Może ciasteczko?- powiedział słabym głosem Dżafar i podał wszystkim tacę z łakociami, mając nadzieję, że w końcu się zamkną, a przynajmniej zmienią temat. Na samo wspomnienie, co wyprawiał poprzedniego dnia, robiło mu się jakoś dziwnie miękko i gorąco.
   Tymczasem nasi chłopcy zachowywali się jeszcze dziwniej niż Hassan i wezyr. Niby jedli spokojnie spóźniony obiad, postukując srebrnymi sztućcami i prowadząc kulturalną rozmowę, ale co chwilę podskakiwali z cichym piskiem, którego najwyraźniej nie mogli opanować. Rzucali przy tym na siebie i wszystkich wokół podejrzliwe spojrzenia. Dworzanie mieli niezłą zabawę obserwując i komentując, co się dzieje. Jeśli Hassana rozumieli doskonale, bo, w przeciwieństwie do młodego księcia, wiedzieli, o jakiego loda mu chodziło, to zachowania trójki nowożeńców nie mogli rozgryźć. Wiercili się, zmieniali kolorki, zagryzali wargi, zupełnie jakby coś kąsało ich w zgrabne tyłeczki. Nic jednak nie działo się takiego, czym można by było wytłumaczyć ich niepokój. A może po prostu nie mogli się doczekać nocy poślubnej?
   Aladyn był naprawdę głodny - oficjalne uroczystości trwały od rana i ostatnio miał w ustach śniadanie. Nie czuł się zbyt komfortowo w obecności tylu ludzi, obserwujących każdy jego gest. Mimo że stół był obficie zastawiony, on włożył do ust dopiero kilka kęsów. Co prawda Eblis wiele go nauczył o właściwym zachowaniu, ale gdzieś w środku był nadal tym samym Alem – złodziejem i sierotą z Bagdadu. W dodatku, kiedy sięgał po pieczeń, poczuł jak czyjeś zwinne palce zaciskają się na jego pośladku. Odwrócił się, ale nikogo nie zauważył. Napotkał jedynie równie speszone spojrzenie Jasmina. A więc to ten mały drań zabawiał się jego kosztem.
- Ejże, poczekaj z tym do nocy poślubnej! – Pociągnął go za warkocz.
- To ty się uspokój i przestań mnie macać po udzie! – prychnął w odpowiedzi książę.
- Nie dotknąłem cię…
- Akurat ci uwierzę… Trzymaj łapy przy sobie i nie zwalaj winy na mnie!
- Chyba, że…
Obaj chłopcy jak na komendę popatrzyli oskarżycielsko na dżina, który z najniewinniejszą miną ogryzał udko z kurczaka. Zamrugał długimi rzęsami, jakby nie miał najmniejszego pojęcia, o co chodzi. Zdradziły go oczy, nadmiernie błyszczące i pełne złotych iskierek.
- Jesteśmy na uczcie, świntuchu! – wrzasnęli na niego z dwóch stron.
- Niby jak? Przecież jem. – Rzeczywiście obie ręce miał zajęte. Chłopcy nie mogli się do niczego przyczepić i wzruszyli tylko ramionami, przysięgając sobie w duchu, że złapią go na gorącym uczynku. Byli przekonani o jego winie, ale nie mogli mu niczego udowodnić. Zapomnieli o jednym, drobnym szczególe…
Na chwilę zapanował względny spokój i mogli się w spokoju najeść. Po jakimś jednak czasie zabawa zaczęła się od nowa. Jeszcze kilka razy poczuli, jak utalentowane palce spacerują po ich ciele, wyznaczając ogniste, drżące szlaki. Wkradały się pod koszulki, drażniąc wrażliwe sutki, głaszcząc napięte brzuchy, na szczęście omijając z daleka spodnie i miejsce, które najbardziej domagało się dotyku. Nie udało im się dostrzec winowajcy, za to obaj dorobili się erekcji i ukradkiem zaciskali uda pod stołem.
***
   Pierwsza z uczty zniknęła para Hassan–Wezyr. Najpierw Dżafar został wysłany do garderoby po nowy kaftan, ponieważ jego pan poplamił się sosem. Długo jednak nie wracał i zniecierpliwiony mężczyzna udał się jego śladem. Po korytarzach plątało się mnóstwo gości, wszyscy mocno podchmieleni i w doskonałych humorach gratulowali mu zięciów. Droga ciągnęła się więc w nieskończoność.
Powoli zapadała noc. Zarówno sypialnia jak i garderoba mieściły się na parterze, a ich okna wychodziły na zatłoczony dziedziniec. Trwały właśnie pokazy wynajętych, kuso odzianych tancerek, skąd słychać było skoczną, pełną namiętnych rytmów muzykę. Sułtan wszedł do komnaty i zobaczył coś, co spowodowało, że krew uderzyła mu do głowy, a z ust wydobyło się ciche warczenie. Dżafar stał pod ścianą w rozpiętej koszuli, jego kaftan leżał już na dywanie. Przyciskany do muru przez dwóch młodych dworzan pojękiwał, obmacywany przez cztery rozochocone dłonie.
- Co wy tu wyprawiacie?! – wrzasnął władca, a czerwona mgła stanęła mu przed oczami. To on tyle lat trzymał ręce przy sobie, traktował wezyra z najwyższym szacunkiem, a ten bladolicy zdrajca oddawał się właśnie pierwszym podpitym drabom, którzy go dopadli.
- Wynocha! – furia w jego głosie spowodowała, że mężczyźni zniknęli w ciągu sekundy. Dżafar usiłował przemknąć się za nimi, ale został przetrzymany za ramię i rzucony z powrotem na ścianę. – Ty zostajesz i pokażesz mi, jaką jesteś chętną dziwką!
- Ale, Wasza Wysokość… - Nigdy nie był zbyt odważny. Zazwyczaj podnosił rękę jedynie na słabszych od siebie. Teraz stał, drżąc na całym ciele. Jeszcze nigdy nie widział tego łagodnego mężczyzny w takim stanie. Oczy ciskały na niego błyskawice, a zęby były obnażone niczym u zwierzęcia.
 - Na co czekasz?! – padło szydercze pytanie. – Ściągaj spodnie i wypnij tyłek! - Do Hassana nic nie docierało. Podły zdrajca zasługiwał na nauczkę. Nie był wart lepszego traktowania. Skoro obłapiał się po kątach z byle kim, to weźmie go jak sukę  w rui. Na myśl o tym, że sam tak długo zastanawiał się, żeby chociaż go pocałować, o mało nie trafił go szlag.
- Ja nigdy… - Wezyr pierwszy raz naprawdę bał się swojego pana. Widział, że zupełnie stracił nad sobą panowanie. Zawsze to on dyktował w związku warunki i był stroną dominującą. Ogromnie dumny, nigdy nie pozwolił nikomu dobrać się do swojego tyłka. Podszedł do dużego fotela, złapał się trzęsącymi rękami za jego poręcze i pochylił do przodu. Rozpięte spodnie same opadły mu do kostek.
- Wypieprzę cię tak, że już nigdy nawet nie pomyślisz o kimś innym! – Sułtanowi widok zgrabnych pośladków, o których tak długo marzył, odebrał resztki zdrowego rozsądku. Zbliżył się do mężczyzny i złapał za biodra tak mocno, że natychmiast pojawiły się na nich ślady. Natarł swojego sterczącego bojowo członka oliwą ze stojącej obok lampy, po czym pchnął brutalnie w pomarszczony otworek bez żadnego uprzedzenia.
- Aaa… yy… - wrzasnął Dżafar, niespodziewający się takiego ataku. Hassan zawsze był dla niego wyrozumiały i delikatny. Teraz jednakże zmienił się w bezrozumne zwierzę, kierujące się jedynie chucią. Jedną ręką trzymał go za biodro, nadając ostre tempo, drugą zaś wędrował po drżącym ciele, drapiąc miękką skórę, szczypiąc sutki, ugniatając boleśnie jądra i penisa.
- Kręć żwawo tyłkiem! Przecież to lubisz! – Za każdym razem wdzierał się do końca, zupełnie oszołomiony doznaniami, wyrywając z ust partnera żałosne piski, które powoli jednak zaczynały się zamieniać w coś zgoła innego.
- Och… Hmm… - Wezyr czuł dotkliwy ból i, co dziwne, potęgującą się z każdą chwilą obezwładniającą go rozkosz. Jego ciało zareagowało na sprzeczne bodźce ze zwiększoną wrażliwością. Rozsunął szerzej uda i zaczął ochoczo ruszać pośladkami. Ta upokarzająca sytuacja zaczęła mu się, wbrew wszelkiej logice, coraz bardziej podobać. Słyszał za swoimi plecami pomruki przyjemności i powarkiwania swojego pana.
- Skomlij głośniej! Błagaj o jeszcze! Chcę słyszeć, jak ci się podoba! – Hassan zupełnie się zatracił. To było złe, dobre, wstrętne, najlepsze! Doskonałe! Dosłownie spalał się w dzikim ogniu namiętności. Przed oczami widział szkarłatne błyski, spiął się, wygiął w łuk i pchnął po raz ostatni, zalewając wnętrze kochanka strumieniem spermy.
- O tak, mój panie! – wyjęczał chrapliwie wezyr, spuszczając się na perski dywan. Jeszcze nikt mu tak nie dogodził, zupełnie bez sił opadł na kolana. Jak przez mgłę usłyszał oddalające się kroki. Nadal cały drżał od poorgazmowych dreszczy, a wstyd i upokorzenie wyciskały z jego oczu palące łzy. Pierwszy raz ktoś go tak potraktował. Tylko dlaczego, na Boga, był to z pewnością najlepszy seks w jego życiu? Kiedy jakoś doszedł do siebie, wziął szybką kąpiel i udał się na poszukiwanie swojego pana. Teraz wiedział, do kogo należał i nie miał już zamiaru temu zaprzeczać. Odnalazł Hassana w gościnnej sypialni, chrapał przez sen i mamrotał coś niespokojnie. Nagi wsunął się pod kołdrę i przytulił do ciepłego boku. Zasnął po chwili, czując, jak silne ramię obejmuje go w pasie i przysuwa bliżej. Pokręcił pośladkami i przycisnął je do brzucha mężczyzny.
***
  Kiedy trójka nowożeńców zauważyła brak Hassana, także postanowiła opuścić przyjęcie. Goście w większości byli już w takim stanie, że nie potrzebowali ich towarzystwa. Demon wziął chłopców za ręce i poprowadził na taras. Zapadła już noc, którą rozświetlały liczne na pogodnym niebie gwiazdy oraz porozstawiane wszędzie płonące pochodnie.
- Co teraz? – Jasmin nie miał pojęcia, co planuje dżin. Chciał jak najszybciej znaleźć się w zaciszu sypialni.
- Cierpliwości, książę, zawołam tylko nasz pojazd. - Eblis zagwizdał przeciągle i wszyscy mogli zobaczyć lecący w ich stronę wzorzysty dywan. Był sporych rozmiarów, mógł z pewnością pomieścić kilka osób.
- Ee…? – Aladyn wytrzeszczył oczy. – Nie wsiądę na to za żadne skarby! – taras wznosił się wysoko nad pustynią, pod nim ziała bezdenna przepaść.
- Nawet jeśli powiem, że czeka na nas baśniowa sypialnia z ogromnym łożem? – Demon podniósł znacząco do góry jedną brew. Na takie oświadczenie jego młodzi małżonkowie w ciągu ułamka sekundy znaleźli się na kobiercu. Od kilku tygodni nieznośny sułtan trzymał ich na diecie, niby to dla dobra poddanych. Nie mogli się więc doczekać chwili, kiedy będą mogli rzucić się w swoje ramiona. Dżin usiadł za ich plecami, obejmując ich mocno ramionami. Dywan powoli wzbił się powietrze, przez chwilę lecieli nad rozświetlonym, pełnym bawiących się ludzi Bagdadem. Pili zdrowie nowożeńców i tańczyli do upadłego. Nikt nie spał, z wyjątkiem starców i dzieci. Kobierzec wznosił się coraz wyżej i wnet wszystko przysłoniły obłoki. W końcu ujrzeli przed sobą cel podróży. Pośród chmur, na tle rozgwieżdżonego nieba, unosił się biały pałac o stu wieżach. Kiedy wylądowali na rozległym dziedzińcu, zalśniły srebrno-błękitne wzory na marmurowej posadzce. Chłopcy westchnęli z podziwem, nigdy nie widzieli czegoś równie pięknego.
- Wspaniały! – Aladyn stał z otwartymi ustami.
- Idealny! – zawtórował mu Jasmin.
- Nasz nowy dom. – Uśmiechnął się do nich dżin i poprowadził ich prosto do sypialni. – Bardzo się napracowałem, więc liczę na odrobinę wdzięczności. Rzucił się na łoże, które zajmowało lwią część komnaty i rozparł się na nim niczym udzielny władca. Spoglądał na nieco zmieszanych chłopców spod długich rzęs, wyglądali niesamowicie słodko z tymi rumieńcami i spuszczonymi głowami. Wokół płonęły dziesiątki świec, porozmieszczane na każdym dostępnym miejscu. Roztaczały dookoła ciepły blask. Jedwabna, ciemnoczerwona pościel wyglądała zachęcająco, a leżący na niej uśmiechnięty mężczyzna właśnie pozbywał się koszuli i butów.
- Jest zbyt jasno – odezwał się nieśmiało Aladyn i położył obok demona.
- Prawie jak w dzień. – Jasmin zajął miejsce z drugiej strony.
- Chcę was móc podziwiać. – Obdarzył ich płomiennym wzrokiem. – Pragnę widzieć dokładnie każdziuteńki kawałeczek waszych pięknych ciał, który będę całował. – Po tych słowach wszystkie ubrania zniknęły. Chłopcy pisnęli i zgodnie wpełzli pod kołdrę. – Małe tchórze! – Eblis zrobił to samo, łapiąc uciekinierów za tyłeczki i przytulił do swoich boków. Przewrócił ich na wznak, pocałował namiętnie najpierw Ala, a potem Jasmina. Reszta utonęła w dziwnym, złocistym obłoku. Chłopcy nie mieli pojęcia, jak to się dzieje, ale obaj czuli gorące dłonie na swoich ciałach. Spragnione wargi wytyczały drogę na południe, a zęby kąsały wygięte szyje, by za chwilę zacisnąć się na stwardniałych sutkach. Mieli wrażenie, ze Eblis ma co najmniej cztery ręce i dwoje wygłodniałych ust. Leżeli tak, jak im kazał, z zamkniętymi oczami, wijąc się i jęcząc, co i raz zaciskając kurczowo dłonie na pościeli.
- Zrób coś, zanim się rozpłynę! - Aladyn był już na granicy wytrzymałości, jego napęczniały do bólu penis sączył obfite krople.
- Drażnisz się z nami specjalnie! –pisnął książę i rozsunął smukłe uda, ugniatane właśnie przez pożądliwe dłonie.
- Jak zwykle niecierpliwy! – Dżin był w siódmym , może nawet ósmym niebie. Odczuwał zwielokrotnioną przyjemność. Dzięki zaklęciom wyczarował podwójną ilość rąk, warg i penisów. Uznał, że w ten sposób nikt nie będzie poszkodowany i zaspokoi jednocześnie obu swoich słodkich małżonków. Twarde jak skała członki o aksamitnych główkach ocierały się właśnie o zaróżowione, drgające wejścia.
– Przekręćcie się na brzuchy… - zabrzmiał kolejny rozkaz, wypowiadany niskim, hipnotyzującym głosem. Jasmin i Al uklękli i wcisnęli rozpalone buzie w poduszki. Mieli wrażenie, że zaraz się rozpadną na tysiące kawałeczków. Każda najmniejsza cząstka ich ciał dygotała pod wpływem namiętnych pieszczot demona. – Postarajcie się rozluźnić… - Eblis zanurzył jednocześnie dwa penisy w wąskich tunelach. Rozkosz była niesamowita, oszałamiająca. Miał nadzieję, że jego młodzi małżonkowie czują to samo. Obaj ochoczo poddali się do tyłu, nabijając do samego końca. Zatrzymał się na chwilę, by ich ciała mogły się przystosować, potem wpadli w stary jak świat rytm.
Zabawa zajęła im całą noc Nienasyceni, spragnieni swojej bliskości, powtarzali ją wciąż od nowa, aż nastał świt. Chłopcy doszli do zgodnego wniosku,  że magia w łożu jest prawdziwym darem i obsypali dumnego z siebie demona setką komplementów. W przyszłości stworzyli naprawdę zgodne małżeństwo i doczekali się wielu niesfornych dzieci.
…………………………………………………………………………
KONIEC
 betowała Kiyami    

