wtorek, 4 listopada 2014

Ptaszki w klatce

Obiecałam, że będę też publikować opowiadania czytelników. To właśnie jedno z nich, autorstwa Umei. Jeśli ktoś lubi smutne, poetyckie bajki, to właśnie coś dla niego.

Dawno temu, w starym domostwie cichy trel przerwał dziewiczą, nocną ciszę.
- Dlaczego płaczesz?- Pada pytanie i zawisa w powietrzu, jak poranna mgła.
- Nie zrozumiesz… - odpowiada, kuląc się uporczywie, starając się być mniejszym, niż jest w rzeczywistości.
- Powiedz mi - prosi.
- Nie zrozumiesz… - I są to ostatnie słowa, jakie padają tej nocy w starym domostwie.

- Nie rozumiem cię-mówi Tit, rozkładając swe drobne ciało na posadzce- przecież niczego ci tu nie brakuje… - Obraca głowę w kierunku towarzysza, jak zwykle skulonego i wpatrzonego w wielkie okno. W jego oczach widzi smutek. Smutek, którego nijak nie potrafi odczytać.
- Nie zrozumiesz, nigdy nie czułeś wiatru na twarzy, nie widziałeś, jak rozległe są pola. - Cichy głos Blinka zdaje się miażdżyć stanowczością i uporem, powodując nieuchronną lawinę irytacji, jaka spadła właśnie na Tit. Przy Blinku zawsze czuje się mały i nie miało to nic wspólnego z ich rozmiarem, choć i tym Blink znacznie go przewyższał. Chodziło raczej o poczucie pewności i
dorosłości, jakim zawsze emanował. I to również wprawiało Tit w stan większej złości.
- A co tu do zrozumienia? Wiatr jest wiatrem, pole polem. Niczym więcej. Poza tym tu też masz wiatr a na pola i tak patrzysz. - Na twarz Blinka wstępuje uśmiech, nie ma on jednak nic z radości, czy pogodności. Jest to raczej grymas smutku i żalu, którego Tit w żaden sposób nie rozumie.
- Wiesz Tit, wiatr na polach jest łagodny i gwałtowny, zimny, porywisty, ciepły, lekki. Nie wiesz jak to jest czuć humory wiatru, jego dynamikę, jego życie. Tutaj wiatr jest… jedynie wiatrem. Czymś, co istnieje, aczkolwiek nie jest szczególnie pożądane. Czymś nieistotnym.
Młodszy z nich patrzył na swojego kąpana jak zaczarowany. Blink nigdy nie był wylewny, toteż Tit zaskoczył ten nagły potok słów. Słów, które sprawiły, że spojrzenia Tit i Blinka spotkały się po raz pierwszy.

I znowu w starym domostwie cichy trel rozerwał całun nocnej ciszy.
- Dlaczego płaczesz?  - Pada pytanie, tym razem wypowiedziane bliżej i delikatniej.
- Nie zrozumiesz… - Odpowiada tak samo cicho, kuląc się w tym samym kącie.
- Spraw, żebym zrozumiał - mówi, patrząc w jego twarz. Jednak on nie patrzy na niego.
Widzi jedynie księżyc i pola, i wiatr.

- Blink, opowiedz mi, jakie są pola? - Nieśmiałe pytanie znalazło swoje ujście, jednak oczy uporczywie wtapiają wzrok w podłogę. Blink posyła Tit zdziwione spojrzenie, jednak przywołuje go do siebie pewnym gestem. Tit posłusznie zajmuje miejsce obok, starając się ukryć zażenowanie płynące z tak znacznej bliskości. Po raz pierwsze dane mu było widzieć Blinka z tak bliska. Oczy chłoną rysy jego twarzy, krzywizny jego ciała.
- Tit - zaczyna Blink, czując na sobie zaciekawione spojrzenie- pola są wielkie. Większe niż cokolwiek, co do tej pory wiedziałeś. Są piękne, ale i niebezpieczne. Pól nikt nie kontroluje, wszystko żyje i umiera w swoim tempie. Możesz żyć sobie spokojnie, ale pewnego dnia nagle zdasz sobie sprawę, że twój oddech ustaje, a serce zamiera. I to jest piękne.
Kiedy Blink opowiadał, jego twarz nabrała koloru, a oczy zalała czysta pasja. Tit spodobał się taki Blink.
- Chyba już rozumiem . - Mówi Tit z lekkim uśmiechem, na co Blink kręci przecząco głową.
- Nic nie rozumiesz. Nigdy tego nie czułeś, nie doświadczyłeś w życiu nic, prócz tej obłudnej wygody.
Ale Tit wiedział swoje. Bo dla niego to Blink był uosobieniem pól, wcieleniem wiatru, synonimem życia i śmierci.

Kolejną już noc z kolei zakłóca smutny trel, tańcząc z odmętami ciemności.
- Nie płacz. - Padają słowa. Tym razem już całkiem bliskie, niosące ze sobą coś troskę.
- Nie rozumiesz…
- Rozumiem.

- Uśmiechnij się. - Powiedział pewnie Tit, nie zdobył się jednak na to, by odpowiedzieć na pytające spojrzenie Blinka.
- Dlaczego mam się uśmiechać, kiedy mnie wcale nie jest to śmiechu? - Siedzą już całkiem blisko siebie, ich ciała stykają się delikatnie i to wprawia Tit w stan jeszcze większego zmieszania.
- Bo na tym świecie istnieje coś więcej, aniżeli tylko pola. - Tym razem hardo patrzy w oczy swojego kompana. Pewność jego spojrzenia zbija Blinka z tropu, jednak po chwili na jego twarzy pojawia się wściekły grymas, zniekształcający jego piękne rysy.
- A czego ty mnie możesz nauczyć?! W życiu nie widziałeś nic! Nigdy nie czułeś, nigdy nie miałeś, nigdy nie traciłeś! Co ty możesz widzieć?! - Tit odsuwa się, instynktownie bojąc się gniewu towarzysza. Jednak po chwili na nowo przysuwa się do jego ciepłego ciała. Jego wzrok jest pewny, cierpliwy. I w momencie, kiedy ich twarze zbliżają się ku sobie, Blink czuje, że został daleko w tyle.

Tej nocy nic nie zakłóciło całunu ciszy, który okrył stare domostwo.
- Chodź ze mną na pola. - Mówi Blink z nadzieją patrząc na Tit.
- Ale przecież drzwi są zamknięte. - Odpowiada ten lekko speszony, mimo to jego serce rozpiera radość na widok Blinka. Wreszcie z uśmiechem na ustach.
- Kiedyś na pewno zostaną otwarte, a wtedy pójdziemy. Razem.  - Mówi, a w jego oczach jest tyle ciepła i nadziei, że Tit nie ma serca mu tego odbierać.

Czas mijał szybko, mieniły się pory roku, a wraz z nimi pola, wiatr i księżyc.
I zdarzył się taki dzień, kiedy drzwi zostały otwarte. Była to ledwo szczelina, jednak i ona potrafiła dać dwojgu więźniom nadzieję. Poszerzali ją na zmianę, podważając, uderzając, niejednokrotnie raniąc sobie kończyny. Pewnego dnia, gdy Blink kopną w drzwi, a one się nie ustąpiły, Tit wiedział, że to był o ten jeden raz za wiele.

Noc ta była pierwszą od bardzo dawna, bowiem to ją zakłócił cichy trel.
- Nie płacz… - Mówi, mimo, że i jemu łzy cisną się do oczu.
- Nie rozumiesz! - Krzyczy i nagle pękają wszelkie hamulce. Tit, podważa drzwi z całej siły. Nie przestaje, mimo, że czuje zapach ciepłej krwi. Podważa. Napiera. Przymusza. Nastaje. Krzyczy.
I drzwi wreszcie stają otworem.

Blink podnosi się prędko, by podtrzymać słabe ciałko, które właśnie włożyło tyle siły w drogę do wolności. Jego oczy przepełnia szczęście. Radość, która maluje się na jego twarzy jest najpiękniejszą rzeczą, jaka przydarzyła się Tit. Stoi już teraz chwiejnie na swoich nogach obok Blinka i patrzy w noc. Widzi pola, czuje wiatr i wydaje mu się, że zna je doskonale.
- Chodźmy. - Mówi Blink i stawia pierwszy krok ku polom, aż rwie się do wiatru i do księżyca.
Wszystko dzieje się tak szybko. Obaj stoją na krawędzi zimnej podłogi. Szybki pocałunek i nagle te delikatne rączki z niezwykłą siłą wypychają go za drzwi. Jedynym, co w tamtym momencie dociera do Blinka jest rozpaczliwy krzyk.

I lecą, lecą słowa, wraz z ptakiem, który dziś opuścił klatkę...
Dawno temu, w starym domostwie rozpaczliwy płacz przerwał dziewiczą, nocną ciszę.
- Dlaczego płaczesz?
 


sobota, 27 września 2014

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach III

      Ogromna jaskinia była oświetlona jedynie maleńkim, błędnym ognikiem. Walające się dookoła w ogromnej ilości złoto i klejnoty połyskiwały w jego świetle, przyciągając wzrok. Niestety Aladyn czuł się zbyt zmęczony i obolały, żeby docenić ich piękno. Wolałby kromkę chleba i kubek mleka, niż najbardziej wymyślny naszyjnik.
   Dżin musiał kilka razy tłumaczyć speszonemu złodziejowi kim był i trzeba przyznać, że wykazał się iście anielską cierpliwością. W myślach powtarzał sobie buddyjskie mantry, uznając, że odrobina empatii zdziała w tym wypadku cuda. Zwłaszcza jeśli nagrodą miał być ten uroczy chłopak, caluteńki tylko jego, razem z jasną duszą i z kuszącym, acz cokolwiek zakurzonym, ciałem. Nie było to jednak coś, czego nie można by naprawić przy pomocy wody, mydła , grzebienia i kilku seksownych szmatek. Humor demonowi dopisywał, w wyobraźni już budował dla nich słodkie gniazdko, dopóki nie zapoznał się z życzeniami swojego nowego pana.
- Chciałbym, żebyś zabrał mnie z powrotem do Bagdadu. – Odezwał się cichutko Aladyn, zerkając na swojego nowego znajomego spod długich rzęs. Nadal czuł się bardzo niepewnie w obecności tej magicznej istoty. Choć musiał przyznać, że niewielu widział tak przystojnych mężczyzn. Podobały mu się zgłasza wesołe błyski w złotych oczach i silne, niczym konary drzewa, ramiona.– Pragnę też, żebyś mi pomógł wszelkimi dostępnymi środkami zdobyć serce i rękę księcia Jasmina. – Dodał już o wiele głośniej, prostując dumnie swoja smukłą sylwetkę i wygładzając, obdarty kaftan. Nabrał nieco odwagi i spojrzał prosto w niezwykłe oczy demona.
- Nie rozumiem, po co ci ten cały Jasmin. Tacy rozpieszczeni, wychowani w przepychu jedynacy, są zazwyczaj strasznie kapryśni i mają paskudne charaktery. Znam kilku, o wiele bardziej interesujących panów, którzy będą tobą zachwyceni i skłonni spełnić wszystkie twoje zachcianki. – Dżin oczywiście myślał tu o sobie. Niestety, nie przewidział obecności rywala, a polecenie musiał spełniać, nawet wbrew swojej woli. Posmutniał i zwiesił głowę. Życie jednak nie było sprawiedliwe. Na pewno potrafiłby lepiej zająć się tym uroczym chłopakiem niż jakiś rozpuszczony dzieciak.
-  Co ty tam wiesz! Siedziałeś w tej brudnej lampie setki lat! Nie masz pojęcia jaki czarujący i zabawny jest książę. W dodatku ma śliczne oczy, tyle wie i tak słodko się do mnie uśmiecha za każdym razem, kiedy na niego spojrzę. – Westchnął głęboko na wspomnienie minionej przygody. Normalnie, nawet nie śmiałby marzyć o spełnieniu pragnienia swojego serca, ale skoro miał sługę lampy, warto było spróbować zawalczyć o szczęście. – Nie wiem tylko, czy on będzie mnie chciał. Jestem zwyczajnym, prostym chłopcem, w dodatku niewykształconym i nieobytym. Nie umiem nawet czytać i pisać. On na pewno ma wielu adoratorów najlepszych domów.
- Nie przesadzaj! – Zaperzył się Dżin, nie rozumiejący, jak można się aż tak nie doceniać. – Jesteś mądrym, dzielnym, młodym mężczyzną. Poza tym bardzo atrakcyjnym, mnie się podobasz taki jaki jesteś.
- Po takim poście, zrobiłaby na tobie wrażenie nawet koza naszego kowala – zauważył rozsądnie chłopak. – Jeśli mi pomożesz, uwolnię cię z tej lampy. – Aladyn był niezłym obserwatorem i zauważył, że demon początkowo pełen werwy bardzo zmarkotniał i jakby zapadł się w sobie. Zrobiło mu żal tej magicznej istoty uwięzionej w zwykłym garnku. Najwyraźniej był bardzo znudzony i spragniony towarzystwa. Doszedł do wniosku, że właśnie brak wolności był przyczyną smutku mężczyzny. Nie miał pojęcia jak bardzo się pomylił w ocenie sytuacji.
- Nie mogę ci odmówić, skoro takie jest twoje życzenie – odezwał się po chwili demon. –Zrobię z ciebie bogatego szejka z dalekiego kraju. Sułtan, widząc twoją potęgę na pewno nie odmówi ci ręki syna. Ale serce Jasmina musisz zdobyć sam, nawet demony nie maja takiej mocy, by skłonić kogoś do miłości. Za to ubiorę cię po królewsku, nauczę wszystkiego co konieczne, żebyś bez wstydu mógł stanąć przed jego obliczem. – Dżin miał jeszcze cichą nadzieję, że albo Aladyn, bądź co bądź prosty chłopak, nie spodoba się księciu. Albo odwrotnie – Jasmin przy bliższym poznaniu straci cały swój urok.
- W takim razie zawarliśmy umowę? - Zapytał dla pewności złodziej i wyciągnął do mężczyzny rękę, chcąc przypieczętować przymierze.
- Oczywiście MÓJ panie. – Demon pomyślał, że jeszcze wiele może się zdarzyć zanim chłopak stanie na ślubnym kobiercu z księciem. Zamiast uścisnąć smukłą dłoń, podniósł ją do ust i ucałował z szelmowskim uśmiechem. Z ogromną przyjemnością patrzył jak się rumieni i speszony odsuwa na bezpieczna odległość. Wyglądał tak słodko, że demon miał ochotę skonsumować go na miejscu. Wiedział jednak, że takie spontaniczne zachowanie skończyłby się dla niego raczej marnie. Aladyn miał swój charakterek i na pewno dałby mu niezły pokaz radzenia sobie w tego rodzaju sytuacjach, a tego właśnie chciał uniknąć. Nie zależało mu na jednorazowej przygodzie, ale na czymś bardziej trwałym. Pragnął obłaskawić to urocze stworzenie tak, żeby samo padło w jego ramiona. Pstryknął więc palcami i natychmiast przenieśli się do śpiącego jeszcze Bagdadu, zatrzymując na pogrążonym w ciemnościach rybnym targu.
***
   Od tamtej pory upłynęło kilka pracowitych dni, a Dżin dotrzymał słowa. W najelegantszej części Bagdadu kupił piękny dom, zatrudnił służbę i rozpuścił plotki, że młody, bajecznie bogaty szejk szuka męża. Zajął się też wyglądem Aladyna i jego wykształceniem, po tygodniu nikt już nie rozpoznałby w nim obdartego złodzieja. Trzeba przyznać, że chłopak, mimo tylu zajęć, nie zapomniał też o bezdomnych sierotach. Dla nich także znalazł odpowiednie miejsce, zatrudnił kilka kobiet, które się nimi zajmowały i łożył na utrzymanie ciągle powiększającej się gromadki małych urwisów. Odwiedzał je regularnie każdego wieczora, kiedy to jeden przez drugiego zdawały mu relację z całego dnia szczęśliwe, że wreszcie mają namiastkę prawdziwego domu.
   Dżin dwoił się i troił. Wymyślał najróżniejsze rozrywki, przytaszczył nawet z jaskini latający dywan, byle tylko Aladyn zapomniał o Jasminie. Chłopak wydawał się zadowolony z jego towarzystwa, wdzięczny za okazywane zainteresowanie i troskę, ani słowem nie wspomniał o księciu. Czasami tylko, zwłaszcza wieczorem bywał dziwnie milczący. Wydawało się, że wszystko było już na dobrej drodze. Demon zaczął nawet potajemnie budować pośród chmur wspaniały pałac, godny swojego wybranka. Zaklęcia wyjątkowo mu się udały i smukłe białe wieże ze złotozielonymi ornamentami lśniły w świetle księżyca, niewidzialne dla zwykłych śmiertelników. Żaden przecież człowiek nie posiadał skrzydeł, aby wzlecieć tak wysoko. Zresztą komu przyszłoby do głowy, że za skłębionymi obłokami coś może się ukrywać. Mężczyzna zapragnął się pochwalić chłopakowi swoim dziełem i zaczął go szukać. Niestety niebyło go ani w jego sypialni, ani w kuchni, dopiero napotkana służąca naprowadziła go na trop. Odnalazł zgubę siedzącą po ciemku w ogrodzie, pod krzakiem jaśminu. Zaciskał dłonie na szczupłych udach, a ciemna, rozpuszczone włosy zasłaniały mu twarz.
- Czy coś się stało? – zapytał łagodnie demon, ujął drżącą, zimna dłoń i zaczął ją rozcierać. – Dlaczego jesteś taki smutny? – Odgarnął jedwabiste pasma za uszy chłopaka i ujął go pod brodę.
- Właściwie to nic. Jesteś dla mnie taki wspaniałomyślny, pomogłeś nawet dzieciakom. Nie chcę nadużywać twojej dobroci – odezwał się cicho chłopak.
- Jesteś moim panem, najlepszym jakiego miałem, muszę przyznać. – Chuchnął w dłoń i zaczął całować po kolei każdy zmarznięty palec. – Powiedz, co cię trapi.
- Ja… ja tęsknię za Jasminem. Na pewno się martwił, co się ze mną stało. Bardzo chciałbym go zobaczyć. – Zarumienił się ogniście, bo usta mężczyzny sunące po jego skórze wzbudzały w nim jakieś nieznane emocje. Jednocześnie zrobiło mu się gorąco i zaczęły przechodzić go dreszcze. Targały nim sprzeczne uczucia, jednocześnie pragnął uciec i zostać w tej kuszącej niewoli.
- Skoro tego chcesz, jutro pojedziemy do pałacu sułtana. Dzisiaj wyślę tam list z prośbą o posłuchanie i kilka prezentów. – Westchnął zrezygnowany Dżin. Najwyraźniej książę zapadł w serce Aladyna głębiej niż myślał. Nie puścił jednak drobnej dłoni, w końcu jakaś nagroda mu się należała, wpił się w nią pożądliwe głodnymi wargami i usłyszał z ust chłopca pierwszy, słodki jęk. Z zadowoleniem zobaczył jak bardzo błyszczą jego oczy. Zawstydzony tym co się stało chłopak umknął z pogrążonego w mroku nocy ogrodu ścigany przez miękki śmiech mężczyzny. Do tej pory świetnie radził sobie w życiu sam, nie miał pojęcia dlaczego właśnie ten demon tak dziwnie na niego działa. Wystarczył sam jego aksamitny głos, kiedy się nad nim nachylał, a jemu od razu uginały się z wrażenia kolana. Ciekawe było to, że podobnie czuł się w towarzystwie Jasmina.
- Czyżbym zadurzył się w dwóch osobach naraz? Niemożliwe! – Parsknął i rzucił się na łóżko w swojej sypialni. - A może to jakaś magia? – Zadawał sobie w myślach raz po raz niepokojące pytanie. Nagle przypomniał sobie złote oczy mężczyzny, tak bardzo blisko swoich. – Tak, na pewno rzucił na mnie jakieś zaklęcie, w końcu to demon. – Na moment się uspokoił, przyciskając do piersi zimne prześcieradło. Przymknął powieki i tym razem stanęła przed nim śliczna twarz Jasmina. Delikatne, koralowe wargi wyglądały bardzo zachęcająco. – Jestem opętany! Taki książę, na pewno też zna się na magii – zajęczał i złapał się za głowę, robiąc na niej okropny kołtun. Pierwszy raz w życiu jego serce zabiło dla innej osoby, hm…, bądźmy szczerzy... osób. Biedak nie bardzo wiedział co z tym bałaganem uczuciowym począć. Wytężał swój umysł ze wszystkich sił i dorobił się jedynie paskudnej migreny. Przykładając do czoła chłodny okład z rumianku w końcu zasnął.
***
   Sułtan Hassan był zachwycony nowym kandydatem do ręki syna, zanim go jeszcze poznał. Nikt nigdy nie przyplasł mu tak wspaniałych darów na które składały się: biały słoń pięknie przyozdobiony barwnymi ornamentami z henny, papuga śpiewające pobożne pieśni oraz niesamowite urządzenie do kąpieli, robiące łaskoczące skórę bąbelki. W marmurowej łazience, w której zmieściłby się spokojnie domek dla cztero osobowej rodziny,  zebrało się kilku najdostojniejszych dworzan, by podziwiać nowy nabytek swojego pana. Oczywiście Hassan wezwał także wezyra, aby i on zobaczył jego niezwykłą zabawkę. Nie miał żadnych dowodów winy mężczyzny, więc nic nie mógł zrobić. Miał jednak zamiar mieć go na oku, prędzej czy później z czymś się na pewno zdradzi. Dżafar zbesztany wcześniej kilkakrotnie przez władcę za jakieś głupstwa patrzył się do wanny, wielkości małego basenu, z wykrzywionymi pogardliwe wąskimi ustami.
- To bzdurka dla dzieci, w dodatku nie wiadomo czy bezpieczna. Nie odważyłbym się tam wejść na miejscu Waszej Wysokości, bez solidnego sprawdzenia. – Chciał za wszelką cenę, pomniejszyć nieznanego rywala w oczach sułtana. On służył mu wiernie przez tyle lat i nie doczekał się żadnej nagrody, a ten koronowany dureń miał najwyraźniej ochotę oddać syna za kilka mizernych prezencików.
- Miło, że tak dbasz o moje zdrowie i zgadzam się z tobą w zupełności – odezwał się Hassan z szelmowskim błyskiem w oku, którego tak bardzo obawiał się wezyr. Zawsze wpadał wtedy na najdziksze pomysły, od których zazwyczaj przez tydzień płonęły mu uszy.
- Naprawdę? – Zapytał słabym głosem, bojąc się tego, co teraz nastąpi.
- Podoba mi się twoje oddanie i dlatego najpierw to ty ją wypróbujesz. Wskakuj do wody drogi Dżafarze. – Poklepał uspokajająco po ramieniu struchlałego wezyra.
- Ależ panie, mam na sobie spodnie i buty, które mi dałeś na urodziny. Nie śmiem ich zniszczyć w kąpieli. – Ostatkiem sił zaprotestował mężczyzna, mając niewielką nadzieję, że władca odstąpi od swego pomysłu. Nie chciał robić za zmokłego koguta przed tymi wystrojonymi dandysami. Mieliby się potem z czego śmiać przez najbliższy miesiąc. Był to jednak przysłowiowy strzał w piętę, o czym zaraz miał się przekonać.
- Jesteś naprawdę najlepszym sługą Dżafarze. – Uśmiech Hassana stał się jeszcze szerszy, a w przerażonym wezyrze zamarło serce. – Skoro tak uważasz, ściągnij wszystko oprócz koszuli. Uważam, że twoje ponętne ciało powinni oglądać jedynie wybrańcy. – Oczywiście w tej roli widział przede wszystkim siebie. Miał nawet takie marzenie - tylko oni dwaj, zupełnie nadzy, szum wody i pieszczące skórę bąbelki. – Och… to zbyt piękne… - westchnął i zmrużył oczy, obserwując, wstydliwie rozbierającego się mężczyznę.
   Dworzanie mieli rzeczywiście niezłą zabawę z nielubianego, zawsze zadzierającego nosa wezyra. W dodatku było naprawdę na co popatrzyć, Dżafar, choć wredny, miał naprawdę zgrabne ciało. Po chwili został w samej koszuli, która na szczęście była wystarczająco długa, by zakryć jego goły tyłek. Po wejściu do wody, w której władca kazał mu wygodnie usiąść, przykleiła się do niego, niczym druga skóra. Wszyscy mogli podziwiać ciemniejsze punkciki sutków, zarys ładnie umięśnionego brzucha i całkiem niezłe wyposażenia poniżej. Na widok słynnych pośladków Hassan aż się oblizał. Najchętniej wskoczył by do wanny za krnąbrnym sługą, ale mieli zbyt licznych świadków. Mógł więc tylko z daleka podziwiać kuszące krągłości. Kiedy już zaspokoił swoją ciekawość wziął do ręki ręcznik.
- Panowie, odwróćcie się tyłem. Biednemu Dżafarowi należy się odrobina intymności. – Wszyscy jak na komendę wykonali jego polecenie. – Wyskakuj, byłeś naprawdę dzielny. – Podszedł do wanny i otulił miękką materią wychodzącego mężczyznę.
- To naprawdę niekonieczne, sam sobie poradzę. – Speszony wezyr próbował się zasłonić rękami.
- Ależ mój drogi, okazałeś się wyjątkowo pomocny i ryzykowałeś własnym życiem. Te groźne bąbelki mogły załaskotać cię na śmierć – zachichotał. - Pozwól, że ci się odwdzięczę. - Nie omieszkał się oczywiście pomóc mu w wycieraniu, zapoznając się przy okazji bardzo dokładnie z topografią jego ciała.
- Tego się właśnie obawiałem… Aj… - pisnął, czując za swoimi plecami potężne ciało władcy i  duże dłonie skradające się do przodu, w poszukiwaniu jego skarbów. Szarpnął się  gwałtownie i uwolnił z obejmujących go zboczonych ramion. Owinął się od stóp do głów niczym mumia i pognał do wyjścia. Jego blada twarz dosłownie płonęła ze wstydu.

poniedziałek, 1 września 2014

Lampa Aladyna czyli Al i Jasmin w tarapatach II

 Wezyr był ogromnie zadowolony z bardzo sprawnie przeprowadzonej akcji pojmania Aladyna. Dzięki swojej niezwykłej inteligencji i szybkiemu refleksowi udało mu się też uciszyć protestującego Jasmina, z czego był szczególnie dumny. Poradził sobie bez problemu z rozpieszczonym szczeniakiem, więc, jako jego mąż, też nie powinien mieć z nim większych kłopotów. Nie na darmo był najmądrzejszym czarnym magiem w Bagdadzie, o czym, oczywiście, nie przepadający za czarami sułtan nie miał bladego pojęcia. 
Po przybyciu do pałacu Dżafar udał się natychmiast do swojej komnaty. Podszedł do lustra i poprawił na głowie wytworny, jedwabny turban. Miał bardzo delikatną skórę, dlatego nosił jedynie miękkie tkaniny najlepszej jakości. Dotknął swoich nieco zbyt mocno zarumienionych z ekscytacji policzków i uśmiechnął się wąskimi wargami do swojego czarującego odbicia.
- Jesteś nie tylko zniewalająco przystojny, ale także najsprytniejszy. Niedługo będziesz władał Bagdadem i nikt ci się nie oprze, a już na pewno nie ten smarkaty książę. – Poprawił wysuwający się na czoło, bezczelny, ciemny lok, ośmielający się nie słuchać jego niezwykłej osoby. – Zapędzi się go do rodzenia dzieci, jedynie do tego się nadaje.
- O tak, Wasza Wspaniałość! Niech bawi bachory! – Zaskrzeczała papuga Jago, siadając mu na ramieniu. Uwielbiała swojego pana. Nikt się nie mógł z nim równać. Ten mrok, ten dumny krok, te wykrzywione w pogardzie, dla niedorównującego mu świata, usta i rzucające błyskawice oczy – była nim zafascynowana od pierwszego wejrzenia. Można by rzec, że Wezyr miał w niej największą i najbardziej oddaną fankę.
                                                                         ***
    Straż, na rozkaz Dżafara, bez zbytnich ceregieli wrzuciła złodzieja do lochów, niczym worek z kartoflami. Przykuto go do kamiennej ściany łańcuchami, jakby był jakimś psychopatycznym mordercą. Na nic zdały się tłumaczenia, że księcia spotkał zupełnie przypadkiem; nikt nie wierzył w jego słowa. Żołnierze na jego błagania tylko rechotali rubasznie, radząc mu, żeby się przygotował na rychłą śmierć przez powieszenie, bo właśnie taka kara groziła za porwanie następcy tronu. Przerażony chłopak jedyną nadzieję pokładał w Jasminie, choć dobrze wiedział, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ i prawdopodobieństwo wstawiennictwa księcia było naprawdę niewielkie.
Cela, w której go umieszczono, niesamowicie śmierdziała szczurzymi odchodami i wilgocią. W blasku umieszczonej za kratą pochodni, co chwilę widział przebiegające po podłodze zwinne sylwetki z długimi ogonami. Kilka z nich próbowało nawet wspiąć się po jego nodze. Zajęty walką z bezczelnymi gryzoniami nie zauważył, że do drzwi zbliżył się sam Dżafar. Wszedł do środka i obrzucił więźnia zagadkowym uśmieszkiem, z przyjemnością ślizgając się wzrokiem po jego zgrabnym ciele.
- Szkoda, że nie mamy czasu na odrobinę igraszek. – Trzymanym w ręku pejczem podniósł do góry podbródek Aladyna, który dopiero wtedy zwrócił na mężczyznę uwagę.
- Wolałbym, żeby mnie przeleciał wyliniały kozioł kowala! – Warknął do Wezyra, z pogardą patrząc na jego wąskie usta. Ze złości zupełnie zapomniał, że jego los był w rękach tego zakłamanego, chciwego drania. O zachłanności, dumie i grzeszkach Dżafara krążyły po Bagdadzie niezłe historyjki.
- Na twoim miejscu nie byłbym taki hardy. – Pejcz powędrował na szyję szarpiącego się Aladyna, stamtąd na jego tors, aż do zwieńczenia ud. Mężczyzna z perwersyjnym uśmieszkiem kilka razy nacisnął nim penisa pobladłego więźnia.
- C-co… ty planujesz? Zabrakło dziwek w-w burdelach?! – Wyjąkał coraz bardziej przestraszony chłopak. Czyżby zanosiło się na gwałt?
- Masz szczęście, śmieciu, że nie mam czasu. -Wezyr oblizał usta. Chętnie posiadłby to smukłe ciało. – Jaskinia Cudów otwiera się dzisiejszej nocy.
- Nigdy nie słyszałem o takim miejscu. – Aladyn wił się, chcąc uciec jak najdalej biodrami od stymulującego go bezczelnie mężczyzny, który ani na chwilę nie zaprzestał swojej zabawy.
- Nie przerywaj! Mam dla ciebie propozycję. – Z przyjemnością patrzył na rumieńce swojej ofiary i słuchał jej przyspieszonego oddechu. Doskonale wiedział, że ciało, zwłaszcza tak młode, działało często pod wpływem impulsów, nic sobie nie robiąc z rozsądku i serca. Odruchowo reagowało na jego dotyk, mimo niechęci właściciela.
- J-jaką...? – Chłopak walczył z narastającym podnieceniem i obrzydzeniem; zacisnął kurczowo uda. W życiu by nie pomyślał, że jego penis zareaguje na manipulacje takiego wieprza. Natura miała jednak swoje prawa i nic sobie nie robiła z jego gniewu.
- Puszczę cię wolno, jeśli coś dla mnie zdobędziesz. Wszystko przygotowałem, więc to nie będzie trudne. – Odsunął się od chłopaka, na którego twarzy odmalowała się niezmierna ulga.
- Skoro takie proste, radź sobie sam – odezwał się rozsądnie Aladyn. Nie ufał temu człowiekowi, na pewno coś knuł. Po mieście chodziły słuchy, że parał się czarną magią.
- Niestety nie mogę, Jaskinia Cudów ma pewne wymagania. Zresztą, dla ciebie to bez różnicy. Przyniesiesz mi starą lampę, którą tam znajdziesz. Nie wolno ci jednak tknąć niczego innego. W zamian za to zapomnę o twoich przewinieniach i pozwolę ci odejść. Dostaniesz nawet kilka talarów na drogę, byś mógł z dala od Bagdadu zacząć nowe życie. – Potrząsnął woreczkiem z monetami przed nosem zdumionego jego hojnością chłopaka.
- No dobra, przyniosę ci ten złom. Jeśli ty dotrzymasz obietnicy, ja nie złamię swojej. Musisz mnie jednak rozkuć. – Aladyn doszedł do wniosku, że skoro w ten sposób mógł uratować swoją skórę, do której, jak można się domyślić był bardzo przywiązany, dlaczego miałby się nie zgodzić? Propozycja wydawała mu się uczciwa.
- Nie próbuj jednak uciekać, znajdę cię wszędzie! – Pogroził mu Wezyr i uwolnił chłopaka z łańcuchów. Rzucił złodziejowi trzymaną pod pachą pelerynę, a następnie poprowadził sobie tylko znanymi, sekretnymi korytarzami, oświetlając drogę trzymaną w ręku pochodnią. Kiedy wyszli na zewnątrz, księżyc był już wysoko na niebie. Chłopak ze zdumieniem stwierdził, że znajdowali się na pustyni, daleko poza murami zamku. W pobliżu stały spokojnie dwa wielbłądy, podjadając z worków paszę.
- Wsiadaj, mamy tylko trzy godziny do świtu. – Dżafar pchnął słaniającego się na nogach towarzysza w stronę wierzchowców. Rany, zadane przez strażników, okazały się poważniejsze, niż można było przypuszczać i utrudniały mu poruszanie. Zwłaszcza prawa kostka była mocno opuchnięta. – Ale z ciebie ciamajda! – Wezyr pomógł więźniowi wdrapać się na siodło.
- Ciekawe, jaki ty byłbyś zwinny na moim miejscu? – Mamrotał pod nosem Al, kurczowo trzymając się cholernego zwierzaka, który zaczął biec kołyszącym się krokiem poprzez wydmy. Miał wrażenie, że płynął na jakimś wyjątkowo chybotliwym statku w czasie potężnego sztormu. Zanim dotarli do jaskini, był już cały zielony. Żołądek zamienił mu się w starą windę, którą kiedyś widział w porcie.
                                                                     ***
    Tymczasem Jasmin został praktycznie całkowicie ubezwłasnowolniony. Za namową Wezyra zaniesiono go do sypialni, niczym małe, rozkapryszone dziecko i wezwano medyka, który, po dokładnym zbadaniu, zaaplikował mu mocne środki uspokajające. Mimo usilnych protestów, podobnie jak Aladyna, nikt go nie słuchał. Nawet kochający ojciec, który natychmiast przybiegł do jego sypialni na wieść o odnalezieniu jedynaka, zgodził się z Dżafarem, że na pewno przebiegły bandyta coś mu zaaplikował, dlatego tak zażarcie go bronił.
Książę, po wmuszeniu w niego ziółek, chcąc nie chcąc przespał resztę nocy i obudził się, ku swojemu przerażeniu, dopiero przed południem. Przed oczami natychmiast stanęła mu pobladła twarz Aladyna, zasłaniającego go własnym ciałem. Wyskoczył z łóżka, niczym rażony piorunem; dobrze wiedział, że z przestępcami w Bagdadzie nikt się nie patyczkował i zazwyczaj wykonywano wyroki bez sądu. Zwłaszcza, jeżeli złapano kogoś na gorącym uczynku, tak, jak było to w przypadku złodzieja. Wysłana na przeszpiegi zaufana, pałacowa służka szybko wróciła z powrotem, przynosząc tragiczne wieści. Wyrok został wykonany jeszcze nocą i nikt nie miał pojęcia, co się stało z ciałem porywacza. Prawdopodobnie wrzucono go do wspólnej mogiły przy miejskim cmentarzu, gdzie chowano najuboższych, których nie stać było na pogrzeb.
Książę rzucił się na łóżko z głośnym szlochem, przytulając policzek do chusty, którą miał na sobie podczas wycieczki do miasta. Wydawało mu się, że zachowała odrobinę zapachu szlachetnego złodzieja. Aladyn sprawił, że pierwszy raz w życiu poczuł się naprawdę wolny i szczęśliwy. Spędził z nim najpiękniejszy i najbardziej ekscytujący dzień w swoim nudnym życiu. A jak on mu się odwdzięczył? Pozwolił, żeby powieszono zupełnie niewinną osobę. Okazał się nic nie wartą, pustą kukłą. Co był wart jego dumny tytuł, skoro nie mógł nawet pomóc przyjacielowi? Na myśl o zakrwawionym ciele chłopaka, ciśniętym do jakiegoś cuchnącego dołu, zrobiło mu się słabo. Gryzł i bębnił pięściami w poduszkę, aż zupełnie opadł z sił. Trząsł się tak bardzo, że nie potrafił nawet usiąść. Służąca, widząc jego stan, pobiegła prosto do sułtana. Hassan, przestraszony nie na żarty jej barwną opowieścią, natychmiast pognał do sypialni syna.
- Jasminie, co się, na Allacha, stało?! – Zawołał od progu.
- I ty się jeszcze śmiesz odzywać po tym, co zrobiłeś?! – W chłopaka na to idiotyczne pytanie wstąpiło siedem furii. Ojciec znowu traktował go, jak bezrozumnego dzieciaka. Podniósł się z łóżka na chwiejnych nogach i wziął do ręki, leżącą na stoliku, sporą książkę.
- Ależ skarbeńku, po co te nerwy?! Na pewno się dogadamy! – Sułtan zatrzymał się na środku pokoju, nie mając pojęcia, co tak rozsierdziło jego potomka. Za to znał doskonale jego piekielny temperament, z pewnością spadek po mamusi; wściekły Jasmin był zdolny do każdego szaleństwa.
- Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać. Już za późno na dyskusje. Aladyn nie żyje, ponieważ ja jestem beznadziejnym przyjacielem, a ty despotą bez serca! – Rzucił z całej siły ciężkim tomiszczem w ojca, który ledwo zdążył się uchylić. – On się mną zaopiekował po ucieczce z pałacu, a ty pozwoliłeś go zabić!
- Kochanie, to był tylko zwykły złodziej; i tak, prędzej czy później, zawisłby na stryczku! – Usiłował łagodnie uspokoić syna, który właśnie brał do ręki jedną z jego cennych rzeźb. Niestety, naprawdę kiepsko się do tego zabrał.
- Dla ciebie to tylko złodziej, a dla mnie ktoś naprawdę ważny! – Oczy Jasmina zalśniły czerwienią. – Giń, tyranie! – Piękna figurka konia w galopie rozbiła się tuż koło głowy cofającego się sułtana.
- Nie ekscytuj się tak bardzo, bo się znowu rozchorujesz… - jęknął mężczyzna, zupełnie nie pojmując, co jego syn widział w tym przestępcy, którego znał zaledwie jeden dzień.
- A może mnie też zakujesz w kajdany, najlepiej razem z tym swoim Dżafarem. Będziesz mieć zięcia, o jakim zawsze marzyłeś! – Warczał chłopak, przygotowując następne pociski. Z mściwym błyskiem w oczach zdjął ze ściany portret ulubionego psa sułtana.
- Tylko nie Funia! – Mężczyzna usiłował złapać lecący w jego stronę obraz. Niestety, źle obliczył trajektorię lotu, poślizgnął się na marmurowej posadzce i przygniótł dzieło mistrza Gassa własnym ciałem. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst. – Jak mogłeś?!
- Nie możesz wiele wymagać od biednego półgłówka, którego własny ojciec nie raczy nawet wysłuchać. Oczywiście, zdanie Wezyra jest najważniejsze! – Tym razem podniósł ciężkie krzesło. Kiedy był bardzo wściekły miał naprawdę sporo siły, jak na takiego drobnego chłopaka.
- Kruszynko, zrobisz sobie krzywdę! – Hassan przezornie umknął z pola rażenia, zamykając za sobą drzwi do sypialni. Zrobił to w samą porę, bo sekundę później stołek uderzył o masywne drewno, rozbijając się na kawałki.
Kiedy sułtan przyszedł nieco do siebie po karczemnej awanturze, jaką urządził Jasmin, postanowił zbadać dokładnie całą sprawę z Aladynem. Jego syn był porywczy, ale nie głupi. Wątpił, by zaufał komuś, kto na to nie zasługiwał. Miał wysokie mniemanie o jego rozsądku. Coś mu się tutaj nie zgadzało. Czyżby rzeczywiście Wezyr miał jakiś interes w pozbyciu się złodzieja? To prawda, że miał słabość do Dżafara. Może jednak mylił się w ocenie jego osoby?
                                                                     ***
   Aladyn z Wezyrem nie podróżowali zbyt długo. Po godzinie koszmarnej jazdy, podczas której chłopak kilka razy zwymiotował, dotarli do Jaskini Cudów, która, prawdę mówiąc, nie wyglądała zbyt imponująco. Parę niewielkich skał pośród pustyni, przypominających z daleka egipskiego Sfinksa. Kiedy jednak chłopak, za namową mężczyzny, położył dłoń w niewielkim zagłębieniu, kamienny blok zazgrzytał i odsunął się z łoskotem, odsłaniając ciemne wejście.
- Bądź ostrożny, mam nadzieję, że umiesz schodzić po linie. Ten błędny ognik oświetli ci drogę. – Wyciągnął z kieszeni niewielkie stworzonko, przypominające maleńki obłoczek i położył mu na ramieniu. – Pamiętaj, co ci mówiłem, niczego nie dotykaj.
- Dobra, już dobra. Przestań marudzić, bo się porzygam jeszcze raz! – Aladyn udawał, że go naciąga i Wezyr cofnął się z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Zwinnie spuścił się po sznurze na dno głębokiej pieczary. Uważnie się rozglądając, rozpoczął poszukiwania. Z głowy jednak mu nie wychodziła śliczna twarz księcia Jasmina. Byłby na pewno zachwycony taką przygodą, może nawet pozwoliłby potrzymać się za rękę? Oczywiście, zrobiłby to tylko dlatego, żeby dodać mu odwagi. Przyłożył dłonie do płonących policzków.
- Gdzie ten głupi złom? Nie lepiej wziąć trochę złota? – Chłopak zupełnie nie rozumiał Wezyra. Dookoła walały się prawdziwe skarby, jakich nie widział nawet w najśmielszych snach. Pootwierane skrzynie pełne złota i klejnotów, które lśniły niczym gwiazdy. Mistrzowsko wykonana biżuteria, sznury pereł i bursztynu, pomieszane były ze stosami talarów. Brodził po kolana w monetach ze szlachetnych kruszców. W myślach obliczał ile dzieci mógłby za to wszystko nakarmić, nigdy już nie chodziłby głodne. W końcu dotarł do zwyczajnie wyglądającego, kamiennego piedestału. Na nim stała stara, mocno zakurzona lampa. Gdyby taką znalazł na ulicy, nawet by się po nią nie schylił.
- No, jesteś! Ciekawe, co w tobie takiego niezwykłego? Ten okropny Dżafar zadał sobie sporo trudu, żeby cię zdobyć! – Schował znalezisko za koszulę, metal niespodziewanie wydał mu się bardzo ciepły i przyjemny w dotyku. Podszedł do zwisającej z otworu liny. – Możesz ciągnąć, mam co chciałeś! – Krzyknął w ciemność.
 - Najpierw lampa, jeszcze ją zepsujesz! – Usłyszał chłodny głos Wezyra. Miał krzyknąć, że przecież nie był aż takim łamagą, ale nie miał już siły się sprzeczać. Rany i siniaki, które zafundowali mu strażnicy, dokuczały mu coraz bardziej.
- Przywiążę ją do liny, więc uważaj. – Zrobił jak powiedział. Dżafar na widok lampy aż poczerwieniał z radości. Właśnie zyskał moc jakiej nie miał nikt na świecie. Należało jednak pozbyć się niewygodnego świadka, jak to miał od początku w planach. Postawił na skale lampę i używając czarnej magii zepchnął w dół ogromny głaz, mając nadzieję, że zabije stojącego w jaskini chłopaka. Rozległ się okrzyk przerażenia, a potem nastała cisza. Słychać było jedynie hulający na wydmach wiatr, liczący ziarna piasku. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z precyzyjnym planem Dżafara. Kiedy otrzepał dłonie i schylił się po lampę, ze zdumieniem i wściekłością stwierdził, że w miejscu, gdzie stała, widniała spora szczelina. Poświecił tam przy pomocy kolejnego błędnego ognika, ale zobaczył jedynie ciągnącą się w nieskończoność ciemność.
-Nie-e….! – Wrzasnął, wygrażając zachodzącemu już księżycowi. Kolejny raz był tak blisko zwycięstwa i wszystko spełzło na niczym. Gdyby okazał więcej cierpliwości i załatwił złodzieja dopiero po wyjściu z groty, pewnie byłby już szczęśliwym właścicielem lampy, a tak musiał zaczynać wszystko od początku.
                                                                              ***
   Dżin spędził w lampie dobre kilka tysięcy lat, z tego dobre kilkaset w tej zapyziałej Jaskini Cudów i był już tak znudzony, że nawet przemarsz mrówek przez grotę wydawał mu się fascynującą rozrywką. Kiedy wreszcie zobaczył światło i z mroku wyłonił się Aladyn, miał ochotę ucałować jego zakurzone policzki. Nie mógł jednak zrobić niczego więcej, niż zerkanie przez niewielki otwór. Spodziewał się jakiegoś brzuchatego, zarozumiałego maga, tymczasem jego nowy pan wyglądał całkiem słodko. Zwłaszcza te pełne usta, z wydatną, dolną wargą wyglądały bardzo kusząco. Chętnie będzie mu służył, duszą i ciałem. O, taaak! Zwłaszcza wyposzczonym, spragnionym ciepła ciałem. Demon uśmiechnął się pod nosem. Nastawił uszy i bardzo nie spodobało mu się to, co do niego dotarło. Czyżby jednak na zewnątrz czekał jakiś zarozumiały starzec, wysługujący się tym ślicznym chłopcem? Nie miał zamiaru tak tego zostawić. Widział, jak naiwny Aladyn przywiązał lampę i już wiedział, co będzie dalej. Rozległ się łoskot spadającego głazu. Zerknął w górę i na widok wyszczerzonej, nadętej gęby Dżafara zazgrzytał zębami.
- Ty zdradziecki śmierdzielu! Marzy ci się boska moc, co?! Niedoczekanie! – Zaczekał, aż mężczyzna postawił lampę na ziemi. Zebrał całą swoją moc, a wewnątrz więzienia była ona naprawdę niewielka. Udało mu się jednak wytworzyć wystarczająco dużą dziurę, by naczynie mogło się przez nią prześlizgnąć. – Żegnaj, dupku! – Spadł ze sporej wysokości, lampa walnęła o skały aż zadzwoniło mu w głowie. Z niepokojem rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu chłopaka. Miał zakrwawioną twarz, ale oddychał miarowo. Pozostało jedynie poczekać, aż się ocknie i go zawezwie. Dopiero po jakiejś godzinie usłyszał cichy jęk.
- Jeny… ale mnie boli łeb… Gdzie ja…? Dżafar, ty hieno! – Aladyn z trudem usiadł na piasku. – Rany, oddałbym wszystkie te monety za łyk czegokolwiek. – Wypluł garść piasku. Ze zdumieniem zobaczył leżącą obok niego lampę. – A jednak Allach istnieje! Ten chciwy kretyn sam się ukarał. – Mimo kiepskiego położenia, zrobiło mu się weselej na duszy. Zaczął uważnie nasłuchiwać, bo wydawało mu się, że gdzieś w pobliżu szemrze woda. Zabrał naczynie, bo skoro Wezyr tak go pragnął, musiało być wiele warte. Włożył je starym zwyczajem za koszulę. Czołgając się na czworakach, dotarł do niewielkiego źródełka, gdzie zaspokoił pragnienie, po czym zaczął obmywać swoje rany. Obwiązał spuchniętą kostkę wyciągniętą z kieszeni chusteczką.
Dżinowi zaciszne miejsce, tak blisko ciała, bardzo się spodobało; dawno nie czuł się tak dobrze. Chłopak był ciepły i przytulny, miał gładką, delikatną skórę, a jego serce biło równym, miarowym rytmem. Ponadto z zadowoleniem i podziwem stwierdził, że jego nowy pan okazał się niesamowicie dzielny. Sam w ciemnej grocie, rozświetlonej jedynie maleńkim ognikiem, zachował zdrowy rozsądek i nie wpadł w panikę, co uczyniłaby większość znanych mu ludzi. Radził sobie jak umiał, bystrymi oczami wodząc po ścianach w poszukiwaniu jakiegoś wyjścia. Niestety, niczego takiego nie zauważył.
- A może ty mi jakoś pomożesz? – All wziął do ręki lampę. - Przydałoby się trochę światła. Trzeba cię trochę oczyścić, bo nawet nie widać, czy jest w środku olej. – Nabrał do ręki wody i zaczął pocierać naczynie. Nagle przez niewielkim otwór zaczął się gwałtownie wydobywać gęsty dym, który uformował się w spory obłok wielkości człowieka. – O, kurde! - Wrzasnął zaskoczony złodziej, puścił lampę i schował się za kufrem z wytworną, haftowaną bielizną jakiegoś szejka. Dopiero po minucie, czy dwóch, odważył się wyjrzeć. Magii bał się od dziecka, kiedy to zobaczył biegającego po placu skrzydlatego psa bez głowy. Jednak, zamiast spodziewanego potwora, na piasku siedział wysoki, mocno umięśniony mężczyzna z niewielką bródką i krótko ostrzyżonymi, czarnymi włosami. Uśmiechnął się do niego szelmowsko, mrużąc bursztynowe oczy.
- Diabeł?! – Zapytał nieśmiało. – Przyszedłeś po moją duszę?
- Niezupełnie. – Demon był zachwycony. Chłopak okazał się absolutnie uroczy. – Jestem twoim dżinem, MÓJ panie!
- Aladyn – wyciągnął do mężczyzny nieco drżącą dłoń. Nigdy wcześniej nie rozmawiał z magiczną istotą. Zastanawiało go tylko, dlaczego akcent padł na słowo MÓJ.
.............................................................................................................................................
Betowała Oliwia

niedziela, 3 sierpnia 2014

Lampa Aladyna czyli All i Jasmin w tarapatach I

   All marzy o życiu w pałacu, Jasmin o wolności i dalekich podróżach, wezyr Dżafar o władzy, a sułtan Hassan o świętym spokoju. Dżin ma dość małego metrażu i trwającego od tysiąca lat postu. Co się stanie kiedy drogi tych pięciu osób się niespodziewanie skrzyżują dzięki cudownej lampie?
                                                            
Wyposzczony Dżin z lampy

Część I
       Aladyn, zwany też Szybkim Alem, był z natury optymistą. Po śmierci ojca wychowywała go ulica, ale, o dziwo, nie zszedł na złą drogę, o ile tak można powiedzieć o złodzieju, dobrze znanym bagdadzkim strażnikom. Miał złote serce, romantyczną duszę i sporo zdrowego rozsądku, który pozwolił mu przetrwać w niezwykle trudnych warunkach. Potrafił się cieszyć z najmniejszego drobiazgu, takiego jak śniadanie, złożone z dorodnego melona i jabłka, oraz wspaniały wschód słońca, obserwowany z dachu opuszczonego domostwa. Zwłaszcza pałac sułtana prezentował się z tego miejsca wyjątkowo imponująco, lśniącobiałe wieże o złotych dachach nabrały różowego zabarwienia. Al uwielbiał na nie patrzeć, wyobrażać sobie, jak szczęśliwie i dostatnio musiało upływać życie jego mieszkańcom. Marzenia nic nie kosztowały, więc mógł je snuć do woli.
Niestety nie wszystkim dany był tak piękny poranek. W dole, między straganami, zobaczył dwoje wychudzonych, brudnych dzieci, patrzących tęsknie na pachnące, chrupkie bułeczki i ciastka z sezamem, które rozłożył przed sobą na ladzie uliczny sprzedawca. Doskonale wiedział, co to głód, bo sam nieraz go doświadczył. Dziewczynka nieśmiało wyciągnęła drżącą rączkę i została po niej brutalne uderzona przez kramarza oraz obrzucona szeregiem wyzwisk. W Alu zagotowała się krew. Zapiął poły dziurawego kaftana, podciągnął opadające z uporem ze zgrabnego tyłka spodnie i bezszelestnie zsunął się na dół po gzymsach.
- Żona na śniadanie dała przypaloną owsiankę? – Zapytał piekarza i patrząc na niego złośliwie, wziął do ręki największego arbuza z ogromnej sterty na sąsiednim kramie.
- Co robisz, żebraku?! – Wrzasnął kupiec, który dopiero wtedy zrozumiał, do czego zmierzał, ale było już za późno. Ruszyła potężna lawina owoców, przewracając wszystko na swojej drodze. Stół z pieczywem również runął, z czego Al nie omieszkał skorzystać. Napakował swój worek, z którym nigdy się nie rozstawał, po brzegi ciepłymi jeszcze bułeczkami.
- Ty potomku szczura, nie waż się tego zabierać! – Wrzeszczał wściekły sprzedawca z drugiego brzegu rzeki arbuzów. Niestety, nie mógł zrobić ani kroku.
- Częstuję się, brzuchalu! – Odpyskował chłopak. Kupcy w Bagdadzie byli bogaci, ale niechętnie dzielili się swoimi dobrami. Żadnemu nawet do głowy nie przyszło, by wspomóc najbiedniejszych. Złapał ręką za barierkę nad swoją głową i podciągnął się na balkon, posyłając mężczyźnie szeroki uśmiech. – Nie gorączkuj się tak, bo wybuchniesz! – Popatrzył na czerwoną ze złości twarz krzykacza. - Allach ci wynagrodzi tą małą darowiznę!
- Niech ja cię dorwę! Straż! – Zawył, wymachując rękami. Sam nawet nie próbował gonić bezczelnego złodzieja, wielki brzuch mu na to nie pozwalał.
Obok straganu stała niewielka postać, cała zakutana w ogromną, szarą chustę. Przyglądała się całej awanturze z otwartymi ze zdumienia ustami i zmarszczonymi brwiami. Jasmin pierwszy raz był na bazarze. Bardzo się mu tutaj spodobało, ten ruch, gwar i mnóstwo kolorowych rzeczy, których przeznaczenia mógł się tylko domyślać. Nie miał pojęcia, że tylu ludzi w Bagdadzie, zwłaszcza dzieci chodziło głodnych i obdartych. Poza pałac wyjeżdżał do tej pory zawsze w szczelnie zamkniętej lektyce, skąd niewiele mógł zaobserwować. Odwaga złodzieja naprawdę mu zaimponowała.
- Jedna ci wypadła. – Odezwał się dźwięcznym głosem i wyciągnęła do Ala rękę z bułeczką. Widać było jedynie jego piękne, czarne oczy, okolone długimi, miękkimi rzęsami.
- Mam cię! – Dłoń sprzedawcy zacisnęła się na ramieniu, nie spodziewającego się takiego obrotu sprawy, chłopaka. – Na pewno jesteście w zmowie. Odpowiesz za moje straty!
- Ale ja nic nie zrobiłem! – Próbował się wyrwać z rąk mężczyzny, niestety bezskutecznie. Al był już dość wysoko, kiedy hałas za plecami zwrócił jego uwagę, odwrócił głowę. Zobaczył drobnego nieznajomego, szarpiącego się z kupcem. Poczuł wyrzuty sumienia i zawrócił. Rzucił jedną z bułek w twarz mężczyzny, na co ten odruchowo zasłonił się rękami, puszczając swoją ofiarę.
- Wskakuj! – Złapał za szczupłą dłoń chłopca i podciągnął go na balkon.
- Ale...- zdążył jedynie pisnąć Jasmin, bo silne ramię pociągnęło go za sobą.
- Nie dyskutuj, tylko chodu! Nadciąga straż! – Al ze zwinnością wiewiórki zaczął przeskakiwać z tarasu na taras. Za nim, potykając się i pojękując, gramolił się nieznajomy. Leniwe życie w pałacu nie sprzyjało ćwiczeniom. W całym swoim krótkim życiu nie nabił sobie tylu siniaków. Nie miał pojęcia, jak on się teraz zaprezentuje na urodzinach ojca. – Te, łamaga, ruszaj się! – Poganiał go złodziej. - Jak nas dopadną, mamy zapewniony miesiąc w areszcie. Coś krucho u ciebie z kondycją.
- A ty co, trener kadry narodowej?! – Warknęła drobna postać i wysforowała się do przodu, podkasując długą szatę, która jej zawadzała.
- Nie prychaj tak, królewno! W ramach przeprosin zapraszam do mojej kwatery na wodę i brzoskwinie. Nocna dostawa prosto z sadu sędziego. – Wyszczerzył białe zęby, a nieznajomy przełknął głośno ślinę. Al, nawet odziany w łachmany i nieco zakurzony, był nad wyraz przystojnym obwiesiem. Smukły, średniego wzrostu, opalony na złocisty brąz, prezentował się całkiem nieźle. W jego brązowych oczach skrzyły szelmowskie błyski, a pełne usta przyciągały wzrok. Czarne, sięgające do ramion, rozwichrzone włosy dodawały mu dzikiego uroku, którego próżno by szukać wśród okolicznych książąt, o czym doskonale wiedział zapatrzony w niego chłopak . Można by rzec, że w tej materii był ekspertem.
- No nie wiem, czy to wypada... - Popatrzył na niego, nieco zmieszany. Jeszcze nigdy nie był sam na sam z żadnym mężczyzną. Ojciec dostałby zawału, gdyby się o tym dowiedział.
- Nie bój się, bez wyraźnej zachęty nie gryzę. Najpierw jednak pójdziemy do dzieci.– Wskazał na ciemny zaułek za zakrętem ulicy. Nowy znajomy z tymi rumieńcami wyglądał wyjątkowo słodko i chętnie zawarłby z nim bliższą znajomość. - Mieszkają w tej ruderze. – Budynek był walącą się chałupą, która nie nadawała się nawet dla zwierząt, a co dopiero dla ludzi.
Powoli zeszli na dół. Dzieci widocznie doskonale znały Ala, bo całą gromadą wybiegły mu naprzeciw. Obstąpiły kołem klęczącego chłopaka, wyciągając brudne rączki.
- Co dla nas masz? – Dziewczynka z potarganymi warkoczykami, najwidoczniej najśmielsza, podeszła najbliżej.
- A śliwki są? – Nieśmiało zapytał, trzymający się jej sukienki, maluch. Wszystkie powoli nabierały odwagi i zaczęły się do niego przytulać, dziękując po swojemu za pyszne jedzenie, którego tak rzadko mogły skosztować.
- Niestety, tylko bułeczki, ale za to pachnące i cieplutkie. – Zaczął dzielić sprawiedliwie między dzieciaki swój łup. Sobie nie zostawił ani jednej, mimo, że głośno burczało mu w brzuchu, co zanotował Jasmin, przyglądający się tej scenie ze zdumieniem i rozczuleniem. Chłopak może i był złodziejem, ale o szlachetnym, szczerym sercu. Bardzo różnił się od znanych mu mężczyzn, zwłaszcza od jednego...

                                                                          ***

   Tutaj musimy wrócić do wydarzeń z poprzedniego dnia, które rozegrały się wieczorem w pałacu sułtana Hassana. Z ich właśnie powodu nasz nieznajomy uciekł z domu chcąc zaznać odrobinę wolności i tych fantastycznych przygód opisywanych w książkach. W snach zawsze widział ciemnowłosego mężczyznę, z którym dzieliłby swoją pasję do podróżowania, któremu mógłby się zwierzyć nawet z najskrytszych myśli, który przytuliłby go w chwilach smutku. No, może nie tylko w chwilach smutku, ale dalej jego wyobraźnia nie sięgała. Niestety, jako książę korony, nie miał szans nawet na mały wypad za miasto i poznanie kogoś ciekawego, bo jeszcze coś by mu się, nie daj boże, stało. Ojciec był łagodnym, ale okropnie upartym człowiekiem i trząsł się nad nim, niczym kwoka nad kurczęciem. Rozciągnął się na wygodnej otomanie, stojącej na tarasie pałacu, z którego rozciągał się widok na całe miasto. Obok, na marmurowej posadzce, ułożył się Radża - wychowany przez niego od maleńkości tygrys. Jedyny przyjaciel, jakiego dane mu było poznać, bo książę przecież nie mógł zadawać się z byle kim. Przymknął oczy i westchnął. Horyzont przysłonił mu jakiś cień.
– Drogi synu, dlaczego wystraszyłeś śmiertelnie już trzeciego dzisiaj kandydata do twojej ręki?! Przyznaj, że ten ostatni był całkiem przystojny. – Zmartwiony sułtan pokręcił z dezaprobatą głową. Chciał jak najlepiej dla swojego ukochanego syna, ściągnął do pałacu kwiat rycerstwa, aby dać mu jak najlepszy wybór, a ten tak mu się odpłacał. Po dzisiejszym występie Jasmina, kiedy to poszczuł zalecającego się do niego młodzieńca Radżą, a ten ściągnął z niego spodnie wraz z majtkami, doszedł do wniosku, że okropnie rozpuścił jedynaka. Powinien być wobec niego bardziej stanowczy i wymagający.
- Ależ papo, chciałbyś, żebym wyszedł za półgłówka? Jak on potem rządziłby krajem? - Oburzył się Jasmin. – Sam mówiłeś, że chcesz przejść na emeryturę.
- Naprawdę? Nie zauważyłem, za to miał taki zgrabny ty... znaczy się... hm...fascynujące oczy.
- Musiały nieźle cię rozproszyć te... oczy, skoro nie zauważyłeś jego głupoty. – Mruknął chłopak, który dobrze znał słabości swojego ojca.
- Ale ja już zacząłem przygotowania do wielkiego dnia! – Jęknął lekko zmieszany Hassan, jego syn zrobił się ostatnio zbyt domyślny i pyskaty. Najwyższy czas, żeby małżonek go nieco utemperował, on niestety nie potrafił mu niczego odmówić.
- Jak ci tak zależy na weselu, to sam się ożeń! – Podparł się pod boki Jasmin i zaczął tupać nogą, co u niego oznaczało narastającą furię.
- Promyczku, ja już zaznałem tej przyjemności, teraz twoja kolej. – Wykręcał się mężczyzna.
- Jakoś się nie palisz do tej wielkiej ,,przyjemności”! – Rzucił książę z przekąsem. – Poza tym, nie masz dla mnie żadnego odpowiedniego kandydata, a ja wolałbym kogoś z Bagdadu. – Marudził, ponieważ doskonale wiedział, że miejscowi, znając jego charakterek, nie palili się do małżeństwa, nawet za perspektywę sułtańskiej korony.
- A rozważaliście moją osobę? – Rozległ się za ich plecami, dobrze im znany, dźwięczny głos wezyra Dżafara. – Spełniam wszystkie warunki. Do tego jestem przystojny, inteligentny, ze szlachetnej rodziny i chętnie podejmę się rządzenia państwem. – Wyprostował dumnie swoją szczupłą sylwetkę, odzianą w wytworny, czarny, bogato zdobiony srebrem kaftan. Od dawna marzył o roli sułtana, a teraz nadarzała się niebywała okazja, by spełnić te sny. Co prawda, w pakiecie dostałby, niestety Jasmina, ale jakoś by sobie z nim poradził przy pomocy czarnej magii, którą się w sekrecie parał. Dodatkowym plusem było, że Hassan w końcu przestałby się na niego gapić, niczym pustynny wędrowiec na szklankę wody, skoro byłby jego zięciem. Czasami miał wrażenie, że brązowe oczy mężczyzny wypalały w jego spodniach dziurę.
- Nie ma mowy...! – Krzyknęli jednocześnie książę i sułtan, oczywiście, każdy z innych powodów. Jasmin nie znosił wezyra, ponieważ doskonale znał jego podstępną, zachłanną naturę. Wiele razy Dżafar próbował się do niego zbliżyć z fałszywym, przesłodzonym uśmiechem na wąskich ustach. Patrzył na niego, jak na kufer złota z dostępem do tronu w pakiecie. Niczym nie różnił się od szeregu innych łowców fortun, którzy przybywali na dwór. Na myśl o tym, że mógłby go dotknąć w noc poślubną dostawał mdłości.
Hassan natomiast nie wyobrażał sobie Dżafara, jako zięcia. Co on wtedy robiłby na nudnych naradach i audiencjach? Jedynie dzięki wezyrowi potrafił je jakoś przetrwać. Nakazywał mu wtedy stanąć po swojej lewej stronie, dwa stopnie niżej i mógł bezkarnie gapić się, nawet kilka godzin, na najcudowniejszy tyłeczek w Bagdadzie, opięty modnymi spodniami. Często wysyłał mu je jako prezent, a mężczyzna, chcąc nie chcąc, musiał w nich chodzić, żeby nie narazić się władcy. Wezyr, jako jedyny w pałacu, miał zakaz noszenia długich kaftanów, którego kompletnie nie rozumiał, ale musiał się dostosować do woli swojego pana.
-Ale dlaczego? – Zapytał zaskoczony odmową Dżafar. Czuł się o wiele lepszy od tych durnych rycerzy i książąt, z których większość była analfabetami. Zgłębiał od lat tajniki rządzenia, handlu oraz prawa, nikt tak jak on nie znał Bagdadu. Miał o sobie bardzo wysokie mniemanie i nie miał pojęcia, że obaj mężczyźni go nie podzielali. Wiedział, że Jasmin to rozpuszczony bachor i robił mu zwyczajnie na złość, ale przecież Hassan był mu zwykle przychylny.
- Bo nie... – Otrzymał kategoryczną i niczego nie wyjaśniającą odpowiedź.
- Och...! – Dżafar zacisnął dumnie usta. Nie spodziewał się takiego lekceważenia swojej błyskotliwej osoby. Nawet nie raczyli mu podać powodów odmowy. – Nie, to nie! – Burknął obrażony, obrócił się na pięcie i opuścił taras. Ugodzony do żywego, wrócił do swoich komnat. Jeszcze nikt nigdy tak go nie potraktował. Zamyślił się głęboko nad swoim losem; nie miał zamiaru tak tego zostawić. Usiadł na swoim ulubionym fotelu, a na ramię od razu sfrunęła mu papuga - Jago.
- Ci kretyni jeszcze zobaczą, kto tu jest najmądrzejszy! – Warknął z nachmurzoną miną. Miał w zanadrzu kilka niespodzianek. Skoro nie chcieli go po dobroci, nie docenili jego urody i kunsztu, postanowił poradzić sobie inaczej.
- Oczywiście, wasza dostojność! – Przytaknął mu gorliwie ptak, nie znoszący sułtana za karmienie go przy każdej wizycie biszkoptami, których nie cierpiał i zawsze potem przez kilka godzin miał mdłości.- Związać, zabić, nakarmić ciasteczkami! Dżafar władcą Bagdadu! – Darł się pierzasty pochlebca.
- Tak, Jago, masz rację. – Pogłaskał go po łebku. – Będziemy mieć swoją zemstę. Wiesz, co to Jaskinia Cudów?
                                                                   ***
    Niestety, Allach chyba nie był wezyrowi zbyt przychylny. Trudności piętrzyły się jedna po drugiej, ale nagroda była warta wysiłku. Dżafar miał szereg wad, ale niewątpliwe otrzymał porządne wykształcenie i lubił się uczyć. Chętnie czytał trudno dostępne księgi, zawierające niejedną tajemnicę. Już dawno w jednej z nich natrafił na wzmiankę o Cudownej Lampie. Zamknięty w niej Dżin spełniał trzy życzenia jej właściciela. Kłopot polegał na odnalezieniu Jaskini Cudów, w której była ukryta i na wydobyciu jej stamtąd. Po długich poszukiwaniach wezyrowi udało się odszukać odpowiednie miejsce na pustyni i już był pewien zwycięstwa. Spotkało go jednak kolejne rozczarowanie. Okazało się, że kamienny lew, strzegący wrót, wpuszczał tylko osoby o kryształowo czystym sercu. Mężczyzna nie mógł się takim pochwalić, więc wrócił do pałacu z niczym. Przez cały wieczór pracowicie studiował starożytne woluminy, aż natrafił na wzmiankę, jak odnaleźć odpowiednią osobę. Według przepisu, stworzył kryształową kulę i postawił ją na stole w swojej sypialni.
- Pokaż mi, kto może zdobyć lampę. – Rozkazał.
- Proszę bardzo. – W szklanej powierzchni pojawiła się skromna postać Aladyna, uciekającego przed strażnikami w towarzystwie, o dziwo, samego Jasmina.
- Ten brudny złodziejaszek ma być lepszy ode mnie? Też coś! – Nadął się Dżafar, który kompletnie nie mógł pojąć, jak taki łachmyta mógł być więcej wart od szlachetnie urodzonego, super przystojnego uczonego, za jakiego się uważał. Skoro jednak mógł mu pomóc, gra była warta świeczki. Trzeba było tylko skłonić tego obdartusa do współpracy, co nie powinno być trudne, skoro towarzyszył mu książę korony. Porwanie kogoś takiego jak Jasmin, karano śmiercią we wrzącym oleju. Skazaniec na pewno niczego by mu nie odmówił. Z okrutnym uśmieszkiem ruszył w kierunku wieży pałacowej straży. Już po kwadransie spory oddział pomaszerował w kierunku kwatery, nieświadomego zagrożenia, Aladyna.
                                                             ***
   Tymczasem Aladyn z Jasminem spędzili razem bardzo przyjemny dzień, nie zdając sobie sprawy, że pałacowa straż od rana przetrząsała każdy zaułek w poszukiwaniu zaginionego księcia. Złodziej oprowadził chłopaka po mieście, pokazał jego najpiękniejsze i najciekawsze zakątki. Mieszkał w nim od dziecka, był więc doskonałym przewodnikiem. Znał też mnóstwo legend i historyjek o prawie każdym budynku, czy placu. Do kwatery Ala na dachu opuszczonej budowli wrócili dopiero wieczorem, kiedy na niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy. Obserwując księżyc, zjedli skromny posiłek, złożony jedynie z owoców i sucharów. Podziwiali oświetlone oliwnymi lampami wieże pałacu, wyglądające z daleka naprawdę zjawiskowo, niczym wyjęte z jakiejś baśni.
- Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem z bliska swoje rodzinne miasto. – Westchnął Jasmin i ufnie oparł się o ramię towarzysza. – Bardzo ci za to dziękuję.
- Nie ma za co. To była całkiem przyjemna wycieczka. – Uśmiechnął się do niego złodziej, który nie mógł oderwać oczu od jego delikatnej twarzy. – Możemy ją powtórzyć, kiedy tylko zechcesz.
- Eh, też bym chciał, ale to nie takie proste. – Spochmurniał chłopak. – Jesteś o wiele milszy i zabawniejszy od wszystkich mężczyzn, których do tej pory poznałem. – Wyrwało się szczerze Jasminowi, po czym zarumienił się i spuścił głowę, bawiąc się koniuszkiem długiego, ciemnego warkocza.
- A dużo ich znasz? – Al poczuł się odrobinę zagrożony w swojej pozycji. Taki śliczny chłopak na pewno miał wielu adoratorów.
- Sporo. – Odpowiedział zgodnie z prawdą. – Ojciec szuka dla mnie męża. Poznałem już chyba wszystkich szlachetnie urodzonych kawalerów w okolicy.
- Jesteś bogaty, prawda? – Złodziejowi jeszcze bardziej zrzedła mina. U kogoś takiego nie miał najmniejszych szans. Jaki ojciec oddałby rękę syna żebrakowi? Przez tych kilkanaście krótkich godzin, wypełnionych śmiechem i zabawą, był bardzo szczęśliwy. Zaczął nawet planować następne spotkania, a właściwie, jak miał nadzieję, randki. Niestety, dzień dobiegł końca i musiał wrócić do rzeczywistości.
- Wszystko należy do ojca. On mnie bardzo kocha, nie umiałbym sprawić mu przykrości, choć nieraz mam tego wszystkiego szczerze dość. Napewno jest na mnie zły. – Otulił się szczelniej chustą, bo zaczynało być już chłodno. - Uciekłem z domu, ponieważ byłem naprawdę na niego wściekły. Wątpię, czy uda mi się ponownie wymknąć.– Ujął za rękę Ala, nie mogąc patrzyć na smutek w jego oczach.
Nagle usłyszeli tupot szeregu nóg w podkutych butach, a sekundę potem drzwi do wnętrza budynku runęły pod naporem wielu rąk. Do środka wpadł cały oddział uzbrojonej po zęby straży z pochodniami w rękach.
- Mamy ich! – Wrzasnął kapitan i wysunął się na czoło. – Ten przeklęty bandyta porwał naszego księcia! Naprzód!
Siedzący na dachu chłopcy zostali odcięci, nie mieli żadnej rozsądnej drogi ucieczki. Al, co prawda, mógł spróbować skoku na sąsiedni taras, wiedział jednak, że nowy znajomy nie nadążyłby za nim. Zasłonił sobą chłopaka, nie mając pojęcia, o co chodziło żołnierzom. Dobrze jednak wiedział, że z biedakami nikt się nie liczył. Uznali go za winnego, zanim zdążył otworzyć usta.
- Ja się na nich rzucę, a ty spróbuj uciec. Nie są zbyt zwinni, a ty jesteś nieduży. – Pouczył szeptem Jasmina, który jakby wrósł w ziemię.
- Nie ma mowy, ja to załatwię. – Wysunął się na przód, podniósł dumnie głowę i zrzucił chustę. Złodziej ze zdumieniem zobaczył niesamowicie wykwintny strój, zbyt bogaty nawet dla syna szlachetnie urodzonego dostojnika. Cały skrzył się od klejnotów i złotych haftów.
- Wasza Wysokość! – Strażnicy pochylili się w pełnych szacunku ukłonach.
- Brać go, to przestępca! – Krzyknął wezyr, który właśnie pojawił się w drzwiach. – Może skrzywdzić naszego pana! – Na to wezwanie mężczyźni rzucili się do ataku.
- Kksiążę... Jjasmin...?! – Wyjąkał zaszokowany złodziej, któremu żołnierze właśnie skuwali ręce, brutalnie nim potrząsając i wymierzając kilka zupełnie niepotrzebnych ciosów. Nawet nie próbował się bronić, był całkowicie sparaliżowany niespodziewaną nowiną.
- Al... Al... Przepraszam... Puśćcie go natychmiast! – Wołał ze łzami w oczach Jasmin, widząc zakrwawioną twarz chłopaka, ale jego głos utonął w panującym wokół zamieszaniu.
- Biedactwo, nie wie, co mówi. Ten drań pewnie dolał mu czegoś do picia. Trzeba go zabrać do pałacu i wezwać medyka! – Wezyr, korzystając z okazji, wydawał rozkaz za rozkazem. – Sułtan obiecał wielką nagrodę za odnalezienie syna!

.............................................................................................................
Betowała Oliwia

Gorące podziękowania dla Miki za zrobienie obrazka. Sto buziakozłotówek! Drań przyjmuje zapłatę tylko w takiej walucie. J)



sobota, 12 lipca 2014

Czerwony Kapturek

  Dawno nie było nowej bajki, a tą myślę wszyscy doskonale znają. Artur wraca do domu po ciężkiej pracy na budowie, zamiast odpocząć, zostaje zmuszony przez rodzinę do odwiedzenia ciotki mieszkającej w pobliskim lesie. Wilczek Michaś także ma problem. Aby został zaliczony do grona dorosłych, musi ruszyć na swoje pierwsze polowanie.

Oto Artur czyli Czerwony Kapturek.

Michaś czyli Wilk
I
   Artur stał w kuchni z rękami założonymi na szerokiej piersi, powarkując cicho pod nosem. Zmrużonymi ze złości zielonymi oczami obserwował dwie wiedźmy, czyli swoją matkę i siostrę, ogarnięte szałem pakowania. Znowu zrobiły z niego ofiarę. Jednym słowem usiłowały mu wmówić, że jako jedyny facet w rodzinie, to on powinien iść przez ciemny las na spotkanie przeznaczenia. Cwane baby najpierw obiecały ciotce Balbinie dostarczyć sprawunki, a teraz gładko wymigały się od tego obowiązku, zasłaniając się bandytami i dziką zwierzyną, czyhającą w kniei na biedne niewiasty. Jakby w ich małym miasteczku na dalekiej prowincji, kiedykolwiek było jedno albo drugie.
   Czarownica numer trzy ostatnio się zbuntowała i odmówiła współpracy. Przestała gotować domowe obiadki twierdząc, że czuje się staro i ma zamiar nieco odpocząć z dala od zgiełku miasta. Nie miał pojęcia dlaczego, bo dziurę w jakiej mieszkali, naprawdę trudno było nazwać miastem. Z dnia na dzień spakowała walizki i przeprowadziła się do letniskowego domku w pobliskiej puszczy. Raz w tygodniu trzeba było tam iść, aby dostarczyć sprawunki. Oczywiście panie najpierw się zaofiarowały, a teraz zwaliły całą robotę na niego. Sobota była jego jedynym wolnym dniem i miał zamiar spędzić ją przed telewizorem, oglądając z kumplami mecze. Przez cały tydzień, jak tylko zaczęły się wakacje harował u wujka w rodzinnej firmie budowlanej. Niestety jego panie dostały zaproszenie na piżama party u sąsiadki i oczywiście wykręciły się sianem. Zerknął na stojący na stole napakowany po brzegi, wielki kosz, przykryty kraciastą serwetką, do którego możnaby spokojnie wrzucić pół supermarketu.
- Czy ona tam mieszka z siedmioma krasnoludkami? – Wskazał na piętrzącą się przed nim górę jedzienia.
- Nie bądź niemiły kochanie. Wiesz, że w pobliżu kilku kilometrów nie ma sklepu. Nie mogę pozwolić by Balbina umarła na tym odludziu z głodu! – Pogroziła mu palcem matka.
- Co to dla takiego wielkoluda jak ty! Migiem przelecisz przez las! – Zerknęła na niego niewinnie siostra. – Tylko uważaj na złe wilki i Janosików - zachichotała wredna niewdzięcznica.
- Diablice! - Podczas, gdy one będą sobie robić fryzurę i kolorowe szpony na tą babską imprezę, on będzie musiał przedzierać się przez chaszcze i dzielnie walczyć z kleszczami. – Nie obchodzi mnie jak to zrobicie, ale jak wrócę na piecu ma stać porządny obiad. Nie jakieś tam pierogi ze sklepu! – Warknął i wziął do ręki koszyk, ukradkiem wsuwając do niego butelkę cydru. – Nasypałyście tam kamieni? - Aż ugiął się pod jego ciężarem, mimo, że natura rzeczywiście nie poskąpiła mu mięśni, a ciężka praca na budowie, jeszcze pomogła się im rozwinąć. Był z nich bardzo dumny, od dwóch lat trenował kulturystykę  i miał nawet zamiar wziąć udział w tegorocznych zawodach..
- Zanosi się na burzę, lepiej weź pelerynę – Kryśka z chichotem zawiązała mu w pasie wściekle czerwone cudeńko z kapturem, należące oczywiście do niej. Nigdy nie odważyła się w nim jednak wyjść z domu. – Jak włożysz to na siebie, może trafi ci się jakiś przystojny Wilczek czający się na Czerwonego Kapturka.
- Byłby już najwyższy czas. Taka kupa chłopa się marnuje – dołożyła swoje trzy grosze matka, klepiąc go po plecach, niczym rasowego konia przed wyścigiem.
- Nie mam zamiaru tego znowu słuchać! – Złapał szybko za koszyk i z płonącymi policzkami wybiegł z domu. Okropna rodzina ciągle próbowała go swatać. Jak się tylko zorientowały, że woli chłopców, nie było w okolicy wolnego faceta, którego nie przywlokłyby do domu. Miał dopiero dwadzieścia trzy lata, a one traktowały go jak starego kawalera na wydaniu. Otworzył cydr i pociągnął solidny łyk, uwielbiał ten smak dojrzałych na słońcu jabłek. Musiał sobie jakoś umilić drogę. Powarkując do siebie ruszył ścieżką w głąb lasu, który zaczynał się tuż za jego domem. Nigdy nie spotkał w nim niczego większego od zająca lub wiewiórki. Chociaż starsi ludzie opowiadali, że mieszka w nim spore stado wilków, uznał to jednak za bajki.
- Co tu można upolować? – Rozejrzał się dookoła. – Pewnie biedactwa się wyniosły, albo nauczyły robić zakupy w Biedronce. – Oczywiście zaczęło właśnie mżyć, więc chcąc nie chcąc narzucił na siebie nieszczęsną pelerynę. Z pewnością wyglądał w niej jak idiota, bo była za mała o kilka rozmiarów, ale skutecznie osłaniała go przed deszczem, trzymając się jedynie na kapturze nałożonym na głowę i jedynym guziku który udało mu się pod szyją zapiąć. Sięgała zaledwie do bioder, za to swoim kolorem mogła wystraszyć każdego z odległości kilometra. Doszedł do rozwidlenia ścieżki i stanął, drapiąc się po głowie. Dawno tutaj nie był i teraz nie wiedział, gdzie właściwie ma skręcić. Niestety patrzący na niego z gałęzi dzięcioł też chyba nie miał pojęcia.
   Nagle zaszeleściły pobliskie krzaki i wyskoczyła z nich spora, futrzasta kula odbiła się od ziemi z impetem uderzyła w jego pierś. Oczywiście stracił równowagę i klapnął na tyłek, na szczęście wylądował w kępie mchu, nie wypuszczając przeklętego kosza z rąk, inaczej domowe wiedźmy wyrwały by mu flaki. 
   Tymczasem biedny wilk, a właściwie wilczek o ładnej płowej sierści, siedział na ścieżce potrząsając łbem, a w jego wielkich, brązowych oczach widać było lekką panikę. Przez tyle lat uczył się polować, nie żeby to lubił, ale przywódca watahy był nieugięty, a doznał takiego upokorzenia. Przyjrzał się dokładniej zaatakowanemu mężczyźnie i zaliczył opad szczęki. To miał być ten Kapturek, o którym tyle mu opowiadano?!! Zamiast drobnego chłopaczka w czerwonej kurteczce, taszczącego domowe przysmaki, zobaczył wielkoluda w kusej pelerynie, która nawet się porządnie nie zapinała, taką miał szeroką klatę. Cienka, biała podkoszulka naciągnięta była chyba siłą na potężne mięśnie.
- Rany, hodują was teraz na sterydach czy coś?! – Kłapnął całkiem po ludzku pyskiem. Nic dziwnego, że odbił się od tej góry niczym piłka piłka i nadal brakowało mu tchu.
- Co było w tym cydrze? – Nieraz zdarzyło mu się być wstawionym, ale gadającego zwierzaka widział pierwszy raz. Poza tym ten alkohol miał tylko sześć procent, przy jego wadze było niemożliwe, żeby się opił kilkoma łykami.
- Czy ty na pewno jesteś Czerwonym Kapturkiem? - Zapytał z powątpiewaniem Wilczek, mrugając długimi rzęsami. Najwyraźniej znowu narozrabiał i lepiej byłoby się wycofać, tyle, że w głowie nadal mu się kręciło, a łapy dziwnie rozjeżdżały na boki.
- Ej mały, co z tobą? – Futrzak padł na ścieżkę z błędnym wzrokiem, podkulając pod siebie puszysty ogon. Jedyne, co mu przyszło do głowy to wziąć go na ręce. Usiadł z nim na pobliskiej kłodzie drzewa, nie bardzo wiedząc co dalej robić. Pomyślał, że może odrobina alkoholu mu pomoże. Wlał do kudłatego pyszczka kilka kropel.
- Chcesz mnie zabić idioto? – Zaczął parskać, nie mając pojęcia dlaczego ten facet tak się na niego gapi, a oczy omal nie wychodzą mu z orbit. Dopiero chłodny wiaterek na jego skórze uświadomił mu, że zaszła przemiana.
- Wiesz, nie codziennie znajduje się w lesie takiego uroczego golasa. Poza tym powinieneś mi chyba podziękować. – Uśmiechnął się szeroko, a Wilczkowi zrobiło się jakoś słabo. Nie miał pojęcia czy ze wstydu, czy od gorącego oddechu, który poczuł na swojej szyi.
- Puszczaj! – Pisnął niczym szczeniak, zasłaniając strategiczne miejsca rękami. Nie miał pojęcia jak to się stało, że on, największy drapieżnik w tej puszczy zamiast siać postrach, upadł tak nisko.
- Nic ci nie zrobię głuptasie. – Podobało mu się smukłe, opalone ciało, leżące na jego kolanach oraz szczupła twarz, którą okalały płowe włosy, opadające na drżące ramiona. Gapił się na nie, pochłaniając wzrokiem każdziuteńki kawałeczek. Zwłaszcza ten pomiędzy zgrabnymi udami spowodował, że w lesie zrobiło się jakoś duszno. – Upał dzisiaj. Może jesteś głodny? – Zagaił, chcąc jakoś rozładować napiętą atmosferę.
- Zamknij oczy zboczeńcu! – Warknął już bardziej stanowczo. Te zielone ślepia dosłownie go pożerały. – Dawaj pelerynę! – O dziwo mężczyzna bez protestu go nakrył, pomógł nawet pozapinać guziczki. Co prawda szło mu to wyjątkowo wolno i opornie, ale liczyły się intencje. Pod koniec Wilczek był już cały czerwony. – Faktycznie, strasznie tu gorąco! – Zaczął wachlować się dłonią ze speszoną miną. To narastające z każdą chwilą, drżące uczucie ogarnęło go pierwszy raz, był najmłodszy w stadzie i dorosłe wilki zawsze twierdziły, że na tego rodzaju sprawy miał jeszcze dużo czasu.
- Mam na imię Michał. – Wyszeptał nieśmiało, po czym zerwał się na równe nogi i nie odwracając się pobiegł do lasu, gnany dziwnym niepokojem, który powstał niespodziewanie w jego sercu.
- Arturrr....! – Dobiegło go z oddali.

II
   Mężczyzna siedział przez chwilę nieco oszołomiony, mrugając oczami. Na dobrą sprawę nie był pewien czy to wszystko mu się nie śniło. Może w tym cydrze było coś więcej niż sfermentowany sok jabłkowy? Podobno takie rzeczy się zdarzały. Widział też inną możliwość, dawno nie miał żadnego partnera i jego wyposzczone ciało pod wpływem alkoholu i upału zesłało na niego wizję tego zadziornego Wilczka.
- Michaś co? Ładnie – mruknął do siebie. Dawno już ktoś tak bardzo nie przypadł mu do gustu.  – Halucynacja czy nie, już ja cię odnajdę. Ta puszcza nie jest znowu taka duża. – Wziął pod pachę kosz i pomaszerował ścieżką w lewo. Wiedział, ze jedna droga była dłuższa druga krótsza, w każdym razie do celu dotrze na pewno. Po jakiejś godzinie był już na miejscu. Drewniany domek wysokim, z czerwonym kominem i bocianim gniazdem na pokrytym mchem dachu, stał na małej polanie, otoczonej wysokimi świerkami. Miał zielone okna pod którymi rosły obficie kwiaty, kamienną studnię na podwórku i prezentował się nader malowniczo. Właściwie pasował idealnie na domek dla wiedźmy. Nigdzie nie było śladu żywego ducha, ale unoszący się z komina dym dobitnie świadczył o obecności gospodyni.
- Jest ktoś w tej chałupie?! - Zabębnił pięściami do drzwi. Po dłuższej chwili powoli się uchyliły i pojawiła się w nich ciotka, ubrana jedynie w szlafrok, ziewając od ucha do ucha. Całą swoją korpulentną osoba zatarasowała niby przypadkiem wejście.
-Och, Arturek? – Zagruchała podejrzanie słodko i poprawiła niemożliwie zmierzwione włosy. - Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj.
- Widać. Śpisz do popołudnia? – Popatrzył na nią podejrzliwie. Wyraźnie coś kręciła, czuł to przez skórę. Dobrze znał Balbinę, była z niej cwana sztuka. Bajeczka o zbliżającej się starości i potrzebie regeneracji sił na łonie natury, którą uraczyła matkę i siostrę, bynajmniej go nie przekonała. Nie wyglądała wcale na chorą, raczej na kogoś kto miał ciężką noc. – Kacyk męczy?
- No coś ty! – Prychnęła oburzona. Poły szlafroka nieco się na jej bujnej piersi rozchyliły i widać było, że pod spodem nie miała nawet bielizny. – Wiesz, że ja tylko lampeczkę wina do kolacji!
- Tym bardziej to dziwne. – Wepchał się po chamsku do wnętrza domu, które nagle wydało mu się nader interesujące. – Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Taszczyłem to prawie trzy godziny w paskudnym upale! – Postawił na kuchennym stole kosz. – Żądam w zamian prysznica i jakiejś przekąski. – Zaburczało mu głośno w brzuchu.
- Aleś ty marudny! – Warknęła do niego niezbyt przyjaźnie ciotka, cofając się ze zmieszaną miną w kierunku sypialni, z której niespodziewanie wyłoniła się postać dobrze znanego chłopakowi leśniczego Rębajły, w samych jedynie dżinsach.
- Nie bądź taka Balbinko. – Pocałował zarumienioną kobietę w kark. – Daj nam coś dobrego, a Artur w zamian przyrzeknie niczego nie mówić twojej siostrze.
- Hmm... nie wiem... – Przyjrzał się rozbawiony speszonej ciotce. – Chyba, że to będzie karkówka z grilla z dipem czosnkowym. - Nie miał zamiaru tak łatwo odpuścić tej spryciuli. Nazmyślała rodzinie, żeby spotkać się z kochankiem, którego nie trawiła jej siostra i zepsuła mu wolną sobotę. No może niezupełnie zepsuła, tu na myśl przyszedł mu jasnowłosy Wilczek.
- Żarłoki! – Prychnęła już o wiele bardziej ugodowo. Po jakimś czasie, kiedy to mężczyźni raczyli się zimnym piwkiem, postawiła przed nimi półmisek z pachnącym jałowcem mięskiem oraz sałatkę z rukoli. – Wcinaj i zmiataj szpiegu. Aha, dzięki za zakupy. – Dodała łagodniej.
- W sumie nie musi się spieszyć. My zaraz idziemy na ognisko do kumpla i wrócimy rano. Możesz spokojnie się rozgościć. – Leśniczy był nastawiony o wiele bardziej pokojowo. Znał Artura od dziecka i wiedział, że z niego swój chłop. 
   Po posiłku zakochana para szybko się ulotniła, a mężczyzna został zupełnie sam, nie licząc małego jeża z przetraconą łapką, patrzącego na niego z klatki na kredensie.
- Jabłuszko, na dobry początek znajomości? – Włożył do środka dorodną papierówkę. Zwierzak najpierw powąchał ją nieufnie, a potem zaczął powoli obgryzać. Tymczasem chłopak udał się do łazienki, gdzie skorzystał z dość prymitywnego prysznica składającego się z zawieszonej na haku konewki z zimną wodą. Po sutym obiedzie i długim spacerze w paskudnym upale zrobił się nieco senny. Nie zawracając sobie głowy ubieraniem wpakował się do jedynego, czystego łóżka i nakrył pod szyję kołdrą. Nie miał zamiaru zostać posiłkiem dla komarów, które coraz głośniej bzykały za oknem. Po chwili dzielna brygada krwiopijców próbowała wlecieć mu do ucha. Najpierw walczył z nimi wymachując co chwile rękami, ale szybko znalazł skuteczniejszy sposób. Nałożył na głowę koronkowy, nocny czepek Balbiny, stanowiący dla upierdliwych drani barierę nie do przebycia. Po kwadransie już smacznie chrapał, aż drżały szyby.
 III
   Tymczasem wilczek Michał wrócił do domu z podkulonym ogonem. Wioska, w której mieszkała jego wataha była dobrze ukryta przed oczyma ciekawskich. Nigdy nie zawitał tutaj żaden człowiek. Na dobrą sprawę na pierwszy rzut oka nie różniła się wcale od tysięcy innych. 
Nie miał pojęcia jak on się pokaże na oczy rodzicom. Nie tylko niczego nie upolował, ale jeszcze narobił sobie wstydu przed nieznajomym, paradując przed nim na golasa. Gdyby to od niego zależało, kupiłby sobie soczysty befsztyk u miejscowego rzeźnika. Niestety tradycja to tradycja. Pierwsze polowania było jakby inicjacją w dorosłość. Matka na jego widok załamała ręce, a ojciec warknął groźnie. Został usadzony za stołem i zmuszony do ujawnienia wstydliwych faktów.
- Skoro to naprawdę Czerwony kapturek nie możesz odpuścić! Masz okazję pomścić wszystkie pokolenia wilków i zmienić zakończenie tej głupiej bajki! – Mężczyzna spojrzał stanowczo na  syna.
- Ale tato, on jest ogromny! Jak ja go niby mam złapać i zaciągnąć do wioski? – Michaś wytrzeszczył oczy na ojca. Prawdę mówiąc, jeden niezbyt konwencjonalny sposób przyszedł mu do głowy, ale za to zostałby chyba obdarty ze skóry. Wilki łączyły się w pary na cale życie i o żadnych przygodach nie było mowy. Dobrze wiedział, że spodobał się temu mężczyźnie, piżmowy zapach, który wydzielał wymownie o tym świadczył. – Nawet nie wiem, gdzie on polazł! – Próbował się wykręcić.
-  Duży, mały, co to za różnica? Ten nos i głowa chyba do czegoś ci służą? – Zaoponowała, rozbawiona jego niemądrymi argumentami matka.
- No dobra, pójdę jeszcze raz – westchnął z miną skazańca. – Jak mnie pożre żywcem ten wasz cały Czerwony Kapturek, to będziecie mnie mieć na sumieniu! – Próbował jeszcze raz zmiękczyć ich wilcze serca, ale nic nie wskórał.
- Czy to czasem nie miało być odwrotnie? – Ojciec z trudem powstrzymywał chichot. – Nie sądzę, aby był aż tak głodny, żeby się na ciebie od razu rzucać. W końcu targał ten wielki kosz z jedzeniem.
- Śmiejcie się, proszę bardzo. Jeszcze zapłaczecie za jedynakiem. – Ubrał się w wytarte dżinsy i ciemny podkoszulek. Na nogi założył wygodne buty i ruszył z powrotem. – Żebyście się czasem nie zdziwili! – Dla niego mężczyzna wyglądał na niebezpiecznego i bardzo wyposzczonego. Szybko dotarł do znajomego rozwidlenia, chwilę powierzył i już wiedział, gdzie się podział seksowny nieznajomy. Domek Balbiny nie był zbyt daleko, często zanosił tam jajka i śmietanę od matki. 
   Kiedy przybył na miejsce delikatnie zapukał, ale odpowiedziała mu głucha cisza. Wszedł ostrożnie do środka, powitało go jedynie fukanie małego jeżyka. Powęszył ponownie i poczuł z sypialni mieszaną woń. Na łóżku ktoś leżał, widać było jedynie czubek głowy odziany w fikuśny czepek oraz wpatrzone w niego w popłochu zielone oczy. Panował półmrok, dlatego nie mógł rozróżnić zbyt dobrze rysów twarzy.
   Artur na widok słodkiego Wilczka, wchodzącego nieśmiało do pokoju cały się zaczerwienił. Pod kołdrą nie miał na sobie zupełnie nic. Nie wiedział jak wybrnąć z głupiej sytuacji, przecież nie mógł paradować na golasa przed tym niewinnym chłopakiem. Postanowił zaczekać na rozwój sytuacji.
- Pani Balbino? Wszystko w porządku? – Zapytał niepewnie. Coś mu tu nie pasowało. Sylwetka pod nakryciem była zbyt masywna jak na drobną kobietę.
- Yhy... – mruknął, nie chcąc dać się zdemaskować. Wilczek był taki uroczy, kiedy się nad nim troskliwie nachylał, jego jasne włosy łaskotały go po szyi. Miał ogromną ochotę zanurzyć w nich palce.
- Dlaczego masz takie duże oczy?- Przysiadł ostrożnie na skraju materaca.
- Żeby cię lepiej widzieć, skarbie – Jak umiał naśladował głos ciotki.
- A dlaczego masz takie duże uszy? – Dotknął czubkami palców wrażliwej małżowiny, a postać na łóżku jakby zadrżała.
- Żeby cię lepiej słyszeć! – Bliskość chłopaka zaczęła na niego oddziaływać coraz mocniej. Sypialnia wydała mu się nagle zbyt ciasna dla nich dwóch. Zwinna ręka pogładziła jego policzek, a stamtąd przeniosła się nieznośnie powolnym ruchem na usta, wyczyniając na nich nieznane mu cuda. Najpierw je kilka razy obrysowała, a potem pieszczotliwie pogładziła miękką skórę. Jeden z palców zaczął wsuwać się do środka.
- Dlaczego masz takie duże zęby? – Zapytał z autentycznym zaciekawieniem. Słyszał od kuzyna, że ludzie miewali czasami sztuczne szczęki. Rozpiął pod szyją kilka guzików, wieczór stał się nieznośnie parny.
- Przypuszczam, że po to, aby cię zjeść! – Artur właśnie się poddał. Nie miał już siły walczyć z naturą. Zwłaszcza, kiedy przybrała postać tego ślicznego Wilczka. – Nie wiem tylko z którego końca zacząć!
- Aaa...! – Pisnął zaskoczony Michaś, zamachał rękami i strącił z mężczyzny kołdrę. To co zobaczył spowodowało, że jego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. Sterczący zwycięsko do góry penis mężczyzny przyprawił jego serce o gwałtowne palpitacje. Chciał uciec, ale nogi się pod nim ugięły. Nie potrafił się jednak powstrzymać od zadania nad wyraz głupiego pytania.– Dlaczego masz takiego dużego?
- To na twoją cześć kochanie. Cieszy się, że cię widzi i prosi o chwilę uwagi. - Złapał w talii chłopaka i wciągnął go na siebie. Przez chwilę się szamotali, ale kiedy duże dłonie wkradły się pod koszulkę i zaczęły uspokajająco gładzić smukłe plecy, w sypialni nastała cisza.
.............................................................................................................
Gorące podziękowania dla Mikiego za cierpliwość oraz wyszukanie i przerobienie dla was tych obrazków.