niedziela, 3 sierpnia 2014

Lampa Aladyna czyli All i Jasmin w tarapatach I

   All marzy o życiu w pałacu, Jasmin o wolności i dalekich podróżach, wezyr Dżafar o władzy, a sułtan Hassan o świętym spokoju. Dżin ma dość małego metrażu i trwającego od tysiąca lat postu. Co się stanie kiedy drogi tych pięciu osób się niespodziewanie skrzyżują dzięki cudownej lampie?
                                                            
Wyposzczony Dżin z lampy

Część I
       Aladyn, zwany też Szybkim Alem, był z natury optymistą. Po śmierci ojca wychowywała go ulica, ale, o dziwo, nie zszedł na złą drogę, o ile tak można powiedzieć o złodzieju, dobrze znanym bagdadzkim strażnikom. Miał złote serce, romantyczną duszę i sporo zdrowego rozsądku, który pozwolił mu przetrwać w niezwykle trudnych warunkach. Potrafił się cieszyć z najmniejszego drobiazgu, takiego jak śniadanie, złożone z dorodnego melona i jabłka, oraz wspaniały wschód słońca, obserwowany z dachu opuszczonego domostwa. Zwłaszcza pałac sułtana prezentował się z tego miejsca wyjątkowo imponująco, lśniącobiałe wieże o złotych dachach nabrały różowego zabarwienia. Al uwielbiał na nie patrzeć, wyobrażać sobie, jak szczęśliwie i dostatnio musiało upływać życie jego mieszkańcom. Marzenia nic nie kosztowały, więc mógł je snuć do woli.
Niestety nie wszystkim dany był tak piękny poranek. W dole, między straganami, zobaczył dwoje wychudzonych, brudnych dzieci, patrzących tęsknie na pachnące, chrupkie bułeczki i ciastka z sezamem, które rozłożył przed sobą na ladzie uliczny sprzedawca. Doskonale wiedział, co to głód, bo sam nieraz go doświadczył. Dziewczynka nieśmiało wyciągnęła drżącą rączkę i została po niej brutalne uderzona przez kramarza oraz obrzucona szeregiem wyzwisk. W Alu zagotowała się krew. Zapiął poły dziurawego kaftana, podciągnął opadające z uporem ze zgrabnego tyłka spodnie i bezszelestnie zsunął się na dół po gzymsach.
- Żona na śniadanie dała przypaloną owsiankę? – Zapytał piekarza i patrząc na niego złośliwie, wziął do ręki największego arbuza z ogromnej sterty na sąsiednim kramie.
- Co robisz, żebraku?! – Wrzasnął kupiec, który dopiero wtedy zrozumiał, do czego zmierzał, ale było już za późno. Ruszyła potężna lawina owoców, przewracając wszystko na swojej drodze. Stół z pieczywem również runął, z czego Al nie omieszkał skorzystać. Napakował swój worek, z którym nigdy się nie rozstawał, po brzegi ciepłymi jeszcze bułeczkami.
- Ty potomku szczura, nie waż się tego zabierać! – Wrzeszczał wściekły sprzedawca z drugiego brzegu rzeki arbuzów. Niestety, nie mógł zrobić ani kroku.
- Częstuję się, brzuchalu! – Odpyskował chłopak. Kupcy w Bagdadzie byli bogaci, ale niechętnie dzielili się swoimi dobrami. Żadnemu nawet do głowy nie przyszło, by wspomóc najbiedniejszych. Złapał ręką za barierkę nad swoją głową i podciągnął się na balkon, posyłając mężczyźnie szeroki uśmiech. – Nie gorączkuj się tak, bo wybuchniesz! – Popatrzył na czerwoną ze złości twarz krzykacza. - Allach ci wynagrodzi tą małą darowiznę!
- Niech ja cię dorwę! Straż! – Zawył, wymachując rękami. Sam nawet nie próbował gonić bezczelnego złodzieja, wielki brzuch mu na to nie pozwalał.
Obok straganu stała niewielka postać, cała zakutana w ogromną, szarą chustę. Przyglądała się całej awanturze z otwartymi ze zdumienia ustami i zmarszczonymi brwiami. Jasmin pierwszy raz był na bazarze. Bardzo się mu tutaj spodobało, ten ruch, gwar i mnóstwo kolorowych rzeczy, których przeznaczenia mógł się tylko domyślać. Nie miał pojęcia, że tylu ludzi w Bagdadzie, zwłaszcza dzieci chodziło głodnych i obdartych. Poza pałac wyjeżdżał do tej pory zawsze w szczelnie zamkniętej lektyce, skąd niewiele mógł zaobserwować. Odwaga złodzieja naprawdę mu zaimponowała.
- Jedna ci wypadła. – Odezwał się dźwięcznym głosem i wyciągnęła do Ala rękę z bułeczką. Widać było jedynie jego piękne, czarne oczy, okolone długimi, miękkimi rzęsami.
- Mam cię! – Dłoń sprzedawcy zacisnęła się na ramieniu, nie spodziewającego się takiego obrotu sprawy, chłopaka. – Na pewno jesteście w zmowie. Odpowiesz za moje straty!
- Ale ja nic nie zrobiłem! – Próbował się wyrwać z rąk mężczyzny, niestety bezskutecznie. Al był już dość wysoko, kiedy hałas za plecami zwrócił jego uwagę, odwrócił głowę. Zobaczył drobnego nieznajomego, szarpiącego się z kupcem. Poczuł wyrzuty sumienia i zawrócił. Rzucił jedną z bułek w twarz mężczyzny, na co ten odruchowo zasłonił się rękami, puszczając swoją ofiarę.
- Wskakuj! – Złapał za szczupłą dłoń chłopca i podciągnął go na balkon.
- Ale...- zdążył jedynie pisnąć Jasmin, bo silne ramię pociągnęło go za sobą.
- Nie dyskutuj, tylko chodu! Nadciąga straż! – Al ze zwinnością wiewiórki zaczął przeskakiwać z tarasu na taras. Za nim, potykając się i pojękując, gramolił się nieznajomy. Leniwe życie w pałacu nie sprzyjało ćwiczeniom. W całym swoim krótkim życiu nie nabił sobie tylu siniaków. Nie miał pojęcia, jak on się teraz zaprezentuje na urodzinach ojca. – Te, łamaga, ruszaj się! – Poganiał go złodziej. - Jak nas dopadną, mamy zapewniony miesiąc w areszcie. Coś krucho u ciebie z kondycją.
- A ty co, trener kadry narodowej?! – Warknęła drobna postać i wysforowała się do przodu, podkasując długą szatę, która jej zawadzała.
- Nie prychaj tak, królewno! W ramach przeprosin zapraszam do mojej kwatery na wodę i brzoskwinie. Nocna dostawa prosto z sadu sędziego. – Wyszczerzył białe zęby, a nieznajomy przełknął głośno ślinę. Al, nawet odziany w łachmany i nieco zakurzony, był nad wyraz przystojnym obwiesiem. Smukły, średniego wzrostu, opalony na złocisty brąz, prezentował się całkiem nieźle. W jego brązowych oczach skrzyły szelmowskie błyski, a pełne usta przyciągały wzrok. Czarne, sięgające do ramion, rozwichrzone włosy dodawały mu dzikiego uroku, którego próżno by szukać wśród okolicznych książąt, o czym doskonale wiedział zapatrzony w niego chłopak . Można by rzec, że w tej materii był ekspertem.
- No nie wiem, czy to wypada... - Popatrzył na niego, nieco zmieszany. Jeszcze nigdy nie był sam na sam z żadnym mężczyzną. Ojciec dostałby zawału, gdyby się o tym dowiedział.
- Nie bój się, bez wyraźnej zachęty nie gryzę. Najpierw jednak pójdziemy do dzieci.– Wskazał na ciemny zaułek za zakrętem ulicy. Nowy znajomy z tymi rumieńcami wyglądał wyjątkowo słodko i chętnie zawarłby z nim bliższą znajomość. - Mieszkają w tej ruderze. – Budynek był walącą się chałupą, która nie nadawała się nawet dla zwierząt, a co dopiero dla ludzi.
Powoli zeszli na dół. Dzieci widocznie doskonale znały Ala, bo całą gromadą wybiegły mu naprzeciw. Obstąpiły kołem klęczącego chłopaka, wyciągając brudne rączki.
- Co dla nas masz? – Dziewczynka z potarganymi warkoczykami, najwidoczniej najśmielsza, podeszła najbliżej.
- A śliwki są? – Nieśmiało zapytał, trzymający się jej sukienki, maluch. Wszystkie powoli nabierały odwagi i zaczęły się do niego przytulać, dziękując po swojemu za pyszne jedzenie, którego tak rzadko mogły skosztować.
- Niestety, tylko bułeczki, ale za to pachnące i cieplutkie. – Zaczął dzielić sprawiedliwie między dzieciaki swój łup. Sobie nie zostawił ani jednej, mimo, że głośno burczało mu w brzuchu, co zanotował Jasmin, przyglądający się tej scenie ze zdumieniem i rozczuleniem. Chłopak może i był złodziejem, ale o szlachetnym, szczerym sercu. Bardzo różnił się od znanych mu mężczyzn, zwłaszcza od jednego...

                                                                          ***

   Tutaj musimy wrócić do wydarzeń z poprzedniego dnia, które rozegrały się wieczorem w pałacu sułtana Hassana. Z ich właśnie powodu nasz nieznajomy uciekł z domu chcąc zaznać odrobinę wolności i tych fantastycznych przygód opisywanych w książkach. W snach zawsze widział ciemnowłosego mężczyznę, z którym dzieliłby swoją pasję do podróżowania, któremu mógłby się zwierzyć nawet z najskrytszych myśli, który przytuliłby go w chwilach smutku. No, może nie tylko w chwilach smutku, ale dalej jego wyobraźnia nie sięgała. Niestety, jako książę korony, nie miał szans nawet na mały wypad za miasto i poznanie kogoś ciekawego, bo jeszcze coś by mu się, nie daj boże, stało. Ojciec był łagodnym, ale okropnie upartym człowiekiem i trząsł się nad nim, niczym kwoka nad kurczęciem. Rozciągnął się na wygodnej otomanie, stojącej na tarasie pałacu, z którego rozciągał się widok na całe miasto. Obok, na marmurowej posadzce, ułożył się Radża - wychowany przez niego od maleńkości tygrys. Jedyny przyjaciel, jakiego dane mu było poznać, bo książę przecież nie mógł zadawać się z byle kim. Przymknął oczy i westchnął. Horyzont przysłonił mu jakiś cień.
– Drogi synu, dlaczego wystraszyłeś śmiertelnie już trzeciego dzisiaj kandydata do twojej ręki?! Przyznaj, że ten ostatni był całkiem przystojny. – Zmartwiony sułtan pokręcił z dezaprobatą głową. Chciał jak najlepiej dla swojego ukochanego syna, ściągnął do pałacu kwiat rycerstwa, aby dać mu jak najlepszy wybór, a ten tak mu się odpłacał. Po dzisiejszym występie Jasmina, kiedy to poszczuł zalecającego się do niego młodzieńca Radżą, a ten ściągnął z niego spodnie wraz z majtkami, doszedł do wniosku, że okropnie rozpuścił jedynaka. Powinien być wobec niego bardziej stanowczy i wymagający.
- Ależ papo, chciałbyś, żebym wyszedł za półgłówka? Jak on potem rządziłby krajem? - Oburzył się Jasmin. – Sam mówiłeś, że chcesz przejść na emeryturę.
- Naprawdę? Nie zauważyłem, za to miał taki zgrabny ty... znaczy się... hm...fascynujące oczy.
- Musiały nieźle cię rozproszyć te... oczy, skoro nie zauważyłeś jego głupoty. – Mruknął chłopak, który dobrze znał słabości swojego ojca.
- Ale ja już zacząłem przygotowania do wielkiego dnia! – Jęknął lekko zmieszany Hassan, jego syn zrobił się ostatnio zbyt domyślny i pyskaty. Najwyższy czas, żeby małżonek go nieco utemperował, on niestety nie potrafił mu niczego odmówić.
- Jak ci tak zależy na weselu, to sam się ożeń! – Podparł się pod boki Jasmin i zaczął tupać nogą, co u niego oznaczało narastającą furię.
- Promyczku, ja już zaznałem tej przyjemności, teraz twoja kolej. – Wykręcał się mężczyzna.
- Jakoś się nie palisz do tej wielkiej ,,przyjemności”! – Rzucił książę z przekąsem. – Poza tym, nie masz dla mnie żadnego odpowiedniego kandydata, a ja wolałbym kogoś z Bagdadu. – Marudził, ponieważ doskonale wiedział, że miejscowi, znając jego charakterek, nie palili się do małżeństwa, nawet za perspektywę sułtańskiej korony.
- A rozważaliście moją osobę? – Rozległ się za ich plecami, dobrze im znany, dźwięczny głos wezyra Dżafara. – Spełniam wszystkie warunki. Do tego jestem przystojny, inteligentny, ze szlachetnej rodziny i chętnie podejmę się rządzenia państwem. – Wyprostował dumnie swoją szczupłą sylwetkę, odzianą w wytworny, czarny, bogato zdobiony srebrem kaftan. Od dawna marzył o roli sułtana, a teraz nadarzała się niebywała okazja, by spełnić te sny. Co prawda, w pakiecie dostałby, niestety Jasmina, ale jakoś by sobie z nim poradził przy pomocy czarnej magii, którą się w sekrecie parał. Dodatkowym plusem było, że Hassan w końcu przestałby się na niego gapić, niczym pustynny wędrowiec na szklankę wody, skoro byłby jego zięciem. Czasami miał wrażenie, że brązowe oczy mężczyzny wypalały w jego spodniach dziurę.
- Nie ma mowy...! – Krzyknęli jednocześnie książę i sułtan, oczywiście, każdy z innych powodów. Jasmin nie znosił wezyra, ponieważ doskonale znał jego podstępną, zachłanną naturę. Wiele razy Dżafar próbował się do niego zbliżyć z fałszywym, przesłodzonym uśmiechem na wąskich ustach. Patrzył na niego, jak na kufer złota z dostępem do tronu w pakiecie. Niczym nie różnił się od szeregu innych łowców fortun, którzy przybywali na dwór. Na myśl o tym, że mógłby go dotknąć w noc poślubną dostawał mdłości.
Hassan natomiast nie wyobrażał sobie Dżafara, jako zięcia. Co on wtedy robiłby na nudnych naradach i audiencjach? Jedynie dzięki wezyrowi potrafił je jakoś przetrwać. Nakazywał mu wtedy stanąć po swojej lewej stronie, dwa stopnie niżej i mógł bezkarnie gapić się, nawet kilka godzin, na najcudowniejszy tyłeczek w Bagdadzie, opięty modnymi spodniami. Często wysyłał mu je jako prezent, a mężczyzna, chcąc nie chcąc, musiał w nich chodzić, żeby nie narazić się władcy. Wezyr, jako jedyny w pałacu, miał zakaz noszenia długich kaftanów, którego kompletnie nie rozumiał, ale musiał się dostosować do woli swojego pana.
-Ale dlaczego? – Zapytał zaskoczony odmową Dżafar. Czuł się o wiele lepszy od tych durnych rycerzy i książąt, z których większość była analfabetami. Zgłębiał od lat tajniki rządzenia, handlu oraz prawa, nikt tak jak on nie znał Bagdadu. Miał o sobie bardzo wysokie mniemanie i nie miał pojęcia, że obaj mężczyźni go nie podzielali. Wiedział, że Jasmin to rozpuszczony bachor i robił mu zwyczajnie na złość, ale przecież Hassan był mu zwykle przychylny.
- Bo nie... – Otrzymał kategoryczną i niczego nie wyjaśniającą odpowiedź.
- Och...! – Dżafar zacisnął dumnie usta. Nie spodziewał się takiego lekceważenia swojej błyskotliwej osoby. Nawet nie raczyli mu podać powodów odmowy. – Nie, to nie! – Burknął obrażony, obrócił się na pięcie i opuścił taras. Ugodzony do żywego, wrócił do swoich komnat. Jeszcze nikt nigdy tak go nie potraktował. Zamyślił się głęboko nad swoim losem; nie miał zamiaru tak tego zostawić. Usiadł na swoim ulubionym fotelu, a na ramię od razu sfrunęła mu papuga - Jago.
- Ci kretyni jeszcze zobaczą, kto tu jest najmądrzejszy! – Warknął z nachmurzoną miną. Miał w zanadrzu kilka niespodzianek. Skoro nie chcieli go po dobroci, nie docenili jego urody i kunsztu, postanowił poradzić sobie inaczej.
- Oczywiście, wasza dostojność! – Przytaknął mu gorliwie ptak, nie znoszący sułtana za karmienie go przy każdej wizycie biszkoptami, których nie cierpiał i zawsze potem przez kilka godzin miał mdłości.- Związać, zabić, nakarmić ciasteczkami! Dżafar władcą Bagdadu! – Darł się pierzasty pochlebca.
- Tak, Jago, masz rację. – Pogłaskał go po łebku. – Będziemy mieć swoją zemstę. Wiesz, co to Jaskinia Cudów?
                                                                   ***
    Niestety, Allach chyba nie był wezyrowi zbyt przychylny. Trudności piętrzyły się jedna po drugiej, ale nagroda była warta wysiłku. Dżafar miał szereg wad, ale niewątpliwe otrzymał porządne wykształcenie i lubił się uczyć. Chętnie czytał trudno dostępne księgi, zawierające niejedną tajemnicę. Już dawno w jednej z nich natrafił na wzmiankę o Cudownej Lampie. Zamknięty w niej Dżin spełniał trzy życzenia jej właściciela. Kłopot polegał na odnalezieniu Jaskini Cudów, w której była ukryta i na wydobyciu jej stamtąd. Po długich poszukiwaniach wezyrowi udało się odszukać odpowiednie miejsce na pustyni i już był pewien zwycięstwa. Spotkało go jednak kolejne rozczarowanie. Okazało się, że kamienny lew, strzegący wrót, wpuszczał tylko osoby o kryształowo czystym sercu. Mężczyzna nie mógł się takim pochwalić, więc wrócił do pałacu z niczym. Przez cały wieczór pracowicie studiował starożytne woluminy, aż natrafił na wzmiankę, jak odnaleźć odpowiednią osobę. Według przepisu, stworzył kryształową kulę i postawił ją na stole w swojej sypialni.
- Pokaż mi, kto może zdobyć lampę. – Rozkazał.
- Proszę bardzo. – W szklanej powierzchni pojawiła się skromna postać Aladyna, uciekającego przed strażnikami w towarzystwie, o dziwo, samego Jasmina.
- Ten brudny złodziejaszek ma być lepszy ode mnie? Też coś! – Nadął się Dżafar, który kompletnie nie mógł pojąć, jak taki łachmyta mógł być więcej wart od szlachetnie urodzonego, super przystojnego uczonego, za jakiego się uważał. Skoro jednak mógł mu pomóc, gra była warta świeczki. Trzeba było tylko skłonić tego obdartusa do współpracy, co nie powinno być trudne, skoro towarzyszył mu książę korony. Porwanie kogoś takiego jak Jasmin, karano śmiercią we wrzącym oleju. Skazaniec na pewno niczego by mu nie odmówił. Z okrutnym uśmieszkiem ruszył w kierunku wieży pałacowej straży. Już po kwadransie spory oddział pomaszerował w kierunku kwatery, nieświadomego zagrożenia, Aladyna.
                                                             ***
   Tymczasem Aladyn z Jasminem spędzili razem bardzo przyjemny dzień, nie zdając sobie sprawy, że pałacowa straż od rana przetrząsała każdy zaułek w poszukiwaniu zaginionego księcia. Złodziej oprowadził chłopaka po mieście, pokazał jego najpiękniejsze i najciekawsze zakątki. Mieszkał w nim od dziecka, był więc doskonałym przewodnikiem. Znał też mnóstwo legend i historyjek o prawie każdym budynku, czy placu. Do kwatery Ala na dachu opuszczonej budowli wrócili dopiero wieczorem, kiedy na niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy. Obserwując księżyc, zjedli skromny posiłek, złożony jedynie z owoców i sucharów. Podziwiali oświetlone oliwnymi lampami wieże pałacu, wyglądające z daleka naprawdę zjawiskowo, niczym wyjęte z jakiejś baśni.
- Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem z bliska swoje rodzinne miasto. – Westchnął Jasmin i ufnie oparł się o ramię towarzysza. – Bardzo ci za to dziękuję.
- Nie ma za co. To była całkiem przyjemna wycieczka. – Uśmiechnął się do niego złodziej, który nie mógł oderwać oczu od jego delikatnej twarzy. – Możemy ją powtórzyć, kiedy tylko zechcesz.
- Eh, też bym chciał, ale to nie takie proste. – Spochmurniał chłopak. – Jesteś o wiele milszy i zabawniejszy od wszystkich mężczyzn, których do tej pory poznałem. – Wyrwało się szczerze Jasminowi, po czym zarumienił się i spuścił głowę, bawiąc się koniuszkiem długiego, ciemnego warkocza.
- A dużo ich znasz? – Al poczuł się odrobinę zagrożony w swojej pozycji. Taki śliczny chłopak na pewno miał wielu adoratorów.
- Sporo. – Odpowiedział zgodnie z prawdą. – Ojciec szuka dla mnie męża. Poznałem już chyba wszystkich szlachetnie urodzonych kawalerów w okolicy.
- Jesteś bogaty, prawda? – Złodziejowi jeszcze bardziej zrzedła mina. U kogoś takiego nie miał najmniejszych szans. Jaki ojciec oddałby rękę syna żebrakowi? Przez tych kilkanaście krótkich godzin, wypełnionych śmiechem i zabawą, był bardzo szczęśliwy. Zaczął nawet planować następne spotkania, a właściwie, jak miał nadzieję, randki. Niestety, dzień dobiegł końca i musiał wrócić do rzeczywistości.
- Wszystko należy do ojca. On mnie bardzo kocha, nie umiałbym sprawić mu przykrości, choć nieraz mam tego wszystkiego szczerze dość. Napewno jest na mnie zły. – Otulił się szczelniej chustą, bo zaczynało być już chłodno. - Uciekłem z domu, ponieważ byłem naprawdę na niego wściekły. Wątpię, czy uda mi się ponownie wymknąć.– Ujął za rękę Ala, nie mogąc patrzyć na smutek w jego oczach.
Nagle usłyszeli tupot szeregu nóg w podkutych butach, a sekundę potem drzwi do wnętrza budynku runęły pod naporem wielu rąk. Do środka wpadł cały oddział uzbrojonej po zęby straży z pochodniami w rękach.
- Mamy ich! – Wrzasnął kapitan i wysunął się na czoło. – Ten przeklęty bandyta porwał naszego księcia! Naprzód!
Siedzący na dachu chłopcy zostali odcięci, nie mieli żadnej rozsądnej drogi ucieczki. Al, co prawda, mógł spróbować skoku na sąsiedni taras, wiedział jednak, że nowy znajomy nie nadążyłby za nim. Zasłonił sobą chłopaka, nie mając pojęcia, o co chodziło żołnierzom. Dobrze jednak wiedział, że z biedakami nikt się nie liczył. Uznali go za winnego, zanim zdążył otworzyć usta.
- Ja się na nich rzucę, a ty spróbuj uciec. Nie są zbyt zwinni, a ty jesteś nieduży. – Pouczył szeptem Jasmina, który jakby wrósł w ziemię.
- Nie ma mowy, ja to załatwię. – Wysunął się na przód, podniósł dumnie głowę i zrzucił chustę. Złodziej ze zdumieniem zobaczył niesamowicie wykwintny strój, zbyt bogaty nawet dla syna szlachetnie urodzonego dostojnika. Cały skrzył się od klejnotów i złotych haftów.
- Wasza Wysokość! – Strażnicy pochylili się w pełnych szacunku ukłonach.
- Brać go, to przestępca! – Krzyknął wezyr, który właśnie pojawił się w drzwiach. – Może skrzywdzić naszego pana! – Na to wezwanie mężczyźni rzucili się do ataku.
- Kksiążę... Jjasmin...?! – Wyjąkał zaszokowany złodziej, któremu żołnierze właśnie skuwali ręce, brutalnie nim potrząsając i wymierzając kilka zupełnie niepotrzebnych ciosów. Nawet nie próbował się bronić, był całkowicie sparaliżowany niespodziewaną nowiną.
- Al... Al... Przepraszam... Puśćcie go natychmiast! – Wołał ze łzami w oczach Jasmin, widząc zakrwawioną twarz chłopaka, ale jego głos utonął w panującym wokół zamieszaniu.
- Biedactwo, nie wie, co mówi. Ten drań pewnie dolał mu czegoś do picia. Trzeba go zabrać do pałacu i wezwać medyka! – Wezyr, korzystając z okazji, wydawał rozkaz za rozkazem. – Sułtan obiecał wielką nagrodę za odnalezienie syna!

.............................................................................................................
Betowała Oliwia

Gorące podziękowania dla Miki za zrobienie obrazka. Sto buziakozłotówek! Drań przyjmuje zapłatę tylko w takiej walucie. J)



sobota, 12 lipca 2014

Czerwony Kapturek

  Dawno nie było nowej bajki, a tą myślę wszyscy doskonale znają. Artur wraca do domu po ciężkiej pracy na budowie, zamiast odpocząć, zostaje zmuszony przez rodzinę do odwiedzenia ciotki mieszkającej w pobliskim lesie. Wilczek Michaś także ma problem. Aby został zaliczony do grona dorosłych, musi ruszyć na swoje pierwsze polowanie.

Oto Artur czyli Czerwony Kapturek.

Michaś czyli Wilk
I
   Artur stał w kuchni z rękami założonymi na szerokiej piersi, powarkując cicho pod nosem. Zmrużonymi ze złości zielonymi oczami obserwował dwie wiedźmy, czyli swoją matkę i siostrę, ogarnięte szałem pakowania. Znowu zrobiły z niego ofiarę. Jednym słowem usiłowały mu wmówić, że jako jedyny facet w rodzinie, to on powinien iść przez ciemny las na spotkanie przeznaczenia. Cwane baby najpierw obiecały ciotce Balbinie dostarczyć sprawunki, a teraz gładko wymigały się od tego obowiązku, zasłaniając się bandytami i dziką zwierzyną, czyhającą w kniei na biedne niewiasty. Jakby w ich małym miasteczku na dalekiej prowincji, kiedykolwiek było jedno albo drugie.
   Czarownica numer trzy ostatnio się zbuntowała i odmówiła współpracy. Przestała gotować domowe obiadki twierdząc, że czuje się staro i ma zamiar nieco odpocząć z dala od zgiełku miasta. Nie miał pojęcia dlaczego, bo dziurę w jakiej mieszkali, naprawdę trudno było nazwać miastem. Z dnia na dzień spakowała walizki i przeprowadziła się do letniskowego domku w pobliskiej puszczy. Raz w tygodniu trzeba było tam iść, aby dostarczyć sprawunki. Oczywiście panie najpierw się zaofiarowały, a teraz zwaliły całą robotę na niego. Sobota była jego jedynym wolnym dniem i miał zamiar spędzić ją przed telewizorem, oglądając z kumplami mecze. Przez cały tydzień, jak tylko zaczęły się wakacje harował u wujka w rodzinnej firmie budowlanej. Niestety jego panie dostały zaproszenie na piżama party u sąsiadki i oczywiście wykręciły się sianem. Zerknął na stojący na stole napakowany po brzegi, wielki kosz, przykryty kraciastą serwetką, do którego możnaby spokojnie wrzucić pół supermarketu.
- Czy ona tam mieszka z siedmioma krasnoludkami? – Wskazał na piętrzącą się przed nim górę jedzienia.
- Nie bądź niemiły kochanie. Wiesz, że w pobliżu kilku kilometrów nie ma sklepu. Nie mogę pozwolić by Balbina umarła na tym odludziu z głodu! – Pogroziła mu palcem matka.
- Co to dla takiego wielkoluda jak ty! Migiem przelecisz przez las! – Zerknęła na niego niewinnie siostra. – Tylko uważaj na złe wilki i Janosików - zachichotała wredna niewdzięcznica.
- Diablice! - Podczas, gdy one będą sobie robić fryzurę i kolorowe szpony na tą babską imprezę, on będzie musiał przedzierać się przez chaszcze i dzielnie walczyć z kleszczami. – Nie obchodzi mnie jak to zrobicie, ale jak wrócę na piecu ma stać porządny obiad. Nie jakieś tam pierogi ze sklepu! – Warknął i wziął do ręki koszyk, ukradkiem wsuwając do niego butelkę cydru. – Nasypałyście tam kamieni? - Aż ugiął się pod jego ciężarem, mimo, że natura rzeczywiście nie poskąpiła mu mięśni, a ciężka praca na budowie, jeszcze pomogła się im rozwinąć. Był z nich bardzo dumny, od dwóch lat trenował kulturystykę  i miał nawet zamiar wziąć udział w tegorocznych zawodach..
- Zanosi się na burzę, lepiej weź pelerynę – Kryśka z chichotem zawiązała mu w pasie wściekle czerwone cudeńko z kapturem, należące oczywiście do niej. Nigdy nie odważyła się w nim jednak wyjść z domu. – Jak włożysz to na siebie, może trafi ci się jakiś przystojny Wilczek czający się na Czerwonego Kapturka.
- Byłby już najwyższy czas. Taka kupa chłopa się marnuje – dołożyła swoje trzy grosze matka, klepiąc go po plecach, niczym rasowego konia przed wyścigiem.
- Nie mam zamiaru tego znowu słuchać! – Złapał szybko za koszyk i z płonącymi policzkami wybiegł z domu. Okropna rodzina ciągle próbowała go swatać. Jak się tylko zorientowały, że woli chłopców, nie było w okolicy wolnego faceta, którego nie przywlokłyby do domu. Miał dopiero dwadzieścia trzy lata, a one traktowały go jak starego kawalera na wydaniu. Otworzył cydr i pociągnął solidny łyk, uwielbiał ten smak dojrzałych na słońcu jabłek. Musiał sobie jakoś umilić drogę. Powarkując do siebie ruszył ścieżką w głąb lasu, który zaczynał się tuż za jego domem. Nigdy nie spotkał w nim niczego większego od zająca lub wiewiórki. Chociaż starsi ludzie opowiadali, że mieszka w nim spore stado wilków, uznał to jednak za bajki.
- Co tu można upolować? – Rozejrzał się dookoła. – Pewnie biedactwa się wyniosły, albo nauczyły robić zakupy w Biedronce. – Oczywiście zaczęło właśnie mżyć, więc chcąc nie chcąc narzucił na siebie nieszczęsną pelerynę. Z pewnością wyglądał w niej jak idiota, bo była za mała o kilka rozmiarów, ale skutecznie osłaniała go przed deszczem, trzymając się jedynie na kapturze nałożonym na głowę i jedynym guziku który udało mu się pod szyją zapiąć. Sięgała zaledwie do bioder, za to swoim kolorem mogła wystraszyć każdego z odległości kilometra. Doszedł do rozwidlenia ścieżki i stanął, drapiąc się po głowie. Dawno tutaj nie był i teraz nie wiedział, gdzie właściwie ma skręcić. Niestety patrzący na niego z gałęzi dzięcioł też chyba nie miał pojęcia.
   Nagle zaszeleściły pobliskie krzaki i wyskoczyła z nich spora, futrzasta kula odbiła się od ziemi z impetem uderzyła w jego pierś. Oczywiście stracił równowagę i klapnął na tyłek, na szczęście wylądował w kępie mchu, nie wypuszczając przeklętego kosza z rąk, inaczej domowe wiedźmy wyrwały by mu flaki. 
   Tymczasem biedny wilk, a właściwie wilczek o ładnej płowej sierści, siedział na ścieżce potrząsając łbem, a w jego wielkich, brązowych oczach widać było lekką panikę. Przez tyle lat uczył się polować, nie żeby to lubił, ale przywódca watahy był nieugięty, a doznał takiego upokorzenia. Przyjrzał się dokładniej zaatakowanemu mężczyźnie i zaliczył opad szczęki. To miał być ten Kapturek, o którym tyle mu opowiadano?!! Zamiast drobnego chłopaczka w czerwonej kurteczce, taszczącego domowe przysmaki, zobaczył wielkoluda w kusej pelerynie, która nawet się porządnie nie zapinała, taką miał szeroką klatę. Cienka, biała podkoszulka naciągnięta była chyba siłą na potężne mięśnie.
- Rany, hodują was teraz na sterydach czy coś?! – Kłapnął całkiem po ludzku pyskiem. Nic dziwnego, że odbił się od tej góry niczym piłka piłka i nadal brakowało mu tchu.
- Co było w tym cydrze? – Nieraz zdarzyło mu się być wstawionym, ale gadającego zwierzaka widział pierwszy raz. Poza tym ten alkohol miał tylko sześć procent, przy jego wadze było niemożliwe, żeby się opił kilkoma łykami.
- Czy ty na pewno jesteś Czerwonym Kapturkiem? - Zapytał z powątpiewaniem Wilczek, mrugając długimi rzęsami. Najwyraźniej znowu narozrabiał i lepiej byłoby się wycofać, tyle, że w głowie nadal mu się kręciło, a łapy dziwnie rozjeżdżały na boki.
- Ej mały, co z tobą? – Futrzak padł na ścieżkę z błędnym wzrokiem, podkulając pod siebie puszysty ogon. Jedyne, co mu przyszło do głowy to wziąć go na ręce. Usiadł z nim na pobliskiej kłodzie drzewa, nie bardzo wiedząc co dalej robić. Pomyślał, że może odrobina alkoholu mu pomoże. Wlał do kudłatego pyszczka kilka kropel.
- Chcesz mnie zabić idioto? – Zaczął parskać, nie mając pojęcia dlaczego ten facet tak się na niego gapi, a oczy omal nie wychodzą mu z orbit. Dopiero chłodny wiaterek na jego skórze uświadomił mu, że zaszła przemiana.
- Wiesz, nie codziennie znajduje się w lesie takiego uroczego golasa. Poza tym powinieneś mi chyba podziękować. – Uśmiechnął się szeroko, a Wilczkowi zrobiło się jakoś słabo. Nie miał pojęcia czy ze wstydu, czy od gorącego oddechu, który poczuł na swojej szyi.
- Puszczaj! – Pisnął niczym szczeniak, zasłaniając strategiczne miejsca rękami. Nie miał pojęcia jak to się stało, że on, największy drapieżnik w tej puszczy zamiast siać postrach, upadł tak nisko.
- Nic ci nie zrobię głuptasie. – Podobało mu się smukłe, opalone ciało, leżące na jego kolanach oraz szczupła twarz, którą okalały płowe włosy, opadające na drżące ramiona. Gapił się na nie, pochłaniając wzrokiem każdziuteńki kawałeczek. Zwłaszcza ten pomiędzy zgrabnymi udami spowodował, że w lesie zrobiło się jakoś duszno. – Upał dzisiaj. Może jesteś głodny? – Zagaił, chcąc jakoś rozładować napiętą atmosferę.
- Zamknij oczy zboczeńcu! – Warknął już bardziej stanowczo. Te zielone ślepia dosłownie go pożerały. – Dawaj pelerynę! – O dziwo mężczyzna bez protestu go nakrył, pomógł nawet pozapinać guziczki. Co prawda szło mu to wyjątkowo wolno i opornie, ale liczyły się intencje. Pod koniec Wilczek był już cały czerwony. – Faktycznie, strasznie tu gorąco! – Zaczął wachlować się dłonią ze speszoną miną. To narastające z każdą chwilą, drżące uczucie ogarnęło go pierwszy raz, był najmłodszy w stadzie i dorosłe wilki zawsze twierdziły, że na tego rodzaju sprawy miał jeszcze dużo czasu.
- Mam na imię Michał. – Wyszeptał nieśmiało, po czym zerwał się na równe nogi i nie odwracając się pobiegł do lasu, gnany dziwnym niepokojem, który powstał niespodziewanie w jego sercu.
- Arturrr....! – Dobiegło go z oddali.

II
   Mężczyzna siedział przez chwilę nieco oszołomiony, mrugając oczami. Na dobrą sprawę nie był pewien czy to wszystko mu się nie śniło. Może w tym cydrze było coś więcej niż sfermentowany sok jabłkowy? Podobno takie rzeczy się zdarzały. Widział też inną możliwość, dawno nie miał żadnego partnera i jego wyposzczone ciało pod wpływem alkoholu i upału zesłało na niego wizję tego zadziornego Wilczka.
- Michaś co? Ładnie – mruknął do siebie. Dawno już ktoś tak bardzo nie przypadł mu do gustu.  – Halucynacja czy nie, już ja cię odnajdę. Ta puszcza nie jest znowu taka duża. – Wziął pod pachę kosz i pomaszerował ścieżką w lewo. Wiedział, ze jedna droga była dłuższa druga krótsza, w każdym razie do celu dotrze na pewno. Po jakiejś godzinie był już na miejscu. Drewniany domek wysokim, z czerwonym kominem i bocianim gniazdem na pokrytym mchem dachu, stał na małej polanie, otoczonej wysokimi świerkami. Miał zielone okna pod którymi rosły obficie kwiaty, kamienną studnię na podwórku i prezentował się nader malowniczo. Właściwie pasował idealnie na domek dla wiedźmy. Nigdzie nie było śladu żywego ducha, ale unoszący się z komina dym dobitnie świadczył o obecności gospodyni.
- Jest ktoś w tej chałupie?! - Zabębnił pięściami do drzwi. Po dłuższej chwili powoli się uchyliły i pojawiła się w nich ciotka, ubrana jedynie w szlafrok, ziewając od ucha do ucha. Całą swoją korpulentną osoba zatarasowała niby przypadkiem wejście.
-Och, Arturek? – Zagruchała podejrzanie słodko i poprawiła niemożliwie zmierzwione włosy. - Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj.
- Widać. Śpisz do popołudnia? – Popatrzył na nią podejrzliwie. Wyraźnie coś kręciła, czuł to przez skórę. Dobrze znał Balbinę, była z niej cwana sztuka. Bajeczka o zbliżającej się starości i potrzebie regeneracji sił na łonie natury, którą uraczyła matkę i siostrę, bynajmniej go nie przekonała. Nie wyglądała wcale na chorą, raczej na kogoś kto miał ciężką noc. – Kacyk męczy?
- No coś ty! – Prychnęła oburzona. Poły szlafroka nieco się na jej bujnej piersi rozchyliły i widać było, że pod spodem nie miała nawet bielizny. – Wiesz, że ja tylko lampeczkę wina do kolacji!
- Tym bardziej to dziwne. – Wepchał się po chamsku do wnętrza domu, które nagle wydało mu się nader interesujące. – Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Taszczyłem to prawie trzy godziny w paskudnym upale! – Postawił na kuchennym stole kosz. – Żądam w zamian prysznica i jakiejś przekąski. – Zaburczało mu głośno w brzuchu.
- Aleś ty marudny! – Warknęła do niego niezbyt przyjaźnie ciotka, cofając się ze zmieszaną miną w kierunku sypialni, z której niespodziewanie wyłoniła się postać dobrze znanego chłopakowi leśniczego Rębajły, w samych jedynie dżinsach.
- Nie bądź taka Balbinko. – Pocałował zarumienioną kobietę w kark. – Daj nam coś dobrego, a Artur w zamian przyrzeknie niczego nie mówić twojej siostrze.
- Hmm... nie wiem... – Przyjrzał się rozbawiony speszonej ciotce. – Chyba, że to będzie karkówka z grilla z dipem czosnkowym. - Nie miał zamiaru tak łatwo odpuścić tej spryciuli. Nazmyślała rodzinie, żeby spotkać się z kochankiem, którego nie trawiła jej siostra i zepsuła mu wolną sobotę. No może niezupełnie zepsuła, tu na myśl przyszedł mu jasnowłosy Wilczek.
- Żarłoki! – Prychnęła już o wiele bardziej ugodowo. Po jakimś czasie, kiedy to mężczyźni raczyli się zimnym piwkiem, postawiła przed nimi półmisek z pachnącym jałowcem mięskiem oraz sałatkę z rukoli. – Wcinaj i zmiataj szpiegu. Aha, dzięki za zakupy. – Dodała łagodniej.
- W sumie nie musi się spieszyć. My zaraz idziemy na ognisko do kumpla i wrócimy rano. Możesz spokojnie się rozgościć. – Leśniczy był nastawiony o wiele bardziej pokojowo. Znał Artura od dziecka i wiedział, że z niego swój chłop. 
   Po posiłku zakochana para szybko się ulotniła, a mężczyzna został zupełnie sam, nie licząc małego jeża z przetraconą łapką, patrzącego na niego z klatki na kredensie.
- Jabłuszko, na dobry początek znajomości? – Włożył do środka dorodną papierówkę. Zwierzak najpierw powąchał ją nieufnie, a potem zaczął powoli obgryzać. Tymczasem chłopak udał się do łazienki, gdzie skorzystał z dość prymitywnego prysznica składającego się z zawieszonej na haku konewki z zimną wodą. Po sutym obiedzie i długim spacerze w paskudnym upale zrobił się nieco senny. Nie zawracając sobie głowy ubieraniem wpakował się do jedynego, czystego łóżka i nakrył pod szyję kołdrą. Nie miał zamiaru zostać posiłkiem dla komarów, które coraz głośniej bzykały za oknem. Po chwili dzielna brygada krwiopijców próbowała wlecieć mu do ucha. Najpierw walczył z nimi wymachując co chwile rękami, ale szybko znalazł skuteczniejszy sposób. Nałożył na głowę koronkowy, nocny czepek Balbiny, stanowiący dla upierdliwych drani barierę nie do przebycia. Po kwadransie już smacznie chrapał, aż drżały szyby.
 III
   Tymczasem wilczek Michał wrócił do domu z podkulonym ogonem. Wioska, w której mieszkała jego wataha była dobrze ukryta przed oczyma ciekawskich. Nigdy nie zawitał tutaj żaden człowiek. Na dobrą sprawę na pierwszy rzut oka nie różniła się wcale od tysięcy innych. 
Nie miał pojęcia jak on się pokaże na oczy rodzicom. Nie tylko niczego nie upolował, ale jeszcze narobił sobie wstydu przed nieznajomym, paradując przed nim na golasa. Gdyby to od niego zależało, kupiłby sobie soczysty befsztyk u miejscowego rzeźnika. Niestety tradycja to tradycja. Pierwsze polowania było jakby inicjacją w dorosłość. Matka na jego widok załamała ręce, a ojciec warknął groźnie. Został usadzony za stołem i zmuszony do ujawnienia wstydliwych faktów.
- Skoro to naprawdę Czerwony kapturek nie możesz odpuścić! Masz okazję pomścić wszystkie pokolenia wilków i zmienić zakończenie tej głupiej bajki! – Mężczyzna spojrzał stanowczo na  syna.
- Ale tato, on jest ogromny! Jak ja go niby mam złapać i zaciągnąć do wioski? – Michaś wytrzeszczył oczy na ojca. Prawdę mówiąc, jeden niezbyt konwencjonalny sposób przyszedł mu do głowy, ale za to zostałby chyba obdarty ze skóry. Wilki łączyły się w pary na cale życie i o żadnych przygodach nie było mowy. Dobrze wiedział, że spodobał się temu mężczyźnie, piżmowy zapach, który wydzielał wymownie o tym świadczył. – Nawet nie wiem, gdzie on polazł! – Próbował się wykręcić.
-  Duży, mały, co to za różnica? Ten nos i głowa chyba do czegoś ci służą? – Zaoponowała, rozbawiona jego niemądrymi argumentami matka.
- No dobra, pójdę jeszcze raz – westchnął z miną skazańca. – Jak mnie pożre żywcem ten wasz cały Czerwony Kapturek, to będziecie mnie mieć na sumieniu! – Próbował jeszcze raz zmiękczyć ich wilcze serca, ale nic nie wskórał.
- Czy to czasem nie miało być odwrotnie? – Ojciec z trudem powstrzymywał chichot. – Nie sądzę, aby był aż tak głodny, żeby się na ciebie od razu rzucać. W końcu targał ten wielki kosz z jedzeniem.
- Śmiejcie się, proszę bardzo. Jeszcze zapłaczecie za jedynakiem. – Ubrał się w wytarte dżinsy i ciemny podkoszulek. Na nogi założył wygodne buty i ruszył z powrotem. – Żebyście się czasem nie zdziwili! – Dla niego mężczyzna wyglądał na niebezpiecznego i bardzo wyposzczonego. Szybko dotarł do znajomego rozwidlenia, chwilę powierzył i już wiedział, gdzie się podział seksowny nieznajomy. Domek Balbiny nie był zbyt daleko, często zanosił tam jajka i śmietanę od matki. 
   Kiedy przybył na miejsce delikatnie zapukał, ale odpowiedziała mu głucha cisza. Wszedł ostrożnie do środka, powitało go jedynie fukanie małego jeżyka. Powęszył ponownie i poczuł z sypialni mieszaną woń. Na łóżku ktoś leżał, widać było jedynie czubek głowy odziany w fikuśny czepek oraz wpatrzone w niego w popłochu zielone oczy. Panował półmrok, dlatego nie mógł rozróżnić zbyt dobrze rysów twarzy.
   Artur na widok słodkiego Wilczka, wchodzącego nieśmiało do pokoju cały się zaczerwienił. Pod kołdrą nie miał na sobie zupełnie nic. Nie wiedział jak wybrnąć z głupiej sytuacji, przecież nie mógł paradować na golasa przed tym niewinnym chłopakiem. Postanowił zaczekać na rozwój sytuacji.
- Pani Balbino? Wszystko w porządku? – Zapytał niepewnie. Coś mu tu nie pasowało. Sylwetka pod nakryciem była zbyt masywna jak na drobną kobietę.
- Yhy... – mruknął, nie chcąc dać się zdemaskować. Wilczek był taki uroczy, kiedy się nad nim troskliwie nachylał, jego jasne włosy łaskotały go po szyi. Miał ogromną ochotę zanurzyć w nich palce.
- Dlaczego masz takie duże oczy?- Przysiadł ostrożnie na skraju materaca.
- Żeby cię lepiej widzieć, skarbie – Jak umiał naśladował głos ciotki.
- A dlaczego masz takie duże uszy? – Dotknął czubkami palców wrażliwej małżowiny, a postać na łóżku jakby zadrżała.
- Żeby cię lepiej słyszeć! – Bliskość chłopaka zaczęła na niego oddziaływać coraz mocniej. Sypialnia wydała mu się nagle zbyt ciasna dla nich dwóch. Zwinna ręka pogładziła jego policzek, a stamtąd przeniosła się nieznośnie powolnym ruchem na usta, wyczyniając na nich nieznane mu cuda. Najpierw je kilka razy obrysowała, a potem pieszczotliwie pogładziła miękką skórę. Jeden z palców zaczął wsuwać się do środka.
- Dlaczego masz takie duże zęby? – Zapytał z autentycznym zaciekawieniem. Słyszał od kuzyna, że ludzie miewali czasami sztuczne szczęki. Rozpiął pod szyją kilka guzików, wieczór stał się nieznośnie parny.
- Przypuszczam, że po to, aby cię zjeść! – Artur właśnie się poddał. Nie miał już siły walczyć z naturą. Zwłaszcza, kiedy przybrała postać tego ślicznego Wilczka. – Nie wiem tylko z którego końca zacząć!
- Aaa...! – Pisnął zaskoczony Michaś, zamachał rękami i strącił z mężczyzny kołdrę. To co zobaczył spowodowało, że jego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. Sterczący zwycięsko do góry penis mężczyzny przyprawił jego serce o gwałtowne palpitacje. Chciał uciec, ale nogi się pod nim ugięły. Nie potrafił się jednak powstrzymać od zadania nad wyraz głupiego pytania.– Dlaczego masz takiego dużego?
- To na twoją cześć kochanie. Cieszy się, że cię widzi i prosi o chwilę uwagi. - Złapał w talii chłopaka i wciągnął go na siebie. Przez chwilę się szamotali, ale kiedy duże dłonie wkradły się pod koszulkę i zaczęły uspokajająco gładzić smukłe plecy, w sypialni nastała cisza.
.............................................................................................................
Gorące podziękowania dla Mikiego za cierpliwość oraz wyszukanie i przerobienie dla was tych obrazków.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wiele hałasu o miłość.

   Wstawiam wam fick autorstwa Ariany. To bardzo zabawna historia opisująca przygotowania do ślubu Hermiony i Rona, oczywiście z przymrużeniem oka. Mamy tu kilka dobrze znanych wam par, oczywiście w wersji yaoi. Ja uśmiałam się serdecznie, czego i wam życzę. Zapraszam do czytania.




Teatr Umyślnie Straconej Wolności
Ma zaszczyt zaprosić
Severusa Snape’a oraz Harry’ego Pottera
Na przedstawienie pod tytułem
„A potem żyli długo i szczęśliwie”
Adaptacja sztuki przez życie pisanej w III Aktach

Premiera
20 październik 2000 r.

Obsada
W rolach głównych:
Panna Młoda: Hermiona Jane Granger
Pan Młody: Ronald Billius Weasley
W pozostałych rolach:
Mistrz Ceremonii, Świadkowie, Rodzice, Goście i Gapie

Akt I „Dla duszy”
Ślub odbędzie się o godzinie 16:00
w Sali numer 15 w Ministerstwie Magii

Akt II „Dla ciała”
Uroczystość weselna odbędzie się
W rezydencji rodu Blacków przy Grimmauld Place 12 w Londynie

Akt III „Noc poślubna”
Bez udziału widowni!


Obowiązują stroje wieczorowe. Dla panów, szata wyjściowa, dla osoby towarzyszącej balowa suknia


   Harry wiedział. Po prostu wiedział, że powierzenie Fredowi i George’owi tak odpowiedzialnego zadania jak adresowanie i rozsyłanie zaproszeń nie było dobrym pomysłem. Pewności nabrał raptem kwadrans wcześniej.
Wszystko zaczęło się od tego, że Ron z Hermioną ulegli wreszcie presji rodziców i zdecydowali się pobrać. Przygotowanie wesela pozostawili całkowicie na głowach swoich szczęśliwych matek, zastrzegając sobie tylko prawo wyboru kreacji, w jakich wezmą ślub oraz świadków. To ostatnie było właściwie jedynie formalnością. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że świadkiem Rona zostanie jego przyjaciel Harry Potter, a Hermiony przyszła szwagierka Ginewra Weasley. O ile Ginny nie miała najmniejszego problemu z namówieniem partnera, do towarzyszenia sobie na tej imprezie (w końcu każdy wiedział, że Neville jest przyjacielem państwa młodych, a swojej dziewczynie był gotów podarować gwiazdkę z nieba jeśli tylko by poprosiła), o tyle Harry musiał się nieźle nagimnastykować, by skłonić męża do przyjęcia zaproszenia. I to dosłownie. Miał zdecydowanie dość zadowolonej miny Severusa i domyślnych uśmieszków uczniów, gdy po tym „przekonywaniu” przez trzy dni nie mógł wygodnie usiąść na krześle.
Jakby tego było mało, niedyspozycja profesora stała się przedmiotem żartu uczniów. Harry był w stu procentach pewien, że to sprawka Ślizgonów. W końcu Puchoni i Krukoni są za spokojni na takie numery, a Gryfoni nie kpiliby z uwielbianego nauczyciela. Na pewno też nie podarowaliby mu kiczowato różowej poduszki z napisem „Poduszka – mięciuszka. Nawet najnamiętniejsza noc, nie będzie odczuwalna dla twojej pupy.” I nawet logo Magicznych Dowcipów Weasleyów nie przekonało go do winy przedstawicieli innego domu. W końcu po upadku Voldemorta sklep bliźniaków stał się niezwykle popularny wśród mieszkańców domu węża. Fred nawet śmiał się raz, że jeśli dotąd przyczyną ubóstwa wśród czysto krwistych rodów był głównie hazard, to oni stanowią całkiem niezłą konkurencję dla nielegalnych kasyn.
A potem doszły do niego plotki o planach pań Weasley i Granger… Uroczystość miała się odbyć w Ministerstwie Magii. Udało im się nawet przekonać Kinsleya Shacklebolta, wybranego po wojnie na Ministra Magii, by osobiście udzielił młodej parze ślubu. Tylko to, że ceremonia miała się odbyć w trakcie roku szkolnego przekonało je, by nie urządzać wesela w Hogwarcie. Ich łupem padło zamiast tego Grimmauld Place 12. Syriusz był tak przerażony zmianami jakie w jego domu wprowadziły, że zdecydował się prosić swojego wroga numer jeden, Severusa Snape’a, o pozwolenie na zamieszkanie w Hogwarcie do czasu, gdy całe to szaleństwo ustanie. Severus przez tydzień chodził z miną kota, który wypił miseczkę najlepszej śmietanki w całej Anglii.
A dziś rano do Hogwartu dotarły zaproszenia na ślub. I niby Harry wiedział, że skoro zajmują się nimi bliźniacy, to trzeba się spodziewać jakiegoś dowcipu, ale paczka jaką od nich dostał zdecydowanie była przesadą.

Wychodząc z założenia, że nie posiadasz odpowiedniego stroju, pozwoliliśmy sobie zamówić coś specjalnie dla Ciebie. Mieliśmy mały problem z odpowiednim rozmiarem, ale mamy nadzieję, że przynajmniej kolor będzie Ci odpowiadał.
Fred i George

Po otwarciu dołączonej do listu paczki Harry, ku uciesze uczniów i kolegów z kadry pedagogicznej, wyjął z niej… suknię balową! I to jaką! Zielona kreacja sięgała ziemi, miała naprawdę głęboki dekolt i mnóstwo drobnych falbanek.
- A gorsetu panu do tej kreacji nie przysłano?
Na dnie paczki leżało coś srebrnego, co po wyjęciu okazało się, a jakże, sznurowanym z przodu gorsetem!
- Madame Malkin się pomyliła i wysłała panu strój druhny, a nie drużby?
- Pan profesor chyba nie chce nam powiedzieć, że jest dziewczyną?
- Niech się pan nie martwi profesorze, będzie panu w niej do twarzy!
- Przynajmniej pan profesor będzie wreszcie miał strój odpowiedni dla ŻONY dyrektora. I nawet barwa odpowiednia.
Każda kolejna uwaga rzucana przez uczniów sprawiała, że Harry na przemian bladł i czerwieniał z gniewu. Nie zdążył jednak odpowiednio zareagować, bo ubiegł go mąż.
- Minus pięćdziesiąt punktów, miesięczny zakaz wyjść do Hogsmeade i szlaban w każdą sobotę z panem Filchem do odwołania dla każdego, kto obraził profesora Pottera. A jeśli ktoś jeszcze odezwie się choćby jednym słowem, to Hogsmeade nie zobaczy do końca swojej nauki w Hogwarcie.
Zimne słowa dyrektora sprawiły, że nikt nie śmiał nawet głośniej odetchnąć, gdy ten wraz z mężem opuszczał Wielką Salę. Spojrzenie, jakie profesor Potter rzucił szóstorocznym Ślizgonom zapowiadało krwawą zemstę na lekcji obrony przed czarną magią. Nikt jednak się nimi nie przejął.

***

   Profesor Potter nigdy nie cieszył się specjalnymi względami u Ślizgonów. Wiadomo, Gryfon. Oczywiście czuli do niego coś na kształt szacunku. Zarówno ze względu na jego zasługi dla świata magii, jak i ze względu na to, że był naprawdę dobrym nauczycielem. Uważali też, że jest sprawiedliwy. W przeciwieństwie do starego Slughorna, który pobłażał swoim ulubieńcom, czy faworyzującej Gryfonów McGonagall, przyznawał i odbierał punkty nie ze względu na przynależność do domu, a za faktyczne zasługi. Co prawda krążyły legendy o tym, jakoby Tiara Przydziału chciała go umieścić w domu węża, ale kto by wierzył plotkom.
Tak więc Ślizgoni na swój sposób szanowali nauczyciela OPCMu, niektórzy nawet przyznawali się w duchu, że go lubią, ale się go nie bali. Dlatego byli pewni, że profesor mścić się nie będzie, a w każdym razie niezbyt okrutnie, i szybko zapomnieli o zdarzeniu w Wielkiej Sali. Jak wielki błąd popełnili przekonali się dopiero po tygodniu.
Już na początku roku Harry obiecał szóstoklasistom, że gdy tylko znajdzie bogina będą mogli przećwiczyć zaklęcie Patronusa. Oczekiwali tego z niecierpliwością, więc gdy tylko na początku zajęć profesor oznajmił, że ma dla nich niespodziankę z trudem opanowali podniecenie.
- Jak zapewne pamiętacie, obiecałem wam, że w tym roku będziecie mogli przećwiczyć zaklęcie Patronusa. Swoją ciężką pracą zasłużyliście na to, bym dotrzymał słowa. Niestety, szkoła cierpi na niedobór boginów, musiałem więc użyć swoich wpływów na Ministra Magii i naszego kochanego dyrektora, by sprowadzić do szkoły jego.
 Po tych słowach Harry otworzył drzwi do swojego gabinetu, a salę lekcyjną wypełniło przenikliwe zimno. Uczniowie z przerażeniem zdali sobie sprawę, że nie doceniali wykładowcy.
To, co działo się przez dwie godziny Obrony Przed Czarną Magią stanowiło najbardziej wstydliwe wspomnienia dziesięciorga nieszczęśników. Pot, drżące dłonie, szczękające zęby, a nierzadko i mokre szaty skutecznie przekonały Ślizgonów, że Harry Potter jest niebezpiecznym przeciwnikiem, którego należy się bać. Jednak tym, co najbardziej przeraziło uczniów nie był wcale dementor, a słowa jakimi nauczyciel zakończył lekcję:
- I uważajcie, bo jeśli na temat wydarzeń z Wielkiej Sali choć jedno słowo, jedna aluzja, padnie z ust jakiegokolwiek mieszkańca Slytherinu, to włożę wspomnienie tej lekcji do jakiegoś pojemnika i przypadkiem zgubię je w pokoju wspólnym Gryffindoru.

***

Cztery dni po pamiętnej lekcji obrony o azyl w Hogwarcie poprosił Ron Weasley.
- Stary, one są po prostu nie do wytrzymania! – żalił się przyjacielowi, krążąc nerwowo po jego gabinecie. – W całym domu poniewierają się jakieś katalogi, wykresy, plany, próbki materiałów i Merlin wie co jeszcze! Ojca to nie rusza, bo większość czasu spędza w pracy, a na dodatek skumał się z moim przyszłym teściem i ciągle rozmawiają tylko o jakichś mugolskich wynalazkach. Wszystko byłoby właściwie dobrze – dodał po chwili zastanowienia – gdyby zostawiły w spokoju mój pokój. Ale nie! Usunęły z niego wszystkie plakaty, przemalowały ściany na jakiś łososiowy kolor. Łososiowy! To róż przecież! Czy ja jestem dziewczyną?! Nawet nie wiesz jak żałuję, że nie zrobiliśmy z Hermioną tak, jak ty i Snape. Pobrać się w sekrecie i dopiero po roku czy dwóch powiedzieć o tym rodzinie i przyjaciołom.
Harry zmieszał się słysząc te słowa. Uznawszy jednak, że przyjaciel potrzebuje jego wsparcia, zdecydował, że pora opowiedzieć mu o pewnych bardzo wstydliwych wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że jest dziś szczęśliwym człowiekiem.
- Wiesz, to nie do końca tak, że sami podjęliśmy decyzję o cichym ślubie.
Słowa Harry’ego sprawiły, że Ron wreszcie zatrzymał się i usiadł.
- Jak to nie wy? Myślałem, że ten cichy ślub był ze względu na to, żeby Voldemort się o niczym nie dowiedział i nie wykorzystał profesora do zwabienia cię do siebie, tak jak to było z Syriuszem.
- No cóż, pobraliśmy się właśnie ze względu na bezpieczeństwo Severusa.
- Nie no, stary, ja już niczego nie rozumiem.
- Nigdy nie zapytałeś jak właściwie doszło do tego, że Severus i ja jesteśmy razem.
- Tyle razy narzekałeś na brak poszanowania dla twojej prywatności, aż Hermiona uznała, że o nic nie będziemy pytać, bo powiesz, gdy będziesz na to gotowy.
- Teraz jestem. Ale musisz mi coś obiecać.
- Co tylko chcesz.
- Pozwól mi wszystko opowiedzieć. Nie przerywaj, nie komentuj, a przede wszystkim nie oceniaj.
- Słowo.
Harry westchnął i po chwili zaczął mówić.
- Właściwie, to wszystko zaczęło się po wydarzeniach w ministerstwie, pod koniec piątego roku. Kiedy Syriusz… Kiedy Syriusz trafił do Św. Munga i nie było wiadomo, czy kiedykolwiek odzyska przytomność, ja… zdemolowałem gabinet Dumbledore’a. Zniszczyłem wszystko, co miał na biurku, naubliżałem mu od kłamców i oszustów, a broniącego go Fineasa Nigellusa obraziłem tak, że zaczął się do mnie odzywać dopiero, gdy powiedziałem mu, że Tiara Przydziału chciała mnie umieścić w Slytherinie.
- Tiara chciała cię wysłać do Slytherinu?!
- Miałeś mi nie przerywać – upomniał przyjaciela Potter. – Ale tak, chciała. Prosiłem ją, żeby tego nie robiła i tylko dlatego ostatecznie przydzieliła mnie do Gryffindoru. Ale nie o tym mieliśmy rozmawiać. Na czym to ja skończyłem?
- Na zdemolowaniu gabinetu Dumbledore’a.
- No tak. Jak już skończyłem, przypomniałem sobie o Snape’ie. Że stan Syriusza jest też jego winą, bo nawet słowem nie wspomniał o tym, że zna sposób by się z nim skontaktować i może wtedy to wszystko by się nie wydarzyło. Nie polecielibyśmy do ministerstwa, a Syriusz byłby zdrowy. No więc poszedłem do niego. Gdy tylko otworzył mi drzwi do swoich kwater uderzyłem go pięścią w twarz. Potem rzuciłem się na niego i trochę się poszarpaliśmy. W końcu złapał mnie za nadgarstki i przygwoździł do podłogi. Powiedział, że zna lepsze sposoby na wyładowanie się niż bicie. No i wtedy mnie pocałował.
- Rany, całowałeś się ze Snape’m jak miałeś piętnaście lat?
- Ron, nigdy, przenigdy nikomu o tym nie mów, ale my wtedy na pocałunkach nie skończyliśmy.
Weasley otworzył szeroko oczy i usta ze zdumienia.
- Chcesz powiedzieć, że ty… że on… że wy… wy ten no teges…
- Tak, my ten no teges. I to nie raz. Przychodziłem do niego zawsze, gdy miałem problem. To był tylko seks. Dziki, namiętny, czasem niemal brutalny seks. Pod koniec szóstego roku mieliśmy pecha. Podczas jednego ze „szlabanów” Severus zapomniał zablokować kominek.
- I ktoś was przyłapał.
- Nie ktoś, tylko Dumbledore.
- O kur…
- No właśnie.
Obaj mężczyźni na chwilę zamilkli.
- I co on zrobił? – Zaciekawił się Ron.
- Powiedział, że w tej sytuacji mamy dwa wyjścia. Pierwsze było takie, że on zwalnia Severusa, donosi na niego do Departamentu Przestrzegania Prawa o uwiedzenie nieletniego ucznia, a tym samym skaże go na dożywocie w Azkabanie, lub śmierć z ręki Voldemorta. Drugie wyjście… Drugim wyjściem był nasz ślub. Powiedział, że wszystko załatwi tak, żeby nikt się nie dowiedział. No i załatwił. Nie wiem jak, i chyba nawet nie chcę wiedzieć, ale w trzy dni później wezwał nas obu do swojego gabinetu i podpisaliśmy odpowiednie dokumenty.
- No dobra, ale to nie wyjaśnia dlaczego nadal jesteście razem. Przecież po wojnie z łatwością mogliście uzyskać rozwód. Ba, biorąc pod uwagę to, że Dumbledore praktycznie was do tego zmusił, mogliście nawet to małżeństwo unieważnić. I nie mów mi, że seks z nim jest aż tak dobry, bo tak naiwny nie jestem.
- Ron, kiedy się zorientowałeś, że mój stosunek do Severusa się zmienił?
- We Wrzeszczącej Chacie, kiedy wykrwawiał się po ataku Nagini, a ty błagałeś, by nie zostawiał cię samego, bo go kochasz.
- Wtedy i ja zdałem sobie sprawę, co tak naprawdę do niego czuję i jak bardzo mi na nim zależy.
- A on?
- Kiedy powiedział, że nie kocha? Nigdy. Severus nie jest typem osoby, która potrafi i lubi mówić o swoich uczuciach. Woli je okazywać. Na tysiące drobnych i z pozoru nic nie znaczących sposobów.
 - O Merlinie. To… - Ron przez chwilę szukał właściwego słowa. – To urocze – wykrztusił w końcu. – Ale kiedy…
- Kiedy po raz pierwszy zauważyłem co on do mnie czuje? Podczas procesu. Mógł powiedzieć o naszym małżeństwie już przy aresztowaniu, mógł powiedzieć podczas przesłuchań, czy nawet podczas procesu, a jednak tego nie zrobił.
- I to cię przekonało?
- Acha. Sam przecież mówiłeś, że ty i Hermiona nie pytaliście o nic, bo zdawaliście sobie sprawę z tego, jak bardzo zależy mi na prywatności. Nikt poza osobami, którym na mnie zależy nie zwraca na to uwagi i wiele osób wykorzystuje znajomość ze mną do własnych celów. Severus, gdyby mu na mnie nie zależało, bez chwili wahania użyłby jako argumentu na swoją korzyść tego, że jest moim mężem.
- A zamiast tego pozwolił, żebyśmy razem z Hermioną i Neville’m go bronili.
Obaj przyjaciele uśmiechnęli się na wspomnienie zszokowanego wyrazu twarzy profesora, gdy najbardziej dręczony przez niego uczeń opowiadał, jak chronił uczniów przed Carrowami dając im szlabany z Hagridem.
- Ale i tak nic nie przebije twojego „Profesor Snape i ja od roku jesteśmy małżeństwem.”
- No nie wiem. Twoja mama, łapiąca się za serce mamrotająca coś o biednej Ginny i przygniatająca siedzącego za nią Colina Creeveya też była niezła.
Rozmowę młodych mężczyzn przerwało pukanie do drzwi i pojawienie się Syriusza.
- A tu się chowacie. Wszędzie was szukałem. Co robicie?
- Właśnie prosiłem Harry’ego o zorganizowanie mojego wieczoru kawalerskiego – odpowiedział przytomnie Ron.
- A ja właśnie mu tłumaczyłem, że nie bardzo mogę się tym zająć, bo mam lekcje i uczniów na głowie – podjął grę Harry.
- Ja się mogę tym zająć. Mam dużo wolnego czasu – zaproponował Black.
- Ale nie trzeba.
- Ale ja chcę!
- Syriusz, naprawdę mogę się obyć bez jakiejś wielkiej imprezy. Zabunkrujemy się w Pokoju Życzeń, wypijemy morze Ognistej i…
- Ron, proszę, błagam – Syriusz padł na kolana z błagalnym wyrazem twarzy – daj mi to zrobić. Z domu musiałem uciekać, błagałem Smarkeusa o pomoc… No daj mi trochę przyjemności z przygotowań do tego ślubu.
- Łapo, ale do tego jest potrzebny ktoś delikatny.
- Na drugie mam Delikatny.
- A ja myślałem, że Napalony Pies – rzucił kpiąco Harry.
- To moje pierwsze drugie imię – odparł z godnością Black.
- Będę tego żałował, ale zgoda. Tylko nie zrób czegoś, za co Hermiona urwie mi głowę, a tobie Lupin odgryzie klejnoty rodowe.
Słowa Rona utonęły w triumfalnym wyciu Syriusza.

***

- Sev, myślisz, że oni przeżyją ten wieczór kawalerski? – Harry z cichym westchnieniem wsunął się do łóżka i ułożył u boku partnera.
- Weasleyowie i Longbottom zapewne tak, ale Black… Nie byłbym tego pewien. – Severus machinalnie objął męża i mocniej przyciągnął do siebie. Choć nigdy się do tego nie przyznał, uwielbiał czuć go rozciągniętego u swojego boku.
- Dlaczego? – Harry przesunął bosą stopą po łydce mężczyzny.
- Potter, pomyśl! Lupin jest wściekły, a bliźniacy są na tyle sprytni, by skierować całą złość obecnych i przyszłych pań Weasley na twojego chrzestnego. A teraz przestań mnie macać i  śpij już.
- Ale fajnie było, co nie? – nie dawał za wygraną Potter, drażniąc czubkami palców sutki towarzysza.
- Na pewno – zadrwił Snape mocniej obejmując partnera. – Black miał naprawdę „cudowny” pomysł z zabraniem trzech homoseksualistów do mugolskiego klubu z damskim striptizem.
- Nie mów, że ci się nie podobało, jak te wszystkie skąpo ubrane panienki zręcznie unikały ocierania się o nas obu – Harry potarł policzkiem o bark męża i pocałował go w szyję. – Nawet one nie wytrzymały siły twojego spojrzenia.
- O wiele bardziej podobała mi się mina twojego przyjaciela, gdy ta blondynka usiadła mu na kolanach i przystawiła swój wydatny biust do twarzy.
- Nie musiałeś jednak pożyczać od Łapy aparatu fotograficznego i robić mu wtedy zdjęcia – Potter zaczął skubać zębami długą szyję partnera.
- Odmawiasz mi odrobiny przyjemności z tego żenującego wieczoru?
- Nie. Ale śpijmy już. Na jutro jesteśmy zaproszeni na obiad do Nory i czeka nas tam zapewne sądny dzień – Harry pocałował czule męża i chciał się odsunąć, ale przeszkodziły mu dłonie ciasno obejmujące go w pasie. – Sev?
- Chyba nie sądzisz, że pójdę teraz spać, ty mały kusicielu.
Pod wpływem pieszczot partnera śmiech Harry’ego szybko zmienił się w jęki rozkoszy.

***

Powiedzieć, że Molly Weasley jest władczą osobą, to spore niedopowiedzenie. Niska i przysadzista kobieta była budzącą postrach wśród krewnych dyktatorką. Dlatego też, gdy zarządziła rodzinny obiad na tydzień przed ślubem najmłodszego syna, nikt nie śmiał się jej sprzeciwić. Ani żadne z jej dzieci, ani Syriusz Black z partnerem, ani stanowcza babka jej przyszłego zięcia Augusta Longbottom, ani nawet przybrany zięć, dyrektor Hogwartu Severus Snape. Wszyscy potulnie stawili się w Norze.
Nie był to już jednak rozpadający się domek, jaki Harry pamiętał z pierwszej wizyty u państwa Weasley. Ta pierwsza Nora została spalona przez śmierciożerców w dniu ślubu najstarszego z braci, Billa z piękną Francuzką, Fleur Delacore. Po wojnie synowie, wdzięczni za trud, jaki rodzice włożyli w ich wychowanie, wybudowali dla nich nowy, przestronny dom. Młodzi Weasleyowie zadbali, by znalazło się w nim miejsce na przytulny salon, przestronną małżeńską sypialnię, pracownię pana domu, oraz osiem sypialni dla każdego z nich. Osiem, bowiem Artur i Molly szczycili się posiadaniem siedmiorga własnych dzieci, oraz honorowego członka rudego klanu, Harry’ego Pottera. Prawdziwe serce domu nie znajdowało się jednak w żadnym z tych pomieszczeń. Biło ono w olbrzymiej jadalni, oraz przylegającej do niej kuchni. To właśnie tu zebrała się cała rodzina na uroczystym obiedzie.
Atmosfera była tak gęsta, że można było ją kroić nożem. Wściekłe spojrzenie Molly Weasley przesuwało się od męża, przez synów, po Syriusza Blacka. Ten, zupełnie nie zwracając na to uwagi, zachwalał kuchnię pani domu, bezczelnie stwierdzając, że jego Remus małżeńskie obowiązki wypełnia świetnie, ale do kuchni zupełnie się nie nadaje.
Harry nie był pewien kto po tej uwadze był czerwieńszy na twarzy. Remus z wściekłości na partnera, czy może jednak Tonks z zażenowania. Gapowata aurorka co prawda już się pogodziła z tym, że przegrała walkę o względy wilkołaka z własnym kuzynem, ciężko jej jednak było słuchać o jego szczęśliwym pożyciu małżeńskim. Młodego mężczyznę zastanawiało, kiedy kobieta w końcu zauważy zakochanego w niej Charliego.
- … i wtedy Ron zrzucił z kolan tą cycatą blondynę i uciekł do toalety!
Głośny śmiech Syriusza wyrwał chłopaka z zamyślenia. Instynktownie przysunął się bliżej męża, jakby szukając u niego ochrony, gdy rozwścieczona Molly oparła obie dłonie na stole i uniósłszy się syknęła w stronę Blacka:
- Ty…
- Oj Molly, nawet ty musisz przyznać, że oddałem wszystkim przysługę.
- Ty…
- No co? – Syriusz nie tracił dobrego humoru. – Nic tak nie sprawdza wierności mężczyzny, jak stadko półnagich bab. No przyznaj Hermiono – zwrócił się do przyszłej panny młodej – nie jesteś spokojniejsza o wierność Rona wiedząc, że potrafi się oprzeć nawet najpiękniejszym, najskąpiej ubranym i najbardziej chętnym kobietom?
- Ja Rona byłam pewna zawsze – odpowiedziała spokojnie. – Nawet bez twoich testów. Poza tym – Hermiona uśmiechnęła się domyślnie – ty wcale nie zabrałeś ich do tego klubu by przetestować wierność mojego narzeczonego.
Uśmiech Syriusza znikł błyskawicznie.
- Nie no, Miona. Niby z jakiego innego powodu Syriusz miałby nas tam zabrać. Raczej nie dla siebie. Chociaż jest biseksualny, to jednak zawsze przecież powtarza, że Remus mu wystarcza i nie potrzebuje żadnej kobiety.
- Och, to chyba oczywiste – Hermiona nie zwracała uwagi na coraz bardziej przerażoną minę Blacka. – Łapa myślał, że Severus nie będzie chciał z wami pójść. Zapewne miał zamiar upić Harry’ego i zacząć przekonywać do rozwodu. Założę się, że zapłacił jednej z tych panienek za uwiedzenie chrześniaka, bo liczył, że wtedy sam Severus złożyłby papiery. Wtedy tak czy inaczej ich małżeństwo byłoby skończone.
Po wypowiedzianych przesłodzonym głosem słowach Hermiony w jadalni zapanowała cisza, a oczy wszystkich zgromadzonych w niej osób zwróciły się w stronę Syriusza. Przerażenie widoczne na jego twarzy aż za dobrze potwierdzało domysły dziewczyny.
- Syriuszu, jak mogłeś!
- Ale numer.
- To oburzające!
- Jesteś niereformowalny!
- Ty się chyba nigdy nie zmienisz.
Obecni przy stole przekrzykiwali się jedno przez drugiego, by dać wyraz swojej dezaprobacie dla poczynań Blacka. Tylko dwie osoby milczały. Łajany przez wszystkich Syriusz Black, oraz Severus Snape.
Dyrektor Hogwartu od momentu, gdy dowiedział się kto organizuje wieczór kawalerski najmłodszego z braci Weasley, spodziewał się podstępu. Zbyt dobrze i zbyt długo znał Blacka, by nie wiedzieć, że ten wykorzysta każdą okazję do rozbicia jego małżeństwa.
Syriusz siedział przecież w pierwszym rzędzie widzów podczas jego procesu. Był też pierwszym i jedynym, który spróbował podważyć zeznania Harry’ego. Nawet odpis aktu małżeństwa nie był w stanie go przekonać, że ukochany chrześniak związał się z jego największym szkolnym wrogiem. Jeszcze przez kilka miesięcy próbował przekonać go do rozwodu, albo lepiej do unieważnienia małżeństwa. Przestał, gdy pewnego dnia, tuż przed zapowiedzianą wizytą Blacka, Severus zapomniał nie tylko o wizycie, ale również o zablokowaniu kominka i dokładnym zamknięciu drzwi sypialni. Gdy wreszcie wraz z małżonkiem ją opuścił, biedny Łapa był cały czerwony na twarzy. Godzinne wysłuchiwanie jęków chrześniaka i jego okrzyków Mocniej!, O taaak…, Jeszcze!, Kocham cię Sev, sprawiło, że nie był w stanie spojrzeć żadnemu z nich w oczy.
Przez niemal pięć lat Severus i Harry mieli spokój, a teraz…
- To może zostawimy panów samych i przejdziemy do salonu?
Propozycja Fleur spotkała się z akceptacją wszystkich pań, które szybko opuściły jadalnię. Zaraz za nimi wyszedł Artur Weasley z synami, oraz Neville. Gdy w pomieszczeniu zostali tylko Harry z Severusem, oraz Syriusz i Remus, Potter postanowił rozmówić się z ojcem chrzestnym.
- Rozczarowałeś mnie Łapo – oznajmił. – Myślałem, że już zrozumiałeś, że Sev i ja się kochamy i jesteśmy razem szczęśliwi.
- Kochacie? Ty może i go kochasz, ale on? Nie jest zdolny do jakichkolwiek uczuć poza nienawiścią!
- Nic o nim nie wiesz!
- Założę się, że nigdy nie powiedział, że cię kocha!
Harry umilkł. Domysły Syriusza były słuszne. Severus nigdy nie wypowiedział tych słów. Na jedną, krótka chwilę w sercu profesora obrony zagościło zwątpienie. W tej samej jednak chwili poczuł, jak Severus splata swoje palce z jego i delikatnie je ściska. Odwzajemnił uścisk i spojrzał na męża z pełnym czułości uśmiechem.
- Nie musi. Ja i tak wiem, że mnie kocha. - Przeniósł spojrzenie na chrzstnego. -  Okazuje to o wiele lepiej niż ty – Harry bez chwili namysłu przeszedł do kontrataku.
- O czym ty mówisz? Przecież wiesz, że cię kocham! Jestem twoim ojcem chrzestnym!
- No to dlaczego robisz wszystko, żeby udowodnić, że jest inaczej?
Syriusz zamilkł. Nie wiedział co odpowiedzieć na taki zarzut. Harry był jedną z dwóch osób, dla których dałby się nawet zabić. Nie mógłby zrobić nic, co by go unieszczęśliwiło.
- Ja…
- Syriusz, Harry ma rację – wtrącił się do rozmowy Remus. – Kochasz go, ale mu tego właściwie nie okazujesz. Powinieneś pozwolić mu żyć tak, jak on chce i z kim chce. To dorosły, odpowiedzialny mężczyzna, który wie czego pragnie i potrafi o to walczyć. Musisz się pogodzić z tym, że chce dzielić życie akurat z Severusem, albo go stracisz. – Widząc, że partner znów chce powiedzieć coś niemiłego pod adresem Snape’a dodał szybko: - Zrobisz to, albo osobą, która poważnie zastanowi się nad złożeniem pozwu rozwodowego nie będzie Harry, ale ja. Nie mogę żyć z kimś, kto nie potrafi zapomnieć o przeszłości. Nie byłbym pewny, czy i mi wybaczyłeś moją wiarę w to, że zdradziłeś Lily i Jamesa.
Syriusz już miał powiedzieć, że to nie to samo, gdy zobaczył wyraz oczu męża. Remus był… zraniony i rozczarowany jego postępowaniem. Gdzieś głęboko kryło się też postanowienie, że dotrzyma słowa i odejdzie. A tego jednego Syriusz by nie przeżył. Black przesunął spojrzenie z partnera na chrześniaka i jego męża. Ze zdumieniem spostrzegł, że ich ręce są złączone, a znienawidzony Smarkeus z trudem panuje nad sobą, by nie objąć drżących ramion drobnego chłopaka stojącego u jego boku. Zauważył niebezpieczne błyski w oczach wroga i zrozumiał, że jeśli wypowie jeszcze choć jedno słowo, to może się zacząć sprawdzać, czy przypadkiem w spożywanych posiłkach nie znajdzie trucizny, a przynajmniej silnego środka na przeczyszczenie.
- Syriusz?
- Zgoda. Wygraliście. Już nigdy nie zrobię nic, co mogłoby zagrozić małżeństwu Harry’ego ze Smar… To znaczy z Severusem. Słowo Huncwota.
Obietnica Syriusza zadowoliła najbliższych mu mężczyzn, dlatego postanowili dołączyć do czekających w salonie przyjaciół. Gdy przekraczali próg Severus niby przypadkiem nachylił się do Syriusza i wysyczał mu do ucha:
- Nie myśl, że wykpisz się tak tanio. Jeśli jeszcze raz zrobisz cokolwiek co choćby zasmuci Harry’ego, to opowiem twojemu mężowi o tym, że wcale nie miał bogatego krewnego, który zostawił mu majątek, a za wszystkim stoisz ty.
Black zbladł. Wiedział, że Snape nie daruje mu tej akcji z klubem, ale nie spodziewał się, że pozna jego najbardziej skrywaną tajemnicę. Odkąd pamiętał Remus cierpiał na kompleks niższości. Uważał, że ze swoim futerkowym problemem, brakiem pieniędzy i pochodzeniem z niższej sfery społecznej nie nadaje się na partnera kogoś z rodu Blacków. Dlatego Syriusz wykorzystał śmierć jakiegoś dalekiego krewnego kochanka i przekupił… to znaczy przekonał kilku urzędników by sfałszowali testament starca i przekazali jego jedynemu krewnemu sporą sumkę w złocie. Skąd jednak Snape o tym wiedział? Ach, no tak. Septimus Lupin był przecież mistrzem eliksirów. Przeciętnym i niezbyt znaczącym, ale ktoś taki jak Snape znał ich przecież wszystkich. I zapewne wiedział, że rzekomo zamożny krewny umarł w nędzy.
Syriusz pokiwał smętnie głową i przywoławszy na twarz sztuczny uśmiech wkroczył do salonu.

***

Tydzień po nieszczęsnym obiedzie grono rodziny i przyjaciół państwa młodych zebrało się w ministerstwie magii. Panna młoda, wraz z matką, przyszłą teściową i druhną przygotowywała się do ceremonii w gabinecie ministra. Jej przyszły mąż, w towarzystwie tylko najlepszego przyjaciela zabunkrował się w gabinecie swojego ojca. Przy czym określenie zabunkrował należy traktować jak najbardziej dosłownie. Do ślubu zostało bowiem zaledwie pół godziny, a pan młody dygotał ze strachu niczym osika.
- Nie dam rady. Nie dam rady. Nie dam do cholery rady!
- Ron, dlaczego tak panikujesz?
- Bo nie dam rady!
- Ale co nie dasz rady? Dojść do urzędnika czy wypowiedzieć przysięgi małżeńskiej?
- Nie dam rady być dobrym mężem dla Hermiony! – krzyknął z rozpaczą Weasley. – Będę odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za Hermionę.
- I za wasze dzieci – wtrącił z uśmiechem Harry.
- I za nasze dzieci – zgodził się Ron. – Zaraz, jakie dzieci? To my mamy mieć dzieci?
Potter roześmiał się na cały głos widząc osłupiałą minę przyjaciela.
- Sądzę, że za jakiś czas na pewno. Przecież tyle razy mówiłeś, że chciałbyś mieć córkę tak piękną jak Hermiona.
- No tak, ale co jak sobie nie dam rady?
- Nie zapominaj, że nie jesteś w tym sam. Masz Hermionę.
- A jak ją zawiodę?
- Przywykła – zażartował Potter.
- To nie było zabawne – obruszył się pan młody. – Sęk w tym – dodał po chwili – że ja się boję. Do tej pory mieszkałem albo z rodzicami, albo w dormitorium. A teraz? Teraz mamy mieć z Hermioną własny dom, o który sami będziemy musieli dbać.
- Hej, uspokój się. Przecież się kochacie, macie stabilną sytuację finansową, rodzinę i przyjaciół, którzy pomogą wam w każdej potrzebie. Czego ty chcesz więcej?
- Nie wiem. Chyba nie jestem… Nie mogę się do tego wszystkiego przyzwyczaić. – Ron zamilkł na chwilę, po czym zapytał: - A ty? Kiedy w końcu doszedłeś do siebie? To znaczy, jak długo trwało zanim poczułeś się normalnie jako partner Snape’a?
- Dam ci znać, jak nadejdzie ten moment.
- O Merlinie. To… - Ron przez chwilę szukał odpowiedniego słowa. – To urocze – wykrztusił w końcu.
- Tylko nie mów tego przy Severusie.
Przyjaciele roześmieli się i Ron poczuł, że przynajmniej część jego lęków mija. Po chwili usłyszeli dobiegający zza drzwi głos Artura Weasleya:
- Chłopcy? Jesteście gotowi?
- Już idziemy tato.
Mężczyźni spojrzeli na siebie i jednocześnie ruszyli w stronę drzwi. Harry przystanął z ręką na klamce.
- Jesteś gotowy?
- Jestem.

***

Sześć godzin później Harry i Severus stali na samym końcu rozentuzjazmowanego tłumu gości żegnających nowożeńców. To oni pomogli przyjaciołom w na tyle dyskretnym opuszczeniu wystawnego przyjęcia, że o nieobecności państwa młodych goście dowiedzieli się na tyle późno, że zdołali im tylko pomachać na do widzenia . Oni też podarowali im w ramach prezentu ślubnego prawo do wyłącznego użytkowania przez dwa tygodnie małej wysepki na Karaibach i obiecali zaopiekować się kotem panny młodej.
Severus ostatni raz rzucił okiem na czarną limuzynę uwożącą młodych Weasleyów, po czym zwrócił wzrok na stojącego u jego boku małżonka. Spojrzał prosto w jego zielone, teraz lekko zamglone ze wzruszenia oczy i powiedział:
- Mówiłem ci już kiedyś, że cię kocham?
Harry zamrugał ze zdziwienia.
- Dobrze wiesz, że nie.
- Cóż, kocham cię.
Mąż spojrzał mu uważnie w oczy i uśmiechnął się.
- Wiem. Zawsze to wiedziałem – przysunął się odrobinę bliżej w poszukiwaniu ciepła. – Naprawdę myślałeś, że o tym nie wiem?
- Cóż, Zawsze przypuszczałem, że sam na to wpadniesz.
- Więc skąd te słowa? Ach, już wiem – na usta Pottera wkradł się domyślny uśmieszek. – Liczysz na to, że jednak przymknę oko, gdy przerobisz Krzywołapa na jakiś paskudny eliksir? – Zapytał drapiąc jednocześnie znajdującego się w jego ramionach kota za uchem. – Nic z tego. Hermoina nigdy nie darowałaby mi, gdyby coś się stało jej ulubieńcowi.
- Mogła poprosić o opiekę nad tym potworem rodziców. – Severus skrzywił się patrząc na ozdobioną trzema głębokimi ranami po kocich pazurach dłoń.

Radosny śmiech Harry’ego wzbił się w powietrze. Wiedział jak poprawić humor zrzędliwego małżonka. A Krzywołap na pewno się nie pogniewa, gdy jego tymczasowi opiekunowie zamkną się na kilka godzin w sypialni.

..............................................................................................................................................
Autor Ariana