sobota, 10 stycznia 2015

Ogłoszenie!

Wznawiam opowiadanie ,,Mrok w mojej duszy”. Chcę zmyć tą plamę na moim honorze i zadowolić wszystkie marudy, które ciągle mi wytykały brak zakończenia. Miłego czytania.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach VI

   Demon przyglądał się z rozbawieniem sfrustrowanym chłopcom szepczącym coś sobie na ucho. Sułtan bardzo poważnie potraktował oświadczenie o wzorowym prowadzeniu się młodej pary i dawaniu dobrego przykładu poddanym. Ani na chwilę nie byli sami, poza tym zostali zarzuceni taką ilością pracy, że praktycznie na nic innego nie mieli czasu. Wieczorem padali do łóżek niczym żywe trupy. W dodatku władca nabrał paskudnego zwyczaju wpadania do ich pokoi z niezapowiedzianą wizytą o każdej porze dnia czy nocy. Chłopcom pozostała więc jedynie wymiana gorących spojrzeń oraz szybkie uściśnięcia dłoni, które jednakże wystarczały, by wzbudzać w ich spragnionych czułości, młodych ciałach prawdziwy pożar.
   Teraz pochylali właśnie nad stołem w dużej komnacie przerobionej tymczasowo na garderobę, a wszędzie dookoła walały się weselne szaty, buty i i różne dodatki. Bagdadzcy kupcy starali się przypodobać sułtanowi i przysłali najlepsze towary jakie mieli na składzie. Pod oknem stał malowany w rajskie ptaki japoński parawan, za którym chłopcy mogli przymierzać kolejne sztuki garderoby. Obok niego na ścianie powieszono duże lustro, aby mogli w nim obejrzeć swoje sylwetki zanim zdecydują się coś kupić.
- Może najpierw wybierzemy koszule? – Stwierdził Jasmin i szturchnął narzeczonego w bok, patrząc na niego znacząco.
- Ale nie zmieścimy się tam razem… - zaczął Aladyn, ale zaraz zamilkł mocno kopnięty w kostkę. Na twarzach siedzących na kanapie kupców pojawiły się szerokie uśmiechy. Zadowoleni, że ich towar się podoba, zaczęli się między sobą sprzeczać, co do jakości materiałów, zupełnie zapominając o obecności następcy tronu.
   Dżin obserwował wszystko z uśmiechem, opierając się plecami o marmurową kolumnę. Dwa sprytne łobuzy zniknęły za parawanem i za chwilę rozległy się stamtąd pełne przyjemności, ciche westchnienia. Najwyraźniej korzystali z okazji, że nikt nie zwracał na nich uwagi i dobrze się bawili. Eblis powoli podkradł się bliżej. Stanął z boku, stąd miał doskonały widok na obściskujących się chłopców. Całowali się z takim zapałem, że komnata chyba tylko jakimś cudem nie stanęła w ogniu. Demona zauroczył ten rozkoszny widok, prawdę mówiąc, chętnie by się do nich przyłączył, lecz mieli zbyt wielu świadków, poza tym nie wiedział jakby zareagowali na jego umizgi.
- Nie pojmuję, dlaczego się jeszcze nie udławiliście? – Rzucił żartobliwie, nawiązując do ich różowych języków, penetrujących wśród jęków i westchnień, usta partnera.
- Och…- Aladyn osunął się gwałtownie, a na jego twarzy wykwitły ogniste rumieńce.
- Idź na spacer zamiast podglądać! – Oburzył się Jasmin, patrząc na mężczyznę z naganą. Zaraz jednak spuścił wzrok, napotkawszy gorejące, pożądliwe spojrzenie. Demon ostatnio coraz bardziej go interesował, mimo całej swojej rezolutności często się peszył w jego obecności. Miał dziwne wrażenie, że te ślepia doskonale widzą przez ubranie. W obecności Eblisa już kilka razy zrobiło mu się niespodziewanie gorąco, a kolana jakoś nie chciały go utrzymać w pionie.
- Lepiej zajmijcie się szatkami, moje wy gołąbeczki. I cala niewątpliwa przyjemność po mojej stronie wasza wysokość. – Uśmiechnął się do zawstydzonego nagle księcia. – Ten kremowy jedwab strasznie łatwo się mnie. – Popatrzył wymownie na ich tyłki w pogniecionych spodniach, które przed chwilą obmacywały niecierpliwe dłonie.
- Eblis, czy ty nie masz nic lepszego do roboty niż ciągle za nami łazić? – Niedopieszczony Aladyn miał kiepskie poczucie humoru.
- Sułtan mi kazał was pilnować. To bardzo pouczające i hm… podniecające zajęcie. Za żadne skarby bym z niego nie zrezygnował – zamruczał niskim, wibrującym głosem i posłał chłopcom w powietrzu dwa całusy.
- Twój ojciec naprawdę przesadza… - jęknął zrezygnowany złodziej.
- Wiem… - zmarkotniał książę. – Najpierw sprowadzał do zamku zastępy konkurentów, żebym przypadkiem nie został starym kawalerem, a teraz pilnuje mnie niczym zazdrosny jastrząb.
- Moi drodzy, tak strasznie torturowani panowie, zostały jeszcze tylko dwa tygodnie. – Stwierdził poważnie dżin, w duchu śmiejąc się z ich zdegustowanych min. Chłopcom nie pozostało nic innego, jak ponowne zajęcie się przymierzaniem szat. Odwróceni do mężczyzny tyłem grzebali w stercie ubrań, porozkładanych na długim stole. Mieli na sobie jedynie cienkie koszule i obcisłe, bawełniane spodnie. Pochylali się raz po raz, wypinając w jego stronę kształtne pośladki.
- To faktycznie strasznie długo…- westchnął demon, nie mogący oderwać wzroku od cudownego widoku. Oparł się z powrotem o kolumnę, a na jego twarz wpełznął psotny uśmieszek. Przez to całe zamieszanie ze ślubem zupełnie zapomniał, że przecież był magiczną istotą. – A gdyby tak…? – Jego ramiona wydłużyły się, a zachwycone dłonie zacisnęły się na obiektach pożądania, delikatnie głaszcząc sprężyste krągłości. To było niemal niebo. Z całej siły zagryzł wargi, usiłując zapanować nad sobą, by nie zrobić jeszcze czegoś o wiele głupszego. Jeśli chciał wygrać całą wojnę,  musiał się uzbroić w cierpliwość. Szybko wycofał ręce, zanim ktokolwiek zdążył się połapać, co się dzieje. Ofiary tego bezczelnego ataku podskoczyły z piskiem, a na ich twarze wypełzły urocze rumieńce.
- Coś mnie złapało za tyłek!
- Mnie też!
Oburzeni chłopcy jak na komendę odwrócili się, ale nie zobaczyli niczego podejrzanego. Kupcy nadal się kłócili, a Eblis stał ze dwa metry od nich z niewinnym, niczym u noworodka spojrzeniem. Wyglądało na to, że trzymani przez nieznośnego sułtana na ,,głodzie” mieli halucynacje.
***
   Sułtan siedział na wyścielonym miękkimi poduszkami tronie w sali posłuchań, gdzie zazwyczaj przyjmował petentów oraz zagraniczne poselstwa, otoczony całym dworem. Sznur osób pragnących się z nim widzieć i zaznać nieco łaski nigdy się nie kończył i przedsionek pałacu zawsze był ich pełen. Przeważnie władca szybko się nudził, po trzech  godzinach wychodził z przekonaniem, że jego praca nigdy nie miała się skończyć. Od dwóch tygodni jednak wykazywał więcej cierpliwości do marudzących poddanych i zostawał o wiele dłużej, a wszystko to dzięki wezyrowi. Pierwszego dnia jego niewoli Hassan posłał mu nową parę spodni. Były uszyte z cienkiej, białej bawełny i tak obcisłe, że niewiele pola pozostawiały dla wyobraźni. Krótki kaftan sięgał mu zaledwie do bioder i nie zakrywał krągłych cudowności.  Dżafar nie mógł już teraz uciec, tłumacząc się jakimiś zmyślonymi obowiązkami, jak to często robił wcześniej. Siedział z ponurą miną kilka stopni poniżej swojego pana.
   Sułtan z dość niemądrym uśmiechem i oparł się plecami o aksamitne poduszki. Jednym uchem słuchał kolejnego poddanego zawile i kwieciście tłumaczącego mu, że podatki nałożone na gliniane dzbany są stanowczo za wysokie.
- Dżafarze wstań! Zrób siedem kroków do tyłu i tyleż do przodu. – Wolał co jakiś czas władca, a były minister zaciskał tylko wąskie wargi i wykonywał rozkaz. Dworzanie, w większości nie znoszący tego wyniosłego mężczyzny, doskonale się bawili i z niecierpliwością wyczekiwali tych momentów.

- Jak każesz – mruczał pod nosem za każdym razem, mimowolnie oblewając się rumieńcem. Co innego robić komuś takie numery, a co innego samemu być ich ofiarą. Doskonale się orientował o czym właśnie myśli jego zboczony pan. Czuł jak jego pożądliwe oczy obmacywały jego pośladki. Chwilami miał nieodparte wrażenie, że spodnie spłoną mu na tyłku.
- Nie bądź taki nieśmiały mój drogi – zachęcał go sułtan, nie spuszczając zeń wzroku, a siedzący obok sekretarze, robiący notatki z posłuchań chichotali w najlepsze. Widok kołyszących się zgrabnych pośladków nieodmiennie poprawiał Hassanowi humor. Dżafar burczał, prychał zadzierając do góry nos, ale posłusznie spełniał rozkazy, co jeszcze bardziej radowało jego pana. Wyglądało na to, że ta zabawa nigdy mu się nie znudzi.
Niestety tego letniego dnia, po południu zrobiło się już tak gorąco, że nawet siedzenie w sali bez ruchu stało się prawdziwą torturą. Władca skinął na wezyra, który klęczał nieopodal i zaczynały go już od tej pozycji boleć kolana.
- Słucham wasza wysokość. – W duchu liczył na to, że sułtan wreszcie się zmęczył i będzie miał w końcu spokój.
- Idziemy się ochłodzić do sypialni – Hassan zgasił jego nadzieję w zarodku. – No rusz dup… Znaczy… idź przodem – poprawił się, słysząc za swoimi plecami chichoty dworzan.
- Oczywiście o Najszlachetniejszy. – Wezyr prawie udławił się ostatnim słowem. Nigdy nie rozumiał tego człowieka. Mógł mieć w swoim łożu niemal każdego o kim zamarzył, tymczasem on od lat gapił się tylko na jego tyłek. Kiedy dotarli na miejsce sułtan z westchnieniem ulgi zdjął turban i rzucił się na chłodne, jedwabne prześcieradła. Skinął na Dżafara, który zajął już swoje miejsce na skromnym, wzorzystym dywaniku. Niechętnie wstał i podszedł bliżej. Musiał przyznać, że Hassan był nadal pociągającym mężczyzną, o wiele bardziej interesującym od tego smarkatego Jasmina.
- Piekielny upał, można wyzionąć ducha. – Władca rozpiął kaftan pod którym nie miał absolutnie nic, zważywszy na wysoką temperaturę, która panowała obecnie w Bagdadzie. – Wiele bym dał za loda…
- Ee…?- Wezyr lekko zbladł. – Jesteś pewien panie? – Uznał, że się przesłyszał.
- No rusz się! Ależ kiepski z ciebie sługa! Wykaż choć odrobinę zapału. – Jęknął i rozparł się wygodnie na poduszkach, po czym dotknął bransolety na swojej ręce. Nie miał pojęcia dlaczego Dżafar wpatruje się w niego szeroko otwartymi oczami, zupełnie jakby był w lekkim szoku.
- Twoja wola panie. Postaram się najlepiej jak potrafię, ale nie mam w tym żadnej wprawy. – Podpełznął do sułtana na kolanach i zanim tamten zdążył mrugnąć okiem,  zsunął mu spodnie i umościł się między jego udami. Pochylił głowę i wziął jego penisa do ust.
- Na Allacha… - zamruczał zaskoczony mężczyzna, nie mający pojęcia, dlaczego jego sługa zamiast pobiec do kuchni, zaczął lizać jego jądra i członka, jakby to było najsmaczniejsze ciacho na świecie. – No cóż… nie przestawaj… - Zmrużył z przyjemności oczy. Nie potrzebował nieba, ono było tutaj, a jego anioł co prawda z początku nieco się krzywił i dławił, ale potem jakby nabrał wigoru. Zacisnął szczupłe dłonie na jego biodrach, wziął go głębiej do gardła i nadał szybkie tempo. – Jak cudownie…- wyjęczał Hassan zanurzając się coraz głębiej w ciepłą, upajającą wilgoć. – A… ach…! - Krzyknął gardłowo i wygiął się w łuk, wypuszczając strumień spermy, prosto w utalentowane usta swojego gorliwego sługi.
- Oo… gulp…- Zaczął prychać mężczyzna, który dopiero teraz ocknął się z dziwnego transu. Piżmowy zapach skóry i nasienia, także w jego lędźwiach wzbudził pożądanie. Jako, że zawsze był stroną dominującą w miłosnych zapasach, tę sztuczkę wykonywał po raz pierwszy i uznał ją za bardzo podniecającą. Dopiero teraz, kiedy emocje nieco opadły zdał sobie sprawę co zrobił. Cały czerwony wycofał się z powrotem na swój dywanik.
- Nigdy mi się to nie znudzi. – Sułtan przysunął się do zmieszanego sługi i otarł mu usta rękawem swojej koszuli. Ostania perłową kroplę po prostu zlizał wprost z jego warg. – To było z pewnością lepsze od najwspanialszego deseru… - zachichotał.
- Przecież… ehm… chciałeś panie loda…- Zupełnie nie zrozumiał ostatniej uwagi. Coś wyraźnie było nie w porządku.
- Miałem na myśli zamrożone słodycze, ale bynajmniej nie narzekam. To co zrobiłeś było o wiele lepsze. – Zauważył z rozbawieniem, że jego sługa to blednie, to czerwienieje nie wiedząc, gdzie podziać oczy.
- Błagam, dobij mnie… - jęknął Dżafar i niczym struś schował głowę pod jedwabnym prześcieradłem. Miał ochotę umrzeć ze wstydu. Dopiero teraz pojął, że z natury prostolinijny Hassan nigdy nawet nie słyszał o takich igraszkach.
                                                                     ***

   Mijały tygodnie i dżin pracował od rana do wieczora, widując chłopców tylko od czasu do czasu. W tajemnicy przed wszystkimi budował w chmurach wspaniały pałac o wieżach z białego marmuru i dachach z najszczerszego złota. Chciał wszystko przygotować przed dniem zaślubin.W bibliotece wezyra znalazł też kilka bardzo przydatnych zaklęć, w krótkim czasie opanował je do perfekcji. Wypróbował je na kilku dworzanach, którzy od tej pory rozglądali się nerwowo, kiedy tylko przechodzili pustymi korytarzami i ciągle się czerwienili z niewiadomych powodów.
Dzień zaślubin był niezwykle piękny, jakby sam Allach zadowolony ze swoich sług błogosławił całemu Bagdadowi. Niebo było błękitne, bez jednej chmurki, a w powietrzu unosił się upojny zapach kwiatów. Poddani tłumnie wylegli na ulicę w oczekiwaniu spektaklu, w domach zostali jedynie starcy i małe dzieci. Wszyscy trzymali w rękach gałązki kwitnących pomarańczy. Machali nimi wesoło, witając ciągnący drogą bogaty orszak zdążający do świątyni. Pierwszy raz mieli okazję zobaczyć narzeczonego księcia Jasmina, o którego bogactwie krążyły legendy. Ludziom spodobała się jego przystojna, szczera twarz i jasne, śmiałe spojrzenie. Państwo młodzi jechali na białych rumakach, przystrojonych w haftowaną srebrem uprząż. Co chwilę łapali się za ręce, patrząc sobie czule w oczy. Takie zachowanie przypadło mieszkańcom Bagdadu do gustu. Zgodne, kochające się małżeństwo dobrze wróżyło na przyszłość. Zatrzymali się przed okazałą świątynią, gdzie najwyższy imam miał pobłogosławić ich związek. Potem miała się odbyć w pałacu huczna uczta weselna, do której przygotowywano się od miesiąca. Uroczystości miały trwać trzy dni i trzy noce. Aladyn z Jasminem weszli po czerwonych kobiercach do budynku, a tłum wiwatował i rzucał mu pod nogi kwiaty. Towarzyszył im oczywiście sułtan z nieodłącznym Dżafarem oraz dżin, prezentujący się równie wspaniale, co państwo młodzi. Zostali powitanie przez wiekowego duchownego z dobrotliwym uśmiechem, bardzo zadowolonego, że niesforny książę znalazł swoją drugą połówkę i wreszcie sułtan przestanie mu jęczeć przy każdej wizycie, że nie radzi sobie z wychowaniem syna.
- Uklęknijcie moi drodzy. Rad jestem, że doczekałem tej chwili. – Imam skinął na chłopców. Spełnili jego polecenie osuwając się na kolana. Na posadzce rozesłany był tradycyjny dywan służący od lat władcom Bagdadu w czasie oficjalnych uroczystości.
   Hassan z rozczuleniem przyglądał się przejętym młodzieńcom recytującym modlitwy, ocierając ukradkiem łzy wzruszenia. Natomiast stojący obok niego wezyr krzywił się jakby zjadł cytrynę. Nie pojmował, kto normalny, chciałby spędzić z jedną osobą całe życie, kiedy dookoła pełno pięknych chłopców i dziewcząt. Prawo jednak pozostawało prawem. Zresztą  czego by człowiek nie zrobił dla pieniędzy i pozycji. Nie rozumiał dlaczego wszyscy tak się zachwycają tym całym ślubem. On nigdy by się na niego nie zgodził, chyba że cena byłaby odpowiednia.
- Dobrzy mieszkańcy Bagdadu – podjął imam – zebraliśmy się tutaj, by w obliczu Allacha pobłogosławić ten związek dwojga serc…
- Chwileczkę, raczej trojga…- przerwał jego uroczystą przemowę demon. – Też chcę wziąć w tym udział! – Wepchnął się między chłopców, wytrzeszczających na niego ze zdumienia oczy. Uklęknął całując jednego i drugiego w policzek. – Na co czekasz kapłanie? Kontynuuj! – Rozkazał z bardzo zadowoloną miną.
- Ale… hm… nie wiem czy mogę…- Zupełnie zbity z tropu starzec zerknął pytająco na sułtana, którego zupełnie zamurowało z wrażenia. Zastanawiał się co zrobić. W ich państwie wielożeństwo było dopuszczalne. Niektórzy mieli po kilka żon, czy mężów, w zależności na ile było ich stać.
- Wasza Wysokość? – Imamowi nikt wcześniej nie wspomniał o trzeciej osobie, pragnącej uczestniczyć w zaślubinach. Władca nadal nic się nie odzywał, a on z kolei bał się sprzeciwić tej magicznej istocie. Dobrze wiedział jak niebezpieczne bywały dżiny.
- Nie mam nic przeciwko – stwierdził po chwili namysłu Hassan. Taki potężny zięć władający magią był oczywiście mile widziany. Nie wiedział jednak jak na tą propozycje zareaguje jego uparty syn.
- Właściwie ja też! – Poparł go natychmiast Aladyn, a kamień który od jakiegoś czasu tkwił w jego sercu skruszył się na pył. Poczuł wielką ulgę, bo nie wyobrażał już sobie życia bez niesfornego Eblisa. Nie miał pojęcia jednak, co o tym myśli książę.
- Jesteś pewny? – Jasmin już od jakiegoś czasu znajdował się pod urokiem demona, ale obawiał się, że narzeczony będzie zazdrosny, kiedy mu o tym powie. – Też się zgadzam. – Uśmiechnął się radośnie do obu swoich mężczyzn.
- W taki razie nie marnujmy czasu – zaklaskał w ręce zadowolony staruszek. – Ogłaszam was mężem, mężem i mężem.


niedziela, 14 grudnia 2014

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach V

Wezyr również wyszedł do ogrodu za chłopcami, tylko o wiele dyskretniej. Stał za rozłożystą palmą, kiedy Aladyn ściągnął turban. Od razu rozpoznał żebraka, którego zatrudnił do odzyskania cudownej lampy. Najwyraźniej drań stał się właścicielem dżina i korzystał z dobrodziejstw oferowanych przez artefakt. Musiał się go szybko pozbyć, zbyt wiele widział i wiedział, mógłby zdradzić przed sułtanem, że para się czarną magią, co w Bagdadzie było zabronione i surowo karane. Nie mówiąc już o innych grzeszkach, które miał na sumieniu. Trzeba było działać szybko, nie miał czasu na wymyślanie szczegółowego planu. Zobaczył jak książę Jasmin wymyka się z tarasu w pomiętym i porozpinanym ubraniu z rozanieloną mina i zazgrzytał zębami. Ten brudny złodziej chciał ukraść mu z przed nosa nie tylko sułtański tron, ale i rękę tego gówniarza.
- To ci się nie uda! W końcu jestem najpotężniejszym magiem w tym kraju! – Wyszeptał, marszcząc gniewnie brwi. Podkradł się po cichu od tyłu do Aladyna, który właśnie podziwiał zachód słońca nad pustynią z równie maślanym uśmiechem, co książę, zupełnie nieświadomy czającego się niebezpieczeństwa.
    Pałac znajdował się nieco na uboczu, zbudowano go na skalistym wzniesieniu i królował dumnie nad miastem. Z tarasu był rzeczywiście piękny widok na odległe góry. Z tej strony nie wystawiano nawet straży, bo oddzielała go od wydm bezdenna przepaść. Szeroka na kilkanaście metrów i niezmierzona, żaden człowiek nie byłby zdolny jej przebyć. Podobno na samym dole znajdowało się słone jeziorko, ale nikt go nigdy na własne oczy nie widział.
   Niedaleko, przywiązany grubym łańcuchem do jednej z kolumn, na puchowej poduszce spał Radża, ukochany tygrys i przyjaciel Jasmina. Często bywał agresywny i nieobliczalny, słuchał jedynie swojego pana. Nie lubił zbytnio gości, zdarzyło mu się w przeszłości na kilku zapolować, dlatego więc na czas uczty został tutaj przeniesiony. To nasunęło wezyrowi pewien pomysł. Nikt się przecież nie zdziwi, że znudzona kicia poturbuje kolejnego konkurenta.
Dżafar przy pomocy zaklęcia odpiął obrożę zwierzęcia, z cichym brzękiem łańcuch opadł na marmurowe płyty. Ku jego jednak zdziwieniu tygrys podniósł jedyne łeb i zamiast zaatakować, spokojnie przyglądał się  wychylającemu się prze barierkę Aladynowi.
- Szlag! – Zasyczał wezyr, najwyraźniej fortuna go dzisiaj nie lubiła. Głupi zwierzak nie miał najmniejszego zamiaru się ruszyć. Wykonał kilka zawiłych gestów i barierka, o którą opierał się Aladyn pękła.  Nie spodziewający się niczego chłopak poleciał głową w dół prosto przepaść.
- Aaa…! – Krzyczał rozpaczliwie, ze strachu zapominając o dżinie. W ostatniej dosłownie chwili tygrys skoczył mu na pomoc, chwytając za nogawkę, niestety materiał mnie wytrzymał i pękł. Chłopak zamachał rękami, a całe jego krótkie życie przeleciało mu przed oczami. Wiatr zaświstał mu w uszach, wiedział, że zbliża się koniec. Brudnozielona tafla wody zbliżała się z zadziwiającą prędkością.
***
   Wezyr odczekał chwilę, aż umilkł pieszczący jego uszy wrzask zdrajcy i przybrawszy zmartwiony wyraz twarzy wrócił na ucztę, która nadal trwała w najlepsze. Mocno podchmieleni biesiadnicy prześcigali się w niemądrych żartach, chcąc rozweselić księcia, który nieoczekiwanie dla wszystkich wrócił do komnaty. Jasmin widząc, że minister wraca od strony ogrodu zmierzył go podejrzliwym wzrokiem. Doskonale znał nadmiernie ambitnego Dżafara. Najwyraźniej znowu coś knuł. Miał nadzieję, że ten zimnokrwisty drań nie widział jak migdalił się z Aladynem w krzakach, bo na pewno naskarżyłby ojcu.
    Mężczyzna nie podszedł do niego, jak to zwykle miał w zwyczaju, rzucając kilka nieszczerych komplementów, ale od razu do sułtana i nachylił się, szepcząc coś z przejęciem. Wiedział, że władca nie lubił kiedy przerywano zabawę bez ważnych powodów. Wymagał od wszystkich dyskrecji, jeśli nagle wydarzyło się coś nieoczekiwanego.
- Co się stało? Nie możesz z tym poczekać do jutra? – Niechętnie skłonił ku niemu głowę. - Mam prawo do odrobiny odpoczynku w gronie przyjaciół!
- Wybacz Wasza Wysokość, ale miał miejsce straszny wypadek. Jednego z naszych gości zaatakował ten przeklęty tygrys. Chciał mu chyba odgryźć nogę, nawet nadal ma w pysku kawałek spodni. Barierka nie wytrzymała i biedaczysko spadł w przepaść zanim zdążyłem podbiec.
- Niemożliwe! – Krzyknął na głos władca, a wszystkie rozmowy i chichoty umilkły. – Kazałem go przywiązać do kolumny! Kim był ten nieszczęśnik?
- To Aladyn panie, taki młody! Co za tragedia! – Wezyrowi udało się nawet uronić jedną łzę, oczywiście radości, ale o tym przecież nikt nie wiedział.
-Na Allacha! – Blady jak płótno Jasmin, który doskonale słyszał każde słowo, poderwał się z miejsca. – Znowu wygadujesz jakieś kłamstwa! To nie może być prawda, nie mógł zginąć teraz, kiedy go wreszcie odzyskałem! – Zachwiał się, bo zrobiło mu się słabo. Czyjaś litościwa ręka podała mu pucharek z wodą.
- Spokojnie dziecko, chodźmy zobaczyć co się stało. Prawdę mówiąc ten tygrys, miewał już różne wyskoki. – Otoczył syna ramieniem. Teraz dopiero zrozumiał, że Jasmin naprawdę polubił tego nieznajomego. Pierwszy raz okazał komuś zainteresowanie, a tu taki dramat.
- Nieprawda, Radża nigdy nie atakował bez powodu. Nikogo też nigdy nie ugryzł! – Zaprotestował gwałtownie. – Tatusiu, czy on mógł przeżyć? – Zapytał cicho, wtulając się w rękaw ojcowskiego kaftana. Właśnie świat znowu runął mu na głowę.
- Zobaczymy Gwiazdeczko, zobaczymy. – Pogładził go uspokajająco po drżących plecach. Nie potrafił mu powiedzieć, że nie ma na to żadnych szans. Nikt nigdy nie przetrwał upadku w tą przepaść. Wyszli powoli na taras, gdzie Radża siedział machając nerwowo ogonem. Obok niego rzeczywiście leżała nogawka od spodni. Jasmin natychmiast ją poznał, faktycznie należała do ukochanego. Pociemniało mu w oczach i osunął się na zimne płyty.
- Tak mi przykro książę. – Dżafar podszedł z ciepłym szalem i nakrył jego ramiona. – Wyprawimy mu godny pogrzeb. – Powiedział pełnym współczucia głosem, a jego dusza tańczyła właśnie walca i wywijała hołubce w radosnych podskokach. – Zdechł, trafił go szlag, ten głupi bachor będzie mój! – Powtarzał w myślach ledwie nad sobą panując.
- Nie dotykaj mnie! - Jasmin miał wrażenie, że owinął się wokół niego wąż i próbuje zacisnął swoje zwoje, odcinając mu dopływ powietrza.
- Przykro mi kochanie, ale Dżafar ma rację. – Sułtan obejrzał uważnie miejsce zdarzenia i uklęknął obok pogrążonego w rozpaczy syna. – Nic więcej nie możemy dla tego biednego chłopca zrobić. –  Spojrzał na leżącą obok obrożę z łańcuchem i zmarszczył brwi. Odwrócił się do swojego ministra. – Nikogo tutaj nie widziałeś?
- Skądże. Wszyscy byli na sali, a nikt obcy się tutaj nie pałęta. Straże go nie wpuszczą. – Władca patrzył na niego z taką uwagą, że poczuł się nieco niepewnie. Hassan był łagodnym człowiekiem, ale bynajmniej nie głupim. Nikt władający z taką wprawą miastem nie mógłby nim być. Musiał zdwoić ostrożność. Czyżby coś wypatrzył?
Przyglądający się im Jasmin, mimo targającego nim dojmującego bólu,  natychmiast zrozumiał, o co chodzi ojcu. Łańcuch był cały, obroża nie potargana, jakby to było w przypadku, gdyby zwierzę samo się zerwało.
- To morderstwo! Ktoś ją celowo odpiął, spuszczając tygrysa z uwięzi. Radża polubił Aladyna, na pewno nie rzuciłby się na niego bez powodu… – Wstał z podłogi i wbił w oczy w ministra. – Chyba sprawy niezupełnie miały się tak, jak je nam przedstawiłeś. – W jego piersiach narastał gniew. Jeśli ten gad był winien, będzie długo i boleśnie umierał. On jeden miał powód, by pozbyć się Aladyna. Jeśli widział ich w ogrodzie, wiedział na co się zanosi.
- Gwiazdeczko, wiem , że nie lubisz wezyra. Ale żeby kogoś skazać, trzeba mu udowodnić winę – odezwał się łagodnie władca. – Po co niby miałby to robić? Czego mu brakuje? Jest przystojny, bogaty, ma sporo władzy. – Hassan nie uwierzył w słowa syna, a raczej nie chciał mu uwierzyć. Zdawał sobie sprawę, że Dżafar miał sporo wad, ale żeby był zamieszany w zabójstwo… Tego jakoś nie potrafił przyjąć do wiadomości.
- To proste ojcze. - Jasmin spojrzał z mocą prosto w oczy sułtana. - Korony! – Pewnie śni o niej po nocach i dostaje orgazmu za każdym razem, kiedy dotknie tronu.
- Ależ panowie, skąd takie pochopne wnioski? – Minister, któremu dusza uciekła właśnie w pięty, zaczął się cofać w kierunku przepaści. Z pośpiechu pokpił sprawę i mógł jedynie ratować się ucieczką. Odnajdzie lampę, a potem wróci i zabierze to, co mu się słusznie należało - tron Bagdadu. Następnie dobierze się do zgrabnego tyłka rozpieszczonego smarkacza i zrobi sobie kilku następców. Krok po kroku zbliżał się do krawędzi…W razie potrzeby potrafił latać. Teraz już było wszystko jedno, czy Hassan dowie się o jego magicznych umiejętnościach czy nie. Prawdę mówiąc będzie mu trochę brakowało sułtana, mimo wszystko odrobinę się do niego przywiązał. Niestety nie mogło być przecież dwóch władców.
***
   Demon nie wiedział co robić, zaklęcie pętało go dosyć mocno. Aladyn musiał wyrazić życzenie, aby mógł działać. Tymczasem ten cholerny dureń tylko darł paszczę. Równie przerażony krążył wokół spadającego chłopaka. Zdążył już polubić, ba… nie ukrywajmy pokochać… swojego nowego pana. Pieprzona magia, trzymała go silniej niż jakiekolwiek mury. Wyglądało na to, że straci przyjaciela, zanim na dobre się zaprzyjaźnili. Dżin kompletnie spanikował, próbował go podtrzymać i zwolnić pęd, ale miał tyle siły, co nowo narodzone szczenię.
Aladynowi, zanim uderzył w taflę wody, co przy tej prędkości równało się natychmiastowemu skręceniu karku, zaświtała jedna świadoma myśl. Widział jak demon bezskutecznie próbuje mu pomóc, a w jego szkarłatnych oczach dostrzegł rozpacz.
- Uwalniam cię dżinie… - wyszeptał posiniałymi wargami zanim stracił przytomność.
Eblis nagle poczuł przypływ potężnej magii, pierwszy raz od tysiąca lat był znowu panem samego siebie. Ten niemądry chłopak o szczerozłotym sercu zamiast się ratować, uwolnił go od klątwy. Nabrał powietrza i dmuchnął z całej siły. Powierzchnia jeziora ugięła się, co złagodziło upadek Aladyna. Demon wziął go w ramiona i mocno do siebie przytulił wiotkie ciało, pokryte kropelkami wody.
- Mój pan, mój słodki, kochany pan… – wyszeptał, całując wilgotne czoło. Ulga jaką poczuł, słysząc bicie jego serca, niemal strąciła go z powrotem w brudnozielone fale. – Spójrz na mnie… - Zobaczył jak długie rzęsy lekko drgnęły.
- Straszne przeciągi w tym piekle. – Aladyn otworzył brązowe oczy i zobaczył nachylona nad nim znajoma twarz. W szkarłatnych źrenicach było tyle czułości, że natychmiast zrobiło mu się cieplej. – Gdzie my jesteśmy i dlaczego wszystko się kołysze?
- Spokojnie mój panie. Lecimy z powrotem do pałacu. Staraj się nie ruszać zbyt gwałtownie, uderzyłeś się mocno w głowę i możesz mieć wstrząs mózgu. – Nie mógł się powstrzymać i dotknął opuszkiem palca rozchylonych ust chłopaka, które nabrały już naturalnego, różowego koloru.
- Przestań mnie macać! – Zaprotestował słabo Aladyn, rumieniąc się delikatnie.
- Ja tylko sprawdzam twój stan zdrowia. – Demon posłał mu pełen radości, przewrotny uśmieszek.
- Akurat – burknął, ale jednocześnie złapał dżina za szyję i przytulił się do niego ufnie. Nie znosił bujania, tylko raz był przez chwilę na łódce, po czym  wyrzygał śniadanie.
- I jesteśmy. – Wylądowali cicho za plecami Dżafara, który zajęty dyskusją ze sułtanem, zupełnie tego nie zauważył. Demon postawił swój słodki ciężar na podłodze. Mężczyźni naprzeciwko, pootwierali ze zdumienia usta i powytrzeszczali oczy.
- Ty żyjesz?! To nie złudzenie?? – Oszalały ze szczęścia Jasmin z przeciągłym piskiem rzucił się na Ala. Przewrócił nie czującego się jeszcze zbyt dobrze złodzieja na podłogę, tak że klapnął na nią tyłkiem. Wczepił się w niego niczym małpka rękami i nogami, ściskając i szlochając na przemian. – Kiedyś mnie zabijesz, o mało nie stanęło mi serce…- Całował raz po raz jego usta, zupełnie zapominając o widzach.
- Szsz… już dobrze… przecież jestem…- Przycisnął go do siebie najpierw delikatnie i nieśmiało, potem coraz pewniej i zaczął z zapałem oddawać całusy, mimo, że głowa go bolała jak diabli. Ale kto by pamiętał o takich szczegółach w takiej chwili.
- Rozumiem, że mam szybko przygotować ślub? – Mruknął sułtan z zadowoleniem, obserwując młodą parę. – Pokój dziecinny pewnie też, sądząc z zapału. – Zreflektował się nagle. W końcu jego syn nie był byle kim i nie mógł dawać poddanym złego przykładu. – Hola, panowie hola! – Złapał zajętą sobą parę za kołnierze i postawił do pionu, lekko nimi potrząsając.
- Tato…! – Nadąsał się Jasmin, układając usta w podkówkę. Jego szczęście było ogromne. Wydawało mu się, że za chwilę wybuchnie jak świąteczna raca i zamieni się w różnokolorowe konfetti.
- My tylko… - Poczerwieniał gwałtownie Al, dopiero teraz zauważając władcę. – To znaczy chciałem prosić o rękę księcia…- Popatrzył niepewnie na Hassana. – Wiem, że nie jestem go wart, ale będę się naprawdę starał… Przysięgam! – Uderzył się z rozmachem w pierś.
- Spokojnie dzieci, niczego nie będę wam bronił. Ale do ślubu, żadnego macania! – Popatrzył na nich groźnie. – Odległość pół metra!
- Jesteś okropnym tyranem! – Mruknął książę i zaczął tupać gniewnie nogą. Ojciec chyba zwariował, nie było mowy, by trzymał się od Ala z daleka. Jego miejsce było w ramionach ukochanego, już teraz o krok od niego czuł się jak opuszczona sierota.
- Oczywiście Wasza Wysokość! – Złodziej, nauczony moresu oraz szacunku do starszych i możniejszych od siebie natychmiast przytaknął władcy, za co dostał solidnego kuksańca w bok od Jasmina.
- Nie podlizuj się tak! – Fuknął niezadowolony. On tam nie miałby nic przeciwko, żeby skończyli, to co zaczęli pod krzakiem jaśminu.
***
   Tymczasem Dżafar widząc, że wszyscy są zajęci postanowił się ulotnić. Jedyna droga prowadziła w dół i przez bezkresną pustynię. Zaczął cicho mruczeć zaklęcia, które miały mu dać skrzydła, były jednak dość skomplikowane i wymagały skupienia.
- A ty, co znowu kombinujesz? – Demon złapał go za ramię, wybijając z rytmu. Zaczął się trząść ze strachu. Musiałby znowu zaczynać wszystko od początku, a na to nie miał już czasu. – Najwyższy czas odesłać cię do piekła! Pożeraczu dusz przybywaj! – Niebo nagle pociemniało i gdzieś daleko uderzył grom. Z przepaści zaczęła się wyłaniać ogromna, bezkształtna postać otulona w ciemność. Wszyscy poczuli tchnienie chłodu.
- Aladynie, powstrzymaj go! Na pewno nie chcesz mieć mojej śmierci na sumieniu! – Zaskomlał Dżafar, upadając na kolana. Wiedział, że dobroduszny złodziej, był jego ostania deską ratunku. Nie chciał umierać, nie w taki sposób. – On cię posłucha, jesteś jego panem.
- Prawdę mówiąc już nie, wyzwoliłem łobuza, więc raczej zrobi co zechce. – Chłopakowi zrobiło się odrobinę żal dumnego ministra, który teraz czołgał się u jego stóp. Nie miał jednak zamiaru, zbyt łatwo mu odpuścić, nie tylko jemu wyrządził krzywdę. Najwyższy czas by w końcu się czegoś o życiu nauczył.
- Panie! – Wezyr złapał za poły kaftana Hassana i wbił w niego błagalne spojrzenie. – Służyłem ci przez tyle lat… - Mężczyzna zacisnął usta w wąską kreskę. Miał jednocześnie ochotę sprać tego podłego drania na kwaśnie jabłko i przytulić, by przestał się tak trząść.
- Wiesz, że próbuje tobą manipulować. – Upomniał władcę Eblis. – Zasłużył na śmierć po wielokroć. Gdyby to on dorwał się do lampy strącił by cię z tronu bez chwili wahania, a może i zrobił jeszcze coś gorszego. – Widział jak sułtan się waha zdjęty litością, a być może czymś jeszcze.
- Daj mi go, dopilnuję, żeby już nigdy nikogo nie skrzywdził. – Nie potrafił patrzeć jak cierpi. Wyglądał teraz tak bezbronnie. – Będzie moim niewolnikiem, najniższym z sług.
- Al? Jasmin? – Obaj chłopcy skinęli zgodnie głową. – Niech się stanie wasza wola – powiedział donośnym głosem i grom ponownie uderzył. Na szyi klęczącego wezyra pojawiła się skórzana obroża, nabijana metalowymi ćwiekami na których widać było zawiłe runy. Sułtan ze zdumieniem zobaczył na swoim nadgarstku podobną bransoletkę.
- Co to takiego? – Dotknął jej ostrożnie i poczuł ukłucie magii.
- Jesteś teraz panem tego psa. Nie może ci zrobić ci krzywdy, musi cię słuchać we wszystkim. – Uśmiechnął się złośliwie demon. – Powiesz mu ściągaj gacie, a on to zrobi bez wahania.
- Chyba śnisz! – Warknął były minister, który nadal drżał, ale charakterek nic a nic mu się nie zmienił. Nie mógł jednak wstać z klęczek i musiał tkwić w tej upokarzającej pozie.
- Chyba coś nie wyszło z tym zaklęciem. – Hassan przyglądał się słudze z prawdziwą ciekawością. Tysiące możliwości, które przyszły mu do głowy spowodowały, że jego oczy rozbłysły niczym latarnie.Wziął go pod brodę i spojrzał mu prosto w pełne uporu oczy. Drań zbladł, ale nadal mruczał coś do siebie pod nosem.
- Eh, wszystko w porządku. Co by to była za frajda, gdyby nie mógł się trochę buntować­? – Dżin poklepał po przyjacielsku władcę po plecach. Widać było, że mężczyźnie podoba się nowa zabawka. Sam miał jeszcze sporo pracy, bo chłopcy się uparli, żeby wesele było najpóźniej za miesiąc. Nie było wiec zbyt wiele czasu, a on przygotowywał niespodziankę. Wspaniałą niespodziankę, która miała posłużyć wszystkim trzem. Przystojną twarz demona rozjaśnił przekorny, tajemniczy uśmiech. On wiedział już co robić, a innym… no cóż… Innym nie pozostanie nic innego niż się do niego przyłączyć.

wtorek, 4 listopada 2014

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach IV

 Tymczasem Aladyn po dobrym miesiącu przygotowań czuł się rzeczywiście   zupełnie odmieniony. Przynajmniej zewnętrznie nikt nie poznałby w nim dawanego złodzieja i żebraka. A o to właśnie mu chodziło, bo nieco obawiał się zemsty wezyra. Specjalnie przespacerował się kilka razy po rynku, jednak żaden ze starych znajomych nie zareagował na jego widok, kłaniali się mu w pas jako obcemu wielmoży.  Stał właśnie przed lustrem, wygładzając niebieski kaftan do kolan, przewiązany złotolitym pasem. Poprawił na głowie biały turban, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę swoje odbicie widzi w szklanej tafli. Czy ten przystojny, smukły, młody mężczyzna to on? Wyglądał zupełnie jak syn jakiegoś szejka czy innego bogatego pana, jakich czasami widywał na placu targowym w otoczeniu licznej służby i dworzan. Chciał zacząć znajomość z Jasminem od nowa. Zaprezentować się od jak najlepszej strony i szturmem zdobyć jego serce, a może nawet rękę. Sułtanowi, za namową dżina, prawie codziennie posyłał wyszukane prezenty i ta prosta strategia okazała się jak najbardziej skuteczna.  Właśnie dzisiaj miał dostąpić zaszczytu przedstawienia Ich Wysokościom i zjedzenia z nimi kolacji.
    Oczywiście do pałacu udał się, jak na zamorskiego księcia przystało, w bogato zdobionej lektyce, niesionej przez rosłych, ciemnoskórych mężczyzn. Demon, zamienił się w kolczyk i wesoło dyndał mu na uchu. Zanim wyruszył, obaj doszli do wniosku, że tak będzie najlepiej, w razie jakiegokolwiek problemu będzie mógł natychmiast podpowiedzieć mu co zrobić. Kiedy Aladyn wszedł do zamku, służba natychmiast zaprowadziła go do jadalni, gdzie już zaczęła się uczta. Chłopak skłonił się nisko przed sułtanem, po czym dyskretnie zerknął na siedzącego obok niego Jasmina. Dawno się nie widzieli i przez cały ten czas za nim tęsknił, choć znali się tak krótko. A może to pamięć płatała mu figle, ubarwiając rzeczywistość? Czy rzeczywiście książę był taki uroczy jak go zapamiętał?
 - Wspaniale, że wreszcie mogę cię poznać – Hassan wyciągnął do chłopaka ramiona, niczym do starego znajomego. – Twoje dary wszystkim się ogromnie podobały. Nasz wezyr nawet osobiście przetestował wannę. – Puścił oko do czerwieniejącego gwałtownie Dżafara, usiłującego ukryć się za ogromnym wazonem z kwiatami przed kpiącymi spojrzeniami dworzan. Dzięki temu manewrowi w pierwszej chwili nie zwrócił zbytniej uwagi na przybysza. – Ten czarujący, acz lekko naburmuszony młodzieniec, to mój syn Jasmin. Nie przepada za konkurentami… - dodał konspiracyjnym szeptem, który oczywiście wszyscy usłyszeli.
- Mężczyzna jak mężczyzna, niczym się specjalnie nie wyróżnia spośród dziesiątek innych łowców fortuny -  rzucił wyniośle książę, zadzierając nos i spoglądając chmurnie na przybysza. Prawdę mówiąc kogoś mu przypominał, ale nie mógł sobie przypomnieć kogo. Postanowił zastosować starą, wypróbowaną strategię – granie rozpuszczonego jedynaka bez mózgu i manier zawsze najlepiej mu wychodziło.
- Nie przesadzaj, chłopak jak malowany. – Sułtan złapał za rękę nie spodziewającego się niczego Aladyna i okręcił wokół własnej osi. – Czego niby mu brak? Przystojny, zamożny, z dobrej rodziny i ma miłą, przyjazną twarz.
- Ciekawe skąd to wszystko wiesz? Przecież widzisz go pierwszy raz w życiu! – Jasmin nie miał zamiaru odpuścić. Nie znosił, kiedy ojciec próbował go swatać.
- Właśnie! – Dorzucił swoje trzy grosze wezyr, który właśnie doszedł do siebie po bezwstydnej uwadze sułtana. Miał co prawda paskudny charakter i nieprzyjemny wyraz na bardzo szczupłej, acz przystojnej twarzy, ale był niewątpliwie sprytny i spostrzegawczy. – Może to jakiś rozbójnik, chcący obrabować skarbiec? – Czym dłużej patrzył na przybysza, tym bardziej w jego umyśle rosło pewne podejrzenie. Zamorski książę był niesamowicie podobny do żebraka jakiego wynajął, aby odnalazł lampę. Jeśli jakimś cudem przeżył i wypełznął z Jaskini Cudów, to miał naprawdę groźnego rywala. Należało się go pozbyć jak najszybciej. Nadal dyskretnie obserwował mężczyznę i w myślach układał zbrodniczy plan.
- Po co miałbym to robić? Mam dość własnych pieniędzy – odezwał się rozsądnie Aladyn. Żywił nadzieję, że Dżafar go nie rozpoznał. Postanowił nieco nagiąć fakty, mimo, że szepczący mu do ucha demon stanowczo mu to odradzał. Uważał, że kłamstwami nie zdobędzie niczyjego serca. – Zobaczyłem podczas wyścigów wielbłądów księcia Jasmina i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Postanowiłem sprawdzić, czy jego serce dorównuje zjawiskowej urodzie, która mogłaby zawstydzić nawet Gwiazdę Północną.
- Taa… Moje oczy są jak klejnoty, skóra przypomina płatki jaśminu, a włosy  najszlachetniejszy jedwab… - ziewnął szeroko Jasmin. – Jakie to nuuudneee…
- Wszystko to szczera prawda, a na dłuższą metę faktycznie nudne… - uśmiechnął się do niego Aladyn, a w zimnym sercu księcia niespodziewanie coś drgnęło. Pod wpływem ciepła widocznego w brązowych oczach, zatliła się w nim maleńka, drżąca iskierka. Co dziwne obcy, coraz bardziej przypominał mu jedynego i tak szybko utraconego przyjaciela.
- Czyli jestem do niczego? – Zapytał zaskoczony wypowiedzią mężczyzny i po raz pierwszy spojrzał na niego z uwagą. – Pozwalasz tak traktować swojego jedynaka?  - Zwrócił się do ojca płaczliwie. Nikt nigdy nie odważył się go otwarcie skrytykować. Zazwyczaj był zasypywany setkami, mniej lub bardziej niemądrych komplementów.
-  Niezupełnie o to mi chodziło. – Aladyna jego wyniosła poza i zachowanie godne bogatego bahora, zaczęła nieco irytować. Postanowił dać mu niewielką nauczkę. - Chciałem jedynie powiedzieć, że uroda wabi innych, niczym wonny kwiat motyle. Jeśli jednak nie ma tego czegoś, co przyciąga do siebie dwoje ludzi, to prędzej czy później spowszednieje. Szczere, mądre i kochające serce nadaje wszystkiemu sens, sprawia, że róża zakwita w naszych oczach wciąż od nowa. – Aladyn ostatnio zaczytywał się w poezji, czerpał z nich sporo życiowych mądrości, nawet dżin był zdumiony jego postępami w tym kierunku.
- Czyli jestem ładny, ale głupi i pusty? – Jasmina stwierdzenie gościa ubodło mocniej, niż gotów był przyznać, tym bardziej, że tkwiło w nim ziarno prawdy. Traktował wszystkich starających się z pogardą, jak zło konieczne, nigdy się nie wysilił, by któregoś z nich bliżej poznać. Nie miał jednak zamiaru dłużej słuchać impertynencji, tego zagranicznego bałwana. Wywiesił w jego stronę po dziecinnemu język, zerwał się z krzesła i ruszył na taras, mimo pełnego przygany spojrzenia ojca.
- Zaczekaj, nie gniewaj się! – Aladyn ruszył za nim, kłaniając się po drodze wszystkim zebranym. Było mu głupio, że tak dociął księciu. Jednak jego zachowanie i wyniosłe, zarozumiałe miny, trochę go zdenerwowały. Podczas swojej ucieczki wydawał się miłym i szczerym chłopcem, tutaj zgrywał rozwydrzoną księżniczkę na wieży. Łobuz był szybszy niż wyglądał, udało mu się dopaść go dopiero w ogrodzie.
- A ty tu czego?- Zawarczał nieprzyjaźnie. – To prywatna posesja! Zmiataj podlizywać się mojemu ojcu, jak się dobrze postarasz, to może mnie odda! Będzie mógł wtedy wreszcie macać po kątach swojego Dżafara! Ja mu najwyraźniej przeszkadzam! – Dodał nieco ciszej i usiadł na ławce, pod krzakiem kwitnącego bzu.
- Z ciebie jest naprawdę niesprawiedliwy głuptas, mój książę. – Aladyn ulokował się obok niego. Widział smutek i niepewność w oczach chłopaka. Najwyraźniej w złości powiedział prawdę. Bał się, że ojciec już go nie kochał i chciał się pozbyć z domu. – Dobrze wiesz, że sułtan cię uwielbia, sam mi to powiedziałeś. – Nie zdawał sobie sprawy, co mu się właśnie wymknęło.
- Chwileczkę! – Jasmin był całkiem bystrym chłopcem. Coś tu się bardzo nie zgadzało. Niczego takiego przecież mnie mówił, a przynajmniej nie temu bęcwałowi, chyba że… Przysunął się bliżej gościa i ujął go pod brodę, tak że ich oczy się spotkały. - Zdejmij turban! Ale już! – Rozkazał.
- Ppo cco…? – Wyjąkał. Stracił całą, z takim trudem uzyskaną pewność siebie, tym bardziej, że demon w jego uchu właśnie wymyślał mu od tępaków i kazał natychmiast uciekać. Ciepła dłoń na jego twarzy pachniała pomarańczami, nie potrafił się jej oprzeć. Podziałała jak opium, zupełnie otumaniając jego zmysły. Nie miał zbytnio ochoty się odsuwać, tym bardziej, ze kuszące usta, o których marzył każdej nocy, były tak blisko. Zanim zdążył zrobić unik zwinny chłopak zrzucił jego nakrycie głowy, strzecha czarnych włosów rozsypała mu się na ramiona.
- Aladyn?! To ty?! – Na twarzy Jasmina najpierw rozbłysnął najpiękniejszy z uśmiechów, a w oczach, okolonych długimi, miękkimi rzęsami pojawiły się łzy radości. W sekundę potem drobna dłoń wymierzyła solidny policzek, aż mężczyźnie zadzwoniły zęby. – Ty podły draniu!  Ja się tak martwiłem, a ty nie znalazłeś czasu by mnie powiadomić, że żyjesz?! – Smukłe palce wczepiły się we włosy złodzieja.
- Aaa…! Miej litość! – Usiłował się bezskutecznie uwolnić. Mały złośnik miał niezłą parę. Jego ciemne oczy rzucały gniewne błyski. Prychał niczym rozsierdzony tygrys.
- Będziesz łysy wstrętny egoisto! – Tryumfalnie podniósł do góry wyrwany pukiel. Szarpiąc się spadli z ławki na trawę i tarzali się w niej niczym para zapalczywych dzieciaków. – Zapłacisz mi za każdą wylaną łzę!
- Płakałeś z mojego powodu? – Aladyn był tak zaskoczony i szczęśliwy, że zupełnie przestał się bronić. Przepełniające go emocje, omal nie rozerwały mu serca. Wpatrywał się szeroko otwartymi, maślanymi oczami w chłopaka, który zarumienił się zmieszany. Dopiero teraz zorientował się, jak bardzo zdradził się ze swoimi uczuciami. – Dostanę całusa? W końcu wróciłem zza grobu. – Przekręcił ich ciała tak, że teraz książę był na dole. – Potem możesz mnie sprać na kwaśne jabłko.
- Ani się waż! – Jasmin chciał być stanowczy, ale prawdę mówiąc nie bardzo mu to wyszło. Ciemne oczy wpatrzone w jego usta strasznie go rozpraszały, a gniew – zdrajca, nagle zniknął, przeradzając się w coś zupełnie innego. Ciało nad nim zdawało się wysyłać jakieś wibracje, zaćmiewające jego rozsądek.
- Tylko jednego, inaczej nie zaznam spokoju – szepnął mężczyzna i przejechał delikatnie kciukiem po miękkich wargach, które niczym pod dotknięciem czarodziejskiej pałeczki rozchyliły się zachęcająco.
- All, ty łajdaku…- udało mu się jedynie wydusić. Kręciło mu się w głowie od nieznanych emocji. Zrobiło się tak gorąco, że ledwo mógł oddychać.
- Muszę…- zabrzmiało jakoś ochryple. – Inaczej umrę… - Sekundę później twarde, spragnione usta wpiły się w wilgotne ciepło, a języki natychmiast splotły w miłosnych zapasach. Po chwili słychać było jedynie słodkie jęki i szelest gniecionych rozpalonymi ciałami liści. Chłopcy zupełnie stracili nad sobą kontrolę, zapominając o całym świecie.
   Jedynym nieco, ale tylko nieco przytomniejszą osobą, pozostał dżin. Szalejący kochankowie sprawili, że on także nabrał ogromnej ochoty na odrobinę, mówiąc prawdę o wiele więcej niż odrobinę czułości. Chętnie zamieniłby się w trawę, po której się właśnie tarzali. Omal się nie stopił w ogniu, jaki wokół nich zapłonął. Wydawało się mu, że w powietrzu zaczęły trzaskać iskry. Jako, że był aktualnie kolczykiem na czerwonym z emocji uchu swojego pana już myślał, że za chwilę zostanie z niego tylko mała, złota kropla na trawie, kiedy usłyszał na ścieżce kroki sułtana.
- All, ocknij się! – Zarobił niecierpliwe machnięcie ręką, chłopak opędzał się od niego niczym od uprzykrzonej muchy. - All ktoś idzie! – Ryknął mu do czerwonego ucha. – To twój przyszły teść. Uważaj, bo stracisz głowę i nie tylko, jeszcze przed weseliskiem!
- Trzeba tak było od razu! – Złodziej oderwał się od Jasmina, który zaskoczony jego zachowaniem zamrugał oczami. – Chodu! – Przeturlał się razem z chłopakiem, który przywarł do niego instynktownie, w pobliskie krzaki.
- Na Allacha, to ojciec! - Pisnął przestraszony książę, kiedy niebezpieczeństwo już minęło. – Całe szczęście, że nas nie widział. Wiesz, on jest bardzo konserwatywny. – Ułożył się wygodniej na Aladynie, który aktualnie robił za materac. – Igraszki jedynie po ślubie.
- Miło, że teraz mi to mówisz. – Za karę ugryzł go w szyję. – Jak mi utną co nieco, to nici z nocy poślubnej. – Wyszczerzył zęby.
- A kto ci powiedział, że za ciebie wyjdę bezczelny draniu?! – Oburzył się nie do końca szczerze książę. Właściwie nie miałby nic, przeciwko wspólnemu życiu. W Aladynie wyczuwał nie tylko kochanka, ale też bratnią duszę.
- No, nie bądź taki. Powiedz, że się zgadzasz – Zaczął rozpinać najpierw kaftan, a potem koszulę chłopaka, z psotnym uśmiechem.
- Za nic, nie zasłużyłeś sobie! – Nadął się Jasmin, usiłując przybrać groźną minę. Ten spryciarz chyba nie myślał, że tak łatwo go zdobędzie?
- Może odrobina perswazji coś zmieni? – Aladyn przesunął usta ze smukłej szyi na obojczyk, a potem z zapałem powędrował niżej. Odsunął materiał i jego zachwyconym oczom ukazały się zaróżowione sutki.
- Nie zrobisz tego! - Warknął ostatkiem sił. – Ojciec nie odszedł zbyt daleko! Natychmiast przestań!
- Hm… Nie…? – Miał wrażenie, że znalazł się w niebie. Odzyskał pewność siebie, z błyskiem w oku pochylił się nad chłopakiem i wziął w usta stwardniały pączek. Resztką rozsądku zanotował, że ścieżką faktycznie ktoś się zbliża. Było mu jednak wszystko jedno, sułtan czy nie, przynajmniej umrze szczęśliwy.
- Nie to szlag… mhm… potem cię zatłukę…- wyjęczał Jasmin, wijąc się niczym wąż zmieniający skórę. Miał wrażenie, że zaraz się rozpuści niczym kostka lodu w upalne popołudnie.
- Jesteś pewny? – Zacząć ssać, delikatnie pocierając językiem czubek sutka. To było lepsze niż bita śmietana i czekolada.
- Rany… paskudny szantażysto… Już dobrze, wyjdę za ciebie cholera jasna! – Krzyknął i wygiął się w łuk. – Zaraz oszaleję! Aaa… - zaskomlał niczym szczeniak.
- Trzeba było tak od razu… Ciii… - Aladyn podczołgał się do góry i zamknął mu usta namiętnym pocałunkiem. – Chyba, że chcesz, by twój ojciec nas złapał na gorącym uczynku. – Pociągnął ich głębiej między krzaki bzu. Tutaj mogli jeszcze nieco ponegocjować. Jeszcze nie usłyszał z ust swojego księcia miłosnego wyznania. Uśmiechnął się szelmowsko, a Jasmin zadrżał. Wyczuł, że to jeszcze nie koniec. Nie miał pojęcia co wymyślił ten łobuz, ale zrobiło mu się słabo z wrażenia na samą myśl.

Ptaszki w klatce

Obiecałam, że będę też publikować opowiadania czytelników. To właśnie jedno z nich, autorstwa Umei. Jeśli ktoś lubi smutne, poetyckie bajki, to właśnie coś dla niego.

Dawno temu, w starym domostwie cichy trel przerwał dziewiczą, nocną ciszę.
- Dlaczego płaczesz?- Pada pytanie i zawisa w powietrzu, jak poranna mgła.
- Nie zrozumiesz… - odpowiada, kuląc się uporczywie, starając się być mniejszym, niż jest w rzeczywistości.
- Powiedz mi - prosi.
- Nie zrozumiesz… - I są to ostatnie słowa, jakie padają tej nocy w starym domostwie.

- Nie rozumiem cię-mówi Tit, rozkładając swe drobne ciało na posadzce- przecież niczego ci tu nie brakuje… - Obraca głowę w kierunku towarzysza, jak zwykle skulonego i wpatrzonego w wielkie okno. W jego oczach widzi smutek. Smutek, którego nijak nie potrafi odczytać.
- Nie zrozumiesz, nigdy nie czułeś wiatru na twarzy, nie widziałeś, jak rozległe są pola. - Cichy głos Blinka zdaje się miażdżyć stanowczością i uporem, powodując nieuchronną lawinę irytacji, jaka spadła właśnie na Tit. Przy Blinku zawsze czuje się mały i nie miało to nic wspólnego z ich rozmiarem, choć i tym Blink znacznie go przewyższał. Chodziło raczej o poczucie pewności i
dorosłości, jakim zawsze emanował. I to również wprawiało Tit w stan większej złości.
- A co tu do zrozumienia? Wiatr jest wiatrem, pole polem. Niczym więcej. Poza tym tu też masz wiatr a na pola i tak patrzysz. - Na twarz Blinka wstępuje uśmiech, nie ma on jednak nic z radości, czy pogodności. Jest to raczej grymas smutku i żalu, którego Tit w żaden sposób nie rozumie.
- Wiesz Tit, wiatr na polach jest łagodny i gwałtowny, zimny, porywisty, ciepły, lekki. Nie wiesz jak to jest czuć humory wiatru, jego dynamikę, jego życie. Tutaj wiatr jest… jedynie wiatrem. Czymś, co istnieje, aczkolwiek nie jest szczególnie pożądane. Czymś nieistotnym.
Młodszy z nich patrzył na swojego kąpana jak zaczarowany. Blink nigdy nie był wylewny, toteż Tit zaskoczył ten nagły potok słów. Słów, które sprawiły, że spojrzenia Tit i Blinka spotkały się po raz pierwszy.

I znowu w starym domostwie cichy trel rozerwał całun nocnej ciszy.
- Dlaczego płaczesz?  - Pada pytanie, tym razem wypowiedziane bliżej i delikatniej.
- Nie zrozumiesz… - Odpowiada tak samo cicho, kuląc się w tym samym kącie.
- Spraw, żebym zrozumiał - mówi, patrząc w jego twarz. Jednak on nie patrzy na niego.
Widzi jedynie księżyc i pola, i wiatr.

- Blink, opowiedz mi, jakie są pola? - Nieśmiałe pytanie znalazło swoje ujście, jednak oczy uporczywie wtapiają wzrok w podłogę. Blink posyła Tit zdziwione spojrzenie, jednak przywołuje go do siebie pewnym gestem. Tit posłusznie zajmuje miejsce obok, starając się ukryć zażenowanie płynące z tak znacznej bliskości. Po raz pierwsze dane mu było widzieć Blinka z tak bliska. Oczy chłoną rysy jego twarzy, krzywizny jego ciała.
- Tit - zaczyna Blink, czując na sobie zaciekawione spojrzenie- pola są wielkie. Większe niż cokolwiek, co do tej pory wiedziałeś. Są piękne, ale i niebezpieczne. Pól nikt nie kontroluje, wszystko żyje i umiera w swoim tempie. Możesz żyć sobie spokojnie, ale pewnego dnia nagle zdasz sobie sprawę, że twój oddech ustaje, a serce zamiera. I to jest piękne.
Kiedy Blink opowiadał, jego twarz nabrała koloru, a oczy zalała czysta pasja. Tit spodobał się taki Blink.
- Chyba już rozumiem . - Mówi Tit z lekkim uśmiechem, na co Blink kręci przecząco głową.
- Nic nie rozumiesz. Nigdy tego nie czułeś, nie doświadczyłeś w życiu nic, prócz tej obłudnej wygody.
Ale Tit wiedział swoje. Bo dla niego to Blink był uosobieniem pól, wcieleniem wiatru, synonimem życia i śmierci.

Kolejną już noc z kolei zakłóca smutny trel, tańcząc z odmętami ciemności.
- Nie płacz. - Padają słowa. Tym razem już całkiem bliskie, niosące ze sobą coś troskę.
- Nie rozumiesz…
- Rozumiem.

- Uśmiechnij się. - Powiedział pewnie Tit, nie zdobył się jednak na to, by odpowiedzieć na pytające spojrzenie Blinka.
- Dlaczego mam się uśmiechać, kiedy mnie wcale nie jest to śmiechu? - Siedzą już całkiem blisko siebie, ich ciała stykają się delikatnie i to wprawia Tit w stan jeszcze większego zmieszania.
- Bo na tym świecie istnieje coś więcej, aniżeli tylko pola. - Tym razem hardo patrzy w oczy swojego kompana. Pewność jego spojrzenia zbija Blinka z tropu, jednak po chwili na jego twarzy pojawia się wściekły grymas, zniekształcający jego piękne rysy.
- A czego ty mnie możesz nauczyć?! W życiu nie widziałeś nic! Nigdy nie czułeś, nigdy nie miałeś, nigdy nie traciłeś! Co ty możesz widzieć?! - Tit odsuwa się, instynktownie bojąc się gniewu towarzysza. Jednak po chwili na nowo przysuwa się do jego ciepłego ciała. Jego wzrok jest pewny, cierpliwy. I w momencie, kiedy ich twarze zbliżają się ku sobie, Blink czuje, że został daleko w tyle.

Tej nocy nic nie zakłóciło całunu ciszy, który okrył stare domostwo.
- Chodź ze mną na pola. - Mówi Blink z nadzieją patrząc na Tit.
- Ale przecież drzwi są zamknięte. - Odpowiada ten lekko speszony, mimo to jego serce rozpiera radość na widok Blinka. Wreszcie z uśmiechem na ustach.
- Kiedyś na pewno zostaną otwarte, a wtedy pójdziemy. Razem.  - Mówi, a w jego oczach jest tyle ciepła i nadziei, że Tit nie ma serca mu tego odbierać.

Czas mijał szybko, mieniły się pory roku, a wraz z nimi pola, wiatr i księżyc.
I zdarzył się taki dzień, kiedy drzwi zostały otwarte. Była to ledwo szczelina, jednak i ona potrafiła dać dwojgu więźniom nadzieję. Poszerzali ją na zmianę, podważając, uderzając, niejednokrotnie raniąc sobie kończyny. Pewnego dnia, gdy Blink kopną w drzwi, a one się nie ustąpiły, Tit wiedział, że to był o ten jeden raz za wiele.

Noc ta była pierwszą od bardzo dawna, bowiem to ją zakłócił cichy trel.
- Nie płacz… - Mówi, mimo, że i jemu łzy cisną się do oczu.
- Nie rozumiesz! - Krzyczy i nagle pękają wszelkie hamulce. Tit, podważa drzwi z całej siły. Nie przestaje, mimo, że czuje zapach ciepłej krwi. Podważa. Napiera. Przymusza. Nastaje. Krzyczy.
I drzwi wreszcie stają otworem.

Blink podnosi się prędko, by podtrzymać słabe ciałko, które właśnie włożyło tyle siły w drogę do wolności. Jego oczy przepełnia szczęście. Radość, która maluje się na jego twarzy jest najpiękniejszą rzeczą, jaka przydarzyła się Tit. Stoi już teraz chwiejnie na swoich nogach obok Blinka i patrzy w noc. Widzi pola, czuje wiatr i wydaje mu się, że zna je doskonale.
- Chodźmy. - Mówi Blink i stawia pierwszy krok ku polom, aż rwie się do wiatru i do księżyca.
Wszystko dzieje się tak szybko. Obaj stoją na krawędzi zimnej podłogi. Szybki pocałunek i nagle te delikatne rączki z niezwykłą siłą wypychają go za drzwi. Jedynym, co w tamtym momencie dociera do Blinka jest rozpaczliwy krzyk.

I lecą, lecą słowa, wraz z ptakiem, który dziś opuścił klatkę...
Dawno temu, w starym domostwie rozpaczliwy płacz przerwał dziewiczą, nocną ciszę.
- Dlaczego płaczesz